Są takie książki, które magnetyzują nas samym swoim tytułem, ale gdy tylko spoglądamy na ich grubość, w sercu pojawia się lekki niepokój. Thomas Mann i jego Czarodziejska Góra to bez wątpienia jeden z takich literackich Mount Everestów. Monumentalne, dwutomowe dzieło, gęste od filozoficznych dyskusji, medycznych detali i niespiesznego rytmu sanatoryjnego życia w Davos.
Często słyszę pytanie: „Czy przez to w ogóle da się przebrnąć?”. Sama słowo „przebrnąć” sugeruje już walkę z materią, brodzenie w głębokim śniegu alpejskich szczytów. Dziś chciałabym Cię, Droga Czytelniczko, przekonać, że nie tylko się da, ale że ta wysokogórska wspinaczka jest jedną z najpiękniejszych przygód, jakie możemy podarować swojemu umysłowi.
Pułapka pierwszych stu stron
Nie będę ukrywać – początek wymaga cierpliwości. Kiedy Hans Castorp przybywa do sanatorium Berghof w odwiedziny do swojego kuzyna, wszystko toczy się tam nieznośnie wolno. Mann z niemal aptekarską precyzją celebruje każdy posiłek, każdy spacer i rytuał mierzenia temperatury. Można poczuć zniecierpliwienie. Gdzie jest akcja? Gdzie gwałtowne zwroty biegu wydarzeń?
I to jest właśnie pierwszy moment, w którym warto się zatrzymać i... odpuścić współczesne tempo. Mann robi to celowo. On nas hipnotyzuje. Wciąga w specyficzny, zawieszony w próżni czas Berghofu, gdzie dni zlewają się w tygodnie, a tygodnie w miesiące. Kiedy w końcu przestaniemy gonić za fabułą, zaczynamy dostrzegać magię tego miejsca.
Sanatorium jako mikrokosmos
Kiedy już zadomowimy się na tarasie Berghofu, owinięte w ciepły koc, odkrywamy, że ta książka to tak naprawdę fascynujący mikrokosmos. Dyskusje, które toczą ze sobą Settembrini i Naphta – choć momentami erudycyjne i wymagające skupienia – to nic innego jak wielka bitwa o duszę człowieka, o kulturę, humanizm, postęp i duchowość.
Najpiękniejsze w Czarodziejskiej Górze jest to, że nie musimy od razu być ekspertkami z zakresu filozofii początku XX wieku, by czerpać z niej czystą przyjemność. To opowieść o dojrzewaniu, o miłości, która przychodzi niespodziewanie w oparach choroby, oraz o tym, jak blisko siebie mogą współistnieć ironia i głęboki tragizm.
Dlaczego warto podjąć to wyzwanie?
Zamykając ostatnią stronę dzieła Manna, nie czujemy ulgi, że „to już koniec”. Czujemy raczej tęsknotę.
Czarodziejska Góra zmienia nas jako czytelników. Uczy nas na nowo uważności, pozwala zwolnić i spojrzeć na nasze własne życie z dystansu – tak jakbyśmy same patrzyły na świat z bezpiecznej wysokości alpejskiego szczytu, znad brzegu filiżanki dobrej, gorącej kawy.
To nie jest książka do przeczytania „na raz”, w autobusie czy między jednym a drugim obowiązkiem. To lektura, którą trzeba sobie dozować, smakować ją po kilka stron wieczorem. I obiecuję – kiedy dasz się porwać temu nastrojowi, okaże się, że nie było przez co „brnąć”. Przez tę książkę się po prostu płynie.
A Ty? Masz już za sobą wizytę w Davos, czy może wciąż zbierasz siły na tę literacką wyprawę?
