Gdzie podziewa się to, co zniknęło? Zarówno neurobiolodzy badający mózgi maleńkich owadów, jak i fizycy spoglądający w otchłań czarnych dziur dochodzą do podobnego, wręcz poetyckiego wniosku: w naturze powrót do stanu „czystej karty” jest iluzją.
Autorski blog o kulturze, literaturze, filozofii, psychologii i życiu w świecie nowych technologii
Gdzie podziewa się to, co zniknęło? Zarówno neurobiolodzy badający mózgi maleńkich owadów, jak i fizycy spoglądający w otchłań czarnych dziur dochodzą do podobnego, wręcz poetyckiego wniosku: w naturze powrót do stanu „czystej karty” jest iluzją.
Sama od dawna codziennie praktykuję medytację i z całego serca polecam ją każdemu. Uważność przynosi do naszego codziennego życia mnóstwo spokoju, przestrzeń na oddech i pozwala zatrzymać się w pędzie, by nawiązać głębszy, pełen empatii kontakt ze sobą. Jednak jako osoba z natury dociekliwa, za każdym razem, gdy widzę w nagłówkach prasowych obietnice o „rewolucyjnym przełomie”, czuję potrzebę, by zaprosić nas wszystkich do małej chwili refleksji.
Wpadło mi dzisiaj w ręce omówienie bardzo ciekawego badania opisanego 8 sierpnia w serwisie ScienceDaily. Dotyczyło ono grupy uczestników intensywnego, siedmiodniowego wyjazdu medytacyjnego. W ciągu tego jednego tygodnia spędzili oni około 33 godzin na medytacji oraz innych praktykach nakierowanych na harmonię ciała i umysłu (mind-body).
Są takie poranki, kiedy sięgam po nowo zakupioną powieść, stawiam obok filiżankę parującej herbaty i zastanawiam się, jaką drogę musiały przebyć te słowa, zanim trafiły na moją półkę. Zwykle myślimy o tym w bardzo prosty, wręcz romantyczny sposób: autor pisze książkę, wysyła ją do wydawnictwa, wydawca ją drukuje, a my – czytelnicy – wybieramy ją w księgarni, zachęceni okładką lub recenzją.
Okazuje się jednak, że ta droga jest znacznie bardziej wielowarstwowa, a kluczowa postać w tej opowieści bardzo często pozostaje w cieniu.
Niedawno Financial Times zwrócił uwagę na niezwykle ciekawą książkę badaczki Laury B. McGrath – „Middlemen: Literary Agents and the Making of American Fiction”. McGrath przygląda się amerykańskiemu rynkowi literackiemu od lat 50. XX wieku aż po współczesność i stawia odważną, ale popartą skrupulatnymi badaniami tezę: postacią, która w największym stopniu kształtuje nasz gust i decyduje o tym, co trafia na księgarskie półki, jest agent literacki.
Żyjemy w epoce, w której przeszłość nigdy nie była tak łatwo dostępna i jednocześnie tak skrojona na miarę. Wystarczy kilka kliknięć, by zanurzyć się w cyfrowo wygładzonym ziarnie taśmy VHS, kasetowym szumie sprytnie nałożonym na cyfrowy plik audio czy ciepłych, pastelowych odcieniach fotografii stylizowanych na analogowe odbitki z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Młode pokolenia, które nie mają prawa pamiętać zapachu nagrzanego kineskopu ani mozolnego przewijania taśmy ołówkiem, z zapamiętaniem tworzą własne mikrokosmosy oparte na estetyce retro. Powstało nawet osobne pojęcie opisujące to zjawisko – anemoia, czyli tęsknota za czasem, w którym się nie żyło.
Co sprawia, że w epoce błyskawicznego przesyłu danych, generatywnej sztucznej inteligencji i nieograniczonych możliwości technologicznych uciekamy wzrokiem wstecz?