Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty

08 lipca 2026

Simone de Beauvoir i sztuka pisania własnego życia

W poprzednim wpisie rozmawialiśmy o tym, jak prywatne archiwa Alberta Camusa odsłaniają przed nami jego drugą, ludzką biografię. Jednak paryskie kawiarnie Café de Flore czy Les Deux Magots w latach 40. i 50. ubiegłego wieku tętniły życiem nie tylko dzięki niemu. Przy sąsiednich stolikach, w kłębach dymu tytoniowego i przy filiżankach czarnej kawy, rodziły się idee, które zmieniły świat. W samym centrum tego intelektualnego cyklonu stała ona – Simone de Beauvoir.

​Często, gdy historia wspomina o Beauvoir, automatycznie wymienia się ją jednym tchem obok Jean-Paul Sartre’a, z którym dzieliła legendarne, wolne od mieszczańskich konwenansów partnerstwo. Czasem wspomina się jej burzliwe dyskusje i późniejszy głęboki konflikt z Camusem. Ale sprowadzanie Simone do roli „partnerki” czy „rozmówczyni” wielkich mężczyzn to kardynalny błąd. Co naprawdę zostaje po kobiecie, która miała odwagę pisać własne życie bez oglądania się na cudze autorytety?

​Architektka własnej wolności

​Gdybyśmy zajrzeli do osobistych zapisków i listów Simone de Beauvoir, nie znaleźlibyśmy tam jedynie echa filozoficznych sporów z Sartre'em czy Camusem. Znaleźlibyśmy tam kobietę, która z niemal rzemieślniczą dyscypliną budowała podwaliny nowoczesnego feminizmu. Jej najważniejsze dzieło, Druga płeć, nie powstało z salonowych plotek, ale z twardej, samotnej pracy badawczej i głębokiej autorefleksji.

​Beauvoir, w przeciwieństwie do wielu współczesnych jej twórców, traktowała swoje życie jako nieustanny eksperyment filozoficzny. Jej autobiograficzne powieści i wielotomowe pamiętniki to coś więcej niż literatura – to zapis radykalnej szczerości wobec samej siebie. Pokazywała, że wolność nie jest abstrakcyjnym pojęciem, o którym debatuje się nad brzegami Sekwany, ale codziennym, często trudnym wyborem.

​„Nie rodzimy się kobietami, stajemy się nimi” – to legendarne zdanie z Drugiej płci nabiera zupełnie innego smaku, gdy czytamy pamiętniki autorki. Widzimy wtedy, ile trudu kosztowało ją to „stawanie się” w świecie, który od kobiet oczekiwał milczenia.


​Listy, które piszą historię na nowo

​Kiedy milkną dawne ideologiczne kłótnie – o komunizm, o moralność w czasie wojny, o granice absurdu – to właśnie prywatna korespondencja Simone de Beauvoir pozwala nam zobaczyć epokę bez retuszu. Jej opublikowane listy (choćby te do amerykańskiego pisarza Nelsona Algrena) pokazują fascynujący kontrast: z jednej strony chłodna, genialna intelektualistka, z drugiej – kobieta pełna pasji, tęsknoty i niezwykłej wrażliwości na detal codzienności.

​To właśnie ta podwójność najbardziej nas przyciąga do jej zapisków. Uczy nas, że można pisać traktaty filozoficzne i jednocześnie z dziecięcą radością pić poranną kawę, obserwując budzący się Paryż. Że wrażliwość nie wyklucza ostrego jak brzytwa intelektu.

​Co zostaje w naszej filiżance?

​Kiedy dziś myślimy o Simone de Beauvoir, warto spojrzeć na nią nie przez pryzmat mężczyzn, z którymi jadała kolacje, ale przez pryzmat jej własnej, nieustępliwej odwagi. Zostawiła po sobie odwagę do zadawania pytań, które wielu wolałoby przemilczeć.

​Zatrzymajmy się na chwilę przy dzisiejszej filiżance. Simone przypomina nam o czymś niezwykle ważnym w naszym codziennym, szybkim życiu: że każda z nas ma prawo do własnego głosu, własnych błędów i pisania swojej biografii dokładnie takimi zgłoskami, jakimi sama chce. Bez konieczności stania w niczyim cieniu.


