Zawsze gdy sięgam po poranną kawę i otwieram prasę, szukam w niej tematów, które pozwalają zatrzymać się na chwilę i spojrzeć nieco głębiej na otaczający nas świat. Dziś rano natrafiłam na artykuł w „The Guardian”, który nie daje mi spokoju. Tekst dotyczy sytuacji na brytyjskich uczelniach, ale jestem przekonana, że to refleksja, która dotyka nas wszystkich, niezależnie od szerokości geograficznej.
Dziennik zwraca uwagę na niepokojący i przybierający na sile trend: głębokie cięcia budżetowe na kierunkach humanistycznych, artystycznych i społecznych. Analiza danych wskazuje, że w samym tylko 2024 roku zlikwidowano niemal 4 tysiące stanowisk akademickich. Uniwersytet w Nottingham rozważa całkowite wycofanie kierunków związanych z językami nowożytnymi, a Exeter planuje redukcję około 150 etatów. Co najbardziej poruszające – zmiany te uderzają przede wszystkim w uczelnie przyjmujące studentów z mniej uprzywilejowanych środowisk, zamykając przed nimi drzwi do świata wykształcenia ogólnego i krytycznego myślenia.
Świat przeliczony na arkusze danych
Żyjemy w czasach, w których przyzwyczailiśmy się mierzyć wartość wszystkiego wskaźnikami natychmiastowej rentowności. Tytułowe cost centres – ośrodki kosztów – to pojęcie wyciągnięte wprost z języka korporacyjnego i zaawansowanego zarządzania. I choć sprawna organizacja i stabilność finansowa są uniwersytetom niezaprzeczalnie potrzebne, pojawia się pytanie: gdzie przebiega granica między optymalizacją a utratą tożsamości?
Gdy likwidujemy wydziały filologiczne, historyczne czy filozoficzne, nie redukujemy jedynie „zbędnych wydatków”. Zmniejszamy przestrzeń do rozumienia drugiego człowieka. Języki obce to nie tylko narzędzia komunikacyjne w CV – to klucze do zrozumienia innej kultury, wrażliwości i sposobu myślenia. Literatura i sztuka pozwalają nam ćwiczyć empatię, a nauki społeczne uczą stawiać pytania tam, gdzie inni widzą jedynie proste odpowiedzi.
Kto zapłaci cenę za brak krytycznego myślenia?
Szczególnie przejmujący w opisywanym przez „The Guardian” kryzysie jest jego wymiar społeczny. Tracą przede wszystkim ci, dla których edukacja wyższa miała być trampoliną do rozwoju i szansą na poszerzenie horyzontów. Gdy humanistyka staje się luksusem zarezerwowanym wyłącznie dla najbogatszych elit, całe społeczeństwo ubożeje dyskursywnie.
Otrzymujemy świat świetnie wykształconych specjalistów technicznych i analityków, którym jednak zaczyna brakować wspólnego języka, by rozmawiać o wartościach, etyce czy skomplikowanych wyzwaniach współczesności.
Z perspektywy mojej filiżanki
Siedząc przy biurku i patrząc na ten problem z perspektywy osoby, która od lat obserwuje życie akademickie od środka, nie potrafię traktować tych doniesień wyłącznie jako chłodnych statystyk z Wysp Brytyjskich. To ostrzeżenie! Kiedy wyceniamy uniwersytet wyłącznie przez pryzmat tego, jak szybko jego absolwent zacznie generować przychód, tracimy z oczu coś absolutnie bezcennego – bezinteresowną ciekawość świata i umiejętność głębokiej refleksji.
Może właśnie dzisiaj, nad własną filiżanką herbaty czy kawy, warto zadać sobie pytanie: jakiego świata naprawdę chcemy? Takiego, który zna cenę wszystkiego, ale nie zna wartości niczego?
A jakie jest Wasze zdanie? Czy nauki humanistyczne to w dzisiejszych czasach niepotrzebny zbytek, czy wręcz przeciwnie – nasz najważniejszy pancerz ochronny przed powierzchownością współczesnego świata?
***
Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.

Do dziś pamiętam taką refleksję mojego dawnego nauczyciela.
OdpowiedzUsuńPrzychodzi fachowiec do budowy stodoły. Kończy pracę i od razu widzi jej efekt. Ja uczę, przekazuję wartości, ale efekty mojego wysiłku obserwuję po wielu latach.
Tutaj jest podobnie. Zakładając, że polonistę kształci się przez 9 lat, efekty jego edukacji będą widoczne także nie od razu.