02 września 2026

Czy można przestać wierzyć, nie odrzucając świata, z którego się wyszło?

Wiadomość o śmierci sir Anthony’ego Kenny’ego – jednego z najwybitniejszych brytyjskich historyków filozofii – wywołała we mnie dłuższą chwilę cichej zadumy. Odszedł człowiek o niezwykle przenikliwym umyśle, wielkiej dyscyplinie intelektualnej i rzadko spotykanej klasie.

Czytając poświęcony mu wspomnieniowy artykuł w „The Guardianie”, powróciłam do pytania, które od dawna uważam za jedno z najbardziej fascynujących i dojrzałych wyzwań ludzkiego ducha: czy można przestać wierzyć, a jednocześnie nie spalić za sobą mostów i nie odrzucić świata, z którego się wyrosło?

sir Anthony Kenny

Droga przez wątpliwość

Droga Anthony’ego Kenny’ego była pod tym względem niezwykła. Zanim stworzył swoją monumentalną, czterotomową A New History of Western Philosophy, zanim stał się cenionym komentatorem Arystotelesa, Tomasza z Akwinu i Wittgensteina, był rzymskokatolickim księdzem. Kiedy jednak uczciwość myślenia postawiła przed nim pytania, na które dogmaty nie dawały satysfakcjonującej odpowiedzi, podjął trudną decyzję o odejściu ze stanu duchownego. Został agnostykiem – czasem o sobie mawiał z typowo angielskim dystansem, że jest „pobożnym agnostykiem” (devout agnostic).

W naszej kulturze rozstania z wiarą bywają gwałtowne. Zbyt często towarzyszy im gniew, publiczne rozliczanie przeszłości, nierzadko wręcz demonstracyjna pogarda wobec wszystkiego, co kojarzy się z dawną wspólnotą. Kenny wybrał zupełnie inną ścieżkę. Nie zatrzasnął za sobą drzwi z hukiem. Nie stał się antyklerykalnym pamflecistą, nie zaczął traktować tradycji chrześcijańskiej jako błędu młodości czy zbiorowej iluzji. Przeciwnie, przez całe dekady badał św. Tomasza z taką samą powagą, rygorem i szacunkiem, z jakimi pochylał się nad pismami logicznymi czy analizami języka u Wittgensteina. Pokazał, że utrata wiary nie musi oznaczać utraty szacunku do pytań, które ta wiara stawiała.

Bliskie echa i osobiste ścieżki

Kiedy myślę o postawie Kenny’ego, mimowolnie szukam analogii na naszym rodzimym gruncie. I niemal natychmiast pojawia się w mojej pamięci postać profesora Stanisława Obirka. Podobnie jak Kenny, prof. Obirek przebył długą drogę: od zakonu jezuitów i głębokiego zakorzenienia w teologii aż po zrzucenie sutanny i wejście w przestrzeń świeckiego, krytycznego humanizmu. Miałam przyjemność uczestniczenia w jego seminariach podczas pisania doktoratu i do dziś niezwykle je cenię. Uderzał w nich brak resentymentu – krytyczność nie oznaczała zgorzknienia, a odejście z instytucji nie odebrało mu wrażliwości na duchowy wymiar chrześcijaństwa.

Pisząc o nich obu, nie potrafię uciec od moich własnych wspomnień. Moje doświadczenie z Kościołem rzymskokatolickim również miało swoją głęboką, a dla wielu pewnie zaskakującą, dynamikę. Zaraz po maturze wstąpiłam do klauzurowego klasztoru Karmelitanek Bosych. I choć moje życie potoczyło się w zupełnie innym kierunku, do dziś wspominam spędzony za klasztornymi murami czas jako niezwykle fascynujące doświadczenie.

Po opuszczeniu klasztoru przeszłam przez kolejne etapy utraty wiary – od agnostyzmu po w pełni świadomą apostazję. Droga, którą przebyłam, nauczyła mnie jednak czegoś bardzo ważnego. Dziś potrafię szanować samą wiarę, dostrzegając jej piękno i znaczenie w życiu człowieka i społeczeństwa, ale uważam, że należy ją stanowczo oddzielić od kościoła instytucjonalnego. To rozróżnienie daje wolność – pozwala zachować wdzięczność za doświadczenia, które nas ukształtowały, bez konieczności trwania w strukturach, z którymi nie umiemy się już zgodzić. 

Sztuka lojalności wobec prawdy

Dlaczego taka postawa wydaje mi się dziś tak cenna?

Żyjemy w świecie ostrych polaryzacji. Wymaga się od nas jednoznacznych deklaracji. Albo jesteś wewnątrz twierdzy i bezkrytycznie bronisz każdej jej baszty, albo stoisz na zewnątrz z pochodnią. Tymczasem życiorysy takie jak Kenny’ego, Obirka, a w mikroskali także moje własne doświadczenia przypominają o istnieniu trzeciej drogi. Drogi, na której można zmienić przekonania, zachowując jednocześnie szacunek do języka i symboli z przeszłości.

W gruncie rzeczy to jeden z najpiękniejszych dowodów dojrzałości — uznać, że można wyjść z domu dzieciństwa (lub z klasztornej klauzury), nie przeklinając jego progów. Warto uczyć się tej trudnej sztuki niuansu – umiejętności spokojnego wątpienia bez nienawiści, ze stałą gotowością do szukania prawdy z otwartym sercem i jasnym umysłem.

dr Małgorzata Parzynowska | Humanistka.pl 

Spodobał Ci się ten tekst?

Dołącz do grona uważnych czytelników i otrzymuj comiesięczny list humanistyczny.

Zapisz się na newsletter →

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)