12 sierpnia 2026

Co łączy czarne dziury z naszą pamięcią?

Gdzie podziewa się to, co zniknęło? Zarówno neurobiolodzy badający mózgi maleńkich owadów, jak i fizycy spoglądający w otchłań czarnych dziur dochodzą do podobnego, wręcz poetyckiego wniosku: w naturze powrót do stanu „czystej karty” jest iluzją.

Kobieta wyjmuje książkę z bibliotecznej półki – ilustracja tekstu o pamięci i informacji

09 sierpnia 2026

Słowo a medytacja. Co naprawdę dzieje się w naszych głowach?

Sama od dawna codziennie praktykuję medytację i z całego serca polecam ją każdemu. Uważność przynosi do naszego codziennego życia mnóstwo spokoju, przestrzeń na oddech i pozwala zatrzymać się w pędzie, by nawiązać głębszy, pełen empatii kontakt ze sobą. Jednak jako osoba z natury dociekliwa, za każdym razem, gdy widzę w nagłówkach prasowych obietnice o „rewolucyjnym przełomie”, czuję potrzebę, by zaprosić nas wszystkich do małej chwili refleksji.

Wpadło mi dzisiaj w ręce omówienie bardzo ciekawego badania opisanego 8 sierpnia w serwisie ScienceDaily. Dotyczyło ono grupy uczestników intensywnego, siedmiodniowego wyjazdu medytacyjnego. W ciągu tego jednego tygodnia spędzili oni około 33 godzin na medytacji oraz innych praktykach nakierowanych na harmonię ciała i umysłu (mind-body).

Młoda kobieta medytuje, łącząc przeszłość z przyszłością.

07 sierpnia 2026

Kto naprawdę decyduje, jakie książki czytamy?

Są takie poranki, kiedy sięgam po nowo zakupioną powieść, stawiam obok filiżankę parującej herbaty i zastanawiam się, jaką drogę musiały przebyć te słowa, zanim trafiły na moją półkę. Zwykle myślimy o tym w bardzo prosty, wręcz romantyczny sposób: autor pisze książkę, wysyła ją do wydawnictwa, wydawca ją drukuje, a my – czytelnicy – wybieramy ją w księgarni, zachęceni okładką lub recenzją.

Okazuje się jednak, że ta droga jest znacznie bardziej wielowarstwowa, a kluczowa postać w tej opowieści bardzo często pozostaje w cieniu.

Niedawno Financial Times zwrócił uwagę na niezwykle ciekawą książkę badaczki Laury B. McGrath – „Middlemen: Literary Agents and the Making of American Fiction”. McGrath przygląda się amerykańskiemu rynkowi literackiemu od lat 50. XX wieku aż po współczesność i stawia odważną, ale popartą skrupulatnymi badaniami tezę: postacią, która w największym stopniu kształtuje nasz gust i decyduje o tym, co trafia na księgarskie półki, jest agent literacki.

Kobieta wybierająca książki w bibliotece — ilustracja roli agentów literackich

06 sierpnia 2026

Tęsknota za czasem, w którym nas nie było

Żyjemy w epoce, w której przeszłość nigdy nie była tak łatwo dostępna i jednocześnie tak skrojona na miarę. Wystarczy kilka kliknięć, by zanurzyć się w cyfrowo wygładzonym ziarnie taśmy VHS, kasetowym szumie sprytnie nałożonym na cyfrowy plik audio czy ciepłych, pastelowych odcieniach fotografii stylizowanych na analogowe odbitki z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Młode pokolenia, które nie mają prawa pamiętać zapachu nagrzanego kineskopu ani mozolnego przewijania taśmy ołówkiem, z zapamiętaniem tworzą własne mikrokosmosy oparte na estetyce retro. Powstało nawet osobne pojęcie opisujące to zjawisko – anemoia, czyli tęsknota za czasem, w którym się nie żyło.

Co sprawia, że w epoce błyskawicznego przesyłu danych, generatywnej sztucznej inteligencji i nieograniczonych możliwości technologicznych uciekamy wzrokiem wstecz?

05 sierpnia 2026

Dlaczego książki o tożsamości bywają uznawane za zagrożenie?

Współczesny świat ma niezwykłą łatwość w klasyfikowaniu i szufladkowaniu ludzkich doświadczeń. Lubimy jasne etykiety, przejrzyste struktury i ciche oczywistości. Jednak kiedy w dłonie młodego człowieka trafia literatura, która zaczyna stawiać trudne, lecz głęboko ludzkie pytania – o to, kim jestem, dokąd zmierzam i jak kochać bez lęku – w wielu przestrzeniach społecznych pojawia się opór. Wieść o śmierci Benjamina Alire Sáenza, wybitnego poety i prozaika meksykańsko-amerykańskiego pogranicza, skłania do ponownego zadania pytania: dlaczego opowieści o odkrywaniu siebie wciąż wzbudzają tak silny lęk?

Sáenz, pierwszy latynoski laureat PEN/Faulkner Award, zapisał się w sercach czytelników na całym świecie przede wszystkim subtelną, przejmującą powieścią Arystoteles i Dante odkrywają sekrety wszechświata. To historia dwóch dorastających chłopców, którzy próbują odnaleźć własny głos w świecie pełnym milczenia, społecznych oczekiwań i kulturowych pęknięć. Choć książka ta przyniosła autorowi międzynarodowe uznanie i liczne nagrody, trafiała również na listy książek zakazanych lub wycofywanych z bibliotek. Historia literatury zatacza tu po raz kolejny ten sam dobrze znany krąg.

04 sierpnia 2026

Skok na głęboką wodę (z Odyseuszem w tle)

Siedzę dzisiaj przy oknie, z filiżanką gorącej herbaty w dłoniach, patrząc na niespiesznie upływający popołudniowy czas. Moje myśli krążą wokół wiadomości, która niedawno przemknęła przez media społecznościowe i nagłówki prasowe. Wygląda na to, że świat nagle, niemal z dnia na dzień, przypomniał sobie o podróżach pewnego brodatego Greka sprzed blisko 2700 lat.

Impulsem okazała się nowa, hollywoodzka ekranizacja „Odysei”. Efekt? Statystyki ze Stanów Zjednoczonych wręcz zdumiewają. Sprzedaż wydań drukowanych skoczyła od początku roku o 76%, a Biblioteka Publiczna w Nowym Jorku odnotowała w samym lipcu gigantyczny, bo aż 338-procentowy wzrost zapotrzebowania na poemat Homera. Szczególnym wzięciem cieszy się znakomity, uwspółcześniony przekład Emily Wilson – choć sama tłumaczka nie kryje dystansu i dość krytycznie pointuje spłycenia oraz hollywoodzkie uproszczenia zastosowane w filmie (pisałam o tym we wcześniejszym tekście).

Zapewne powinnam się cieszyć. Jako osoba, dla której literatura jest chlebem powszednim i bezpieczną przystanią, powinnam klaskać z zachwytu, że dzieło absolutnie fundamentalne dla kultury zachodniej trafia pod strzechy i na listy bestsellerów. A jednak… zerkam w moją filiżankę i czuję pewien niepokój. Wybaczcie mi ten odrobinę sceptyczny ton, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z bardzo specyficznym zjawiskiem.

02 sierpnia 2026

Zapach cynamonu, szum Atlantyku i szept przewracanych kart

Są takie miejsca na mapie, w których czas płynie inaczej — gdzie tradycja nie ściga się z nowoczesnością, lecz prowadzi z nią niespieszny, głęboki dialog. Tej wiosny oczy miłośników literatury z całego świata zwróciły się w stronę Maroka. 23 kwietnia Rabat oficjalnie objął tytuł Światowej Stolicy Książki UNESCO na rok 2026.

Zauważyliście, jak rzadko zatrzymujemy się nad tym, czym właściwie jest książka w przestrzeni miejskiej? Często traktujemy ją jako przedmiot bardzo prywatny — coś, co czytamy w domowym zaciszu, z filiżanką ulubionej herbaty pod ręką, schowani przed zgiełkiem codzienności. Tymczasem tegoroczny wybór UNESCO przypomina nam, że literatura może być żywą tkanką miasta, mostem łączącym pokolenia oraz siłą włączającą do wspólnoty tych, których głos bywa zbyt cicho słyszalny.

01 sierpnia 2026

Sztuka w sieci zachwytów. O trudnym romansie muzeów z influencerami

Czy sztuka potrzebuje dziś nowych opowiadaczy? Spoglądając na to, jak dynamicznie zmienia się przestrzeń komunikacji kultury, trudno odpowiedzieć inaczej niż twierdząco. Francuskie muzea i galerie coraz śmielej otwierają swoje podwoje dla internetowych popularyzatorów sztuki – twórców cyfrowych, którzy z właściwą sobie swobodą, bez zbędnego akademickiego żargonu i nadęcia, potrafią przybliżać dziedzictwo kulturowe młodszym pokoleniom.

31 lipca 2026

Co tracimy, kiedy z niejednoznacznego człowieka robimy pomnik samotnego geniusza?

Są takie wieczory, kiedy po obejrzeniu głośnego filmu biograficznego zostajemy z poczuciem zachwytu, ale i pewnego cichego niedosytu. Kino uwielbia pisać ludzkie życiorysy od nowa. Potrzebuje jasnego schematu: wybitny umysł, tragiczne odosobnienie, brak zrozumienia u otoczenia i bolesna alienacja. W ten sposób powstaje pomnik – wyrazisty, elegancki i… całkowicie pozbawiony niuansów.

Jeden z najbardziej poruszających przykładów tego mechanizmu to wizerunek Alana Turinga. W powszechnej świadomości – utrwalonej chociażby przez hollywoodzką Grę tajemnic (The Imitation Game) z wybitną skądinąd rolą Benedicta Cumberbatcha – Turing funkcjonuje jako genialny, ale społecznie wycofany, chłodny matematyk, żyjący wyłącznie w świecie cyfr, pozbawiony poczucia humoru i głęboko samotny.

Co jednak dzieje się w momencie, gdy z archiwum wyłania się zupełnie inny obraz?

30 lipca 2026

Architektura wyobraźni. Jak literatura piękna przestraja nasz mózg i uczy nas być ludźmi

Często myślimy o czytaniu powieści jako o pięknej, ale nieco pobłażliwej formie ucieczki od rzeczywistości. Chwycenie za dobrą książkę z filiżanką ciepłej herbaty jawi się nam jako drobny luksus – cicha wyspa wytchnienia w pędzącym, przeładowanym bodźcami świecie. Tymczasem najnowsze doniesienia badaczy z Uniwersytetu Oksfordzkiego pokazują coś zachwycającego: sięganie po literaturę piękną to nie tylko ucieczka. To głęboka, biologiczna przebudowa naszego umysłu.

Obraz: medium.com

29 lipca 2026

Gwarancja kunsztu czy odwaga eksperymentu?

Czego właściwie oczekujemy od wybitnej literatury? Czy nagroda ma być stamplem jakości chroniącym klasyczny kunszt i warsztatową doskonałość, czy raczej iskrą, która roznieca nowe formy wyrazu, nawet za cenę narracyjnego ryzyka?

Kiedy siadam w fotelu z parującą filiżanką herbaty i przeglądam najświeższe wiadomości ze świata literatury, myślami często wracam do pytania o sens i funkcję prestiżowych wyróżnień. Ołtarze, na których stawiamy współczesne powieści, bywają kapryśne. Z jednej strony pragniemy harmonii, głębi psychologicznej i doskonałości formalnej – prozy, która otula nas sprawdzonym, dojrzałym rzemiosłem. Z drugiej strony, literatura żyje tylko wtedy, gdy oddycha świeżym powietrzem, gdy burzy zastane schematy i zmusza nas do wyjścia poza strefę komfortu.

Okazją do tych refleksji stała się ogłoszona niedawno długa lista nominacji do Booker Prize 2026. Do tegorocznej edycji zgłoszono aż 163 powieści, z których jury wyselekcjonowało 13 wyróżniających się tytułów. Obok uznanych mistrzów i wcześniejszych laureatów – takich jak Marlon James, Douglas Stuart czy Elizabeth Strout – pojawiły się liczne debiuty i autorskie głosy nominowane po raz pierwszy. Przewodnicząca jury, wybitna historyczka i moja ulubienica, Mary Beard, podkreśliła, że tegoroczny wybór to wyraźne postawienie na literackie ryzyko: surrealizm, dystopię, polityczny absurd i eksperymentowanie z samą tkanką narracyjną.

28 lipca 2026

Kiedy adaptacja klasyki staje się zdradą?

Zanim wlejemy gorącą wodę do ulubionej filiżanki i usiądziemy w fotelu, by zastanowić się nad kolejnym filmowym widowiskiem, warto postawić sobie pytanie: czego właściwie oczekujemy od kina, gdy sięga ono po literackie fundamenty naszej kultury? Czy wierne przełożenie fabuły to gwarancja sukcesu, czy może największą zdradą wobec pierwowzoru jest spłaszczenie jego filozoficznego ciężaru?

Głos Emily Wilson — autorki znakomicie przyjętego pierwszego angielskiego przekładu Odysei dokonanego przez kobietę — wywołał niedawno głośną dyskusję w świecie krytyki filmowej i literackiej. Badaczka bezlitośnie oceniła najnowsze monumentalne widowisko Christophera Nolana. Choć reżyser ten od lat przyzwyczaił nas do kunsztownej żonglerki czasem, oszałamiających efektów wizualnych i narracyjnego rozmachu, zdaniem Wilson jego ekranizacja eposu Homera okazała się wydmuszką: pozbawioną psychologicznej, politycznej i etycznej głębi, która od tysiącleci stanowi o sile oryginału.

27 lipca 2026

AI nie musi pisać lepiej od człowieka, by zmienić rynek książki

Kiedy myślimy o sztucznej inteligencji w kontekście literatury, najczęściej wpadamy w pułapkę estetyki. Pytamy, czy algorytm potrafi zachwycić frazą, zbudować wiarygodny portret psychologiczny postaci lub oddać niuanse ludzkiego cierpienia i zachwytu nad światem. Tymczasem prawdziwa rewolucja na rynku wydawniczym wcale nie rozgrywa się na poziomie kunsztu. Odgrywa się na poziomie czystej matematyki, skali i czasu.

Siedząc przy filiżance herbaty i obserwując te cyfrowe przemiany, łatwo ulec złudzeniu, że dopóki maszyna nie stworzy dzieła na miarę Nobla czy nowej Anny Kareniny, tradycyjna literatura pozostanie bezpieczna. Najnowsze dane empiryczne pokazują jednak zupełnie inny mechanizm — sztuczna inteligencja zmienia zasady gry nie dlatego, że przewyższa pisarzy talentem, ale dlatego, że eliminuje najbardziej fundamentalne z ludzkich ograniczeń — czas potrzebny na stworzenie opowieści.

26 lipca 2026

Pawilon spokoju #10 | Jak japońskie „nagara undou” ratuje nas przed kultem produktywności

Żyjemy w świecie, który nieustannie żąda od nas deklaracji. Jeśli chcesz być zdrowy – wykup karnet na siłownię. Jeśli chcesz spokoju – wyjedź na tygodniowe odosobnienie. Zachodni model dbania o siebie stał się kolejnym zadaniem do odhaczenia na liście, nierzadko generującym frustrację, gdy z braku czasu po raz kolejny rezygnujemy z wielkich planów. A gdyby tak podejść do tematu zupełnie inaczej? Zamiast rewolucji – cicha ewolucja. Odpowiedzią na to wyzwanie może być japońska koncepcja nagara undou, czyli sztuka ćwiczenia „przy okazji”.

25 lipca 2026

Jak jedna decyzja stworzyła fenomen Lenny’ego Rachitsky’ego

W świecie, który nieustannie wymusza na nas pośpiech, optymalizację i pogoń za natychmiastowym efektem, historie sukcesu w sieci bywają do siebie łudząco podobne. Słyszymy o wiralowych treściach, algorytmach hakujących uwagę i strategiach ukierunkowanych na błyskawiczny wzrost.

A jednak na samym szczycie cyfrowego pisarstwa – tam, gdzie czytelnicy płacą roczny abonament za dostarczanie im wiedzy – stoi historia zupełnie inna. Historia Lenny’ego Rachitsky’ego, autora Lenny’s Newsletter, którego publikacje czyta dziś ponad 700 tysięcy osób na całym świecie.

Kiedy przyglądamy się tak imponującym liczbom, łatwo ulec pokusie szukania skomplikowanych lewarów marketingowych. Tymczasem na samym początku tej drogi nie było wielkiego zespołu ani skomplikowanej machiny promocyjnej. Była tylko jedna decyzja.

„Wartościowa treść” - czas w końcu zdefiniować to pojęcie

Każdy, kto choć raz spróbował opublikować coś w sieci – niezależnie od tego, czy pisze blog, tworzy newsletter czy buduje markę osobistą – musiał zderzyć się z tym powtarzanym jak mantra sloganem: „Musisz po prostu tworzyć wartościową treść”.

Złota zasada internetu. Święty Graal algorytmów. Porada, którą usłyszysz w każdym poradniku marketingowym, na każdym kursie pisania i w niemal każdym wywiadzie z twórcami.

Jest tylko jeden mały problem. Bo co to tak naprawdę oznacza?

Ta porada stała się pojęciową wydmuszką. Wszyscy powtarzają to hasło, ale nikt go nie definiuje. W efekcie twórcy zostają z poczuciem zagubienia i frustracji, pytając samych siebie: „Co to właściwie znaczy? I dlaczego moja treść, w którą włożyłe(a)m tyle serca, według statystyk wartościowa nie jest?”.

Czas z tym skończyć. Rozłóżmy tę „wartość” na czynniki pierwsze – bardziej konkretne niż mogłoby się wydawać.

Cyfrowe duchy i zagłuszanie straty. Refleksje po „Zaraz wracam”

Kiedy zaparzyłam dziś moją ulubioną herbatę i usiadłam z nią na chwilę w ciszy, patrząc na tętniące życiem miasto za oknem, moje myśli powędrowały w stronę jednego z najbardziej poruszających odcinków Czarnego lustra – „