05 maja 2026

O kobietach, które nie chcą być feministkami (i o długu, który wszystkie spłacamy)

Zdarzyło Wam się kiedyś usłyszeć z ust znajomej, koleżanki z pracy czy młodej dziewczyny słowa: „Och, ale ja nie jestem feministką”? Przyznam szczerze, że za każdym razem, gdy to słyszę, czuję specyficzny rodzaj wewnętrznego oporu. Może nawet lekki smutek. Zastanawiam się wtedy, jak głęboko zakorzeniła się w nas narracja, która każe nam odcinać się od ruchu, dzięki któremu jesteśmy dzisiaj dokładnie tym, kim chcemy być.

To niezwykły paradoks naszych czasów. Wiele współczesnych kobiet korzysta z pełnej palety wolności, traktując ją jak powietrze – coś naturalnego, darmowego i oczywistego. A przecież ta wolność ma konkretne imiona, twarze i historię pełną potu, łez, a nierzadko i krwi.

Beneficjentki bez wiedzy i wdzięczności

Mówię to z pełnym przekonaniem i bez cienia przesady: jeśli dzisiaj studiujesz, jeśli pracujesz zawodowo, jeśli decydujesz o swoim życiu, a swoją wypłatę odbierasz na własne konto w banku – jesteś beneficjentką feminizmu. Niezależnie od tego, czy to słowo budzi w Tobie sympatię, czy lęk. Niezależnie od tego, czy oficjalnie się od niego odżegnujesz.

Żyjemy w świecie ukształtowanym przez wielowiekową, głęboką dominację mężczyzn. Ta dominacja trwała tak długo, że otaczającą nas rzeczywistość – dawną i obecną – wciąż podświadomie traktujemy bez głębszej refleksji. Przyjmujemy status quo jako stan wyjściowy natury. Zapominamy, że jeszcze nie tak dawno temu świat wyglądał zupełnie inaczej.

„Kobieta jest wiecznie małoletnia” – tak wprost i bez ogródek sankcjonował pozycję połowy ludzkości słynny Kodeks Napoleona. Kobieta była w nim całkowicie podporządkowana najpierw władzy ojca, potem mężowi. Bez prawa do stanowienia o sobie, bez prawa do własnego majątku, bez głosu.

To właśnie sufrażystki i pierwsze feministki, tak potwornie wówczas wyśmiewane, marginalizowane, wytykane palcami i więzione, zerwały te kajdany. To one wydeptały ścieżki do uniwersyteckich sal wykładowych, do urzędów, do banków i do urn wyborczych. To im zawdzięczamy to, że nasz głos – dosłowny i polityczny – ma dziś znaczenie.

Prawa zdobyte nie są dane na zawsze

Dlaczego o tym piszę przy porannej kawie? Ponieważ najbardziej niepokoi mnie lekkość, z jaką zapominamy o przeszłości. A historia uczy nas jednej, brutalnej prawdy: żadne prawo nie jest wyryte w kamieniu na zawsze.

Mechanizmy społeczne i polityczne bywają przewrotne. To, co dziś wydaje się nam nienaruszalnym standardem i prawem człowieka, przy niesprzyjających wiatrach, zmianach kulturowych czy kryzysach może zostać nam odebrane. Historia nie porusza się wyłącznie po linii prostej ku postępowi – potrafi gwałtownie zawrócić. O zdobyte prawa trzeba dbać, trzeba ich pilnować i trzeba mieć świadomość ich kruchości.

Siła ukryta w solidarności

W tym wszystkim kluczem do przetrwania i rozwoju jest solidarność pomiędzy nami – kobietami. Prawdziwe, głębokie siostrzeństwo, które potrafi wznieść się ponad drobne różnice poglądów czy stylów życia. Niestety, odosobnione głosy uciekające od feminizmu pokazują, że nie wszystkie z nas to rozumieją. Czasem zamiast budować wspólny front wsparcia, wybieramy obojętność lub, co gorsza, wzajemne ocenianie.

Zatrzymajmy się na chwilę w tym codziennym biegu. Kiedy następnym razem spojrzysz na swoją kartę bankomatową, na swój dyplom ze studiów czy na umowę o pracę, pomyśl o tych wszystkich kobietach, które były przed nami. Nie bójmy się słowa na „F”. Bądźmy wdzięczne, bądźmy czujne i przede wszystkim – bądźmy dla siebie oparciem.

Pamięć to nasz podstawowy obowiązek wobec przeszłości i jedyna tarcza na przyszłość.

***

Jeśli macie ochotę zapoznać się z historią feminizmu "w pigułece", to zapraszam Was na stronę mojej prezentacji: Feminizm na skróty






02 maja 2026

Polki nie gęsi... czyli o trudnej drodze kobiet do nauki

Usiądźcie wygodnie z filiżanką ulubionej kawy lub herbaty. Dzisiaj, jako że jestem historyczką, chciałabym Was zabrać w podróż w czasie. Czas na małą, ale jakże ważną lekcję historii. Parafrazując Mikołaja Reja: niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polki nie gęsi, iż swą naukę mają!

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądała codzienność kobiet, które pod koniec XIX i na początku XX wieku marzyły o wiedzy? W okresie zaborów rzeczywistość nas, kobiet, była – delikatnie mówiąc – ponura. Według ówczesnego prawa byłyśmy uznawane za „wiecznie małoletnie”. Majątek żony należał do męża, a bez jego zgody kobieta nie mogła nawet wyrobić dokumentów, podjąć pracy czy wyjechać z miasta. Co ciekawe, w 1908 roku zdesperowane polskie emancypantki publicznie spaliły Kodeks Napoleona w ramach protestu przeciwko temu ubezwłasnowolnieniu!

Ograniczenia prawne to jedno, ale prawdziwym murem były ówczesne obyczaje. Dziewczęta z „dobrych domów” miały być ciche, delikatne i mdleć na widok broni. Wybitni ówcześni pedagodzy i filozofowie z całą powagą głosili, że głębsza nauka nie jest przeznaczona dla „cór Ewy”. Pisano wprost: „Lepsza im igła i wrzeciono, oraz że uczonej żony lękają się też mężczyźni równie jak niebezpiecznej cholery”. Smutne, prawda? Przez pokolenia wmawiano kobietom intelektualną niższość, co budowało w nich ogromną barierę psychiczną i brak wiary we własne siły.

Budzenie samowiedzy i czas czynu

Na szczęście Polki nie dały się uciszyć. Przez niemal trzydzieści lat, głównie za sprawą prasy kobiecej i odważnych emancypantek, trwała walka o zmianę myślenia. Przełom przyniósł też... kryzys gospodarczy w latach 70. XIX wieku oraz demografia – kobiet było więcej niż mężczyzn, wiele z nich straciło majątki i po prostu musiały zacząć zarabiać na siebie i rodziny.

Droga na uniwersytety była jednak zamknięta. Czy wiecie, że genialna Maria Skłodowska wyjechała do Paryża tylko dlatego, że odmówiono jej przyjęcia na Uniwersytet Jagielloński? Dopiero w 1894 roku w Krakowie na studia farmaceutyczne przyjęto pierwsze trzy kobiety – i to tylko jako słuchaczki, bez prawa do zdawania egzaminów! Oficjalną zgodę na studia rząd wydał w 1897 roku.

Te, które przetarły szlaki

Kiedy już przełamano pierwsze lody, polskie naukowczynie zaczęły zadziwiać świat. Oczywiście wszyscy znamy naszą dwukrotną noblistkę, Marię Skłodowską-Curie, oraz jej córkę Irène Joliot-Curie, która poszła w ślady mamy i również odebrała Nagrodę Nobla z chemii.

Ale historia polskich kobiet nauki to nie tylko Paryż. Warto wspomnieć chociażby o:

  • Marii Zakrzewskiej – która wyjechała do USA i została pionierką medycyny, otwierając w Bostonie szpital prowadzony wyłącznie przez kobiety i zatrudniający czarnoskóre pielęgniarki.

  • Antoninie Leśniewskiej – pierwszej kobiecie w Rosji, która uzyskała tytuł magistra farmacji.

  • Cezarii Jędrzejowiczowej – wybitnej profesor etnografii.

Dopiero odzyskanie niepodległości w 1918 roku przyniosło Polkom upragnione prawa wyborcze i formalne zrównanie z mężczyznami. Choć, jak dobrze wiemy, codzienna praktyka i mentalność społeczna jeszcze długo musiały gonić literę prawa...

Zostawiam Was dzisiaj z tą refleksją przy Waszych filiżankach. Jakie myśli budzi w Was ta historia? Czy doceniamy dziś wystarczająco to, jak wielką batalię musiały stoczyć nasze prababki, byśmy mogły po prostu... studiować i decydować o sobie?



Najwięksi naukowcy XX wieku. Zdjęcie zrobiono w październiku 1927 roku podczas kongresu Solvaya w Brukseli. 

Zadanie: znajdź "niepasujący" element :) 

Odpowiedź: jedyna kobieta - M. Skłodowska–Curie (trzecia od lewej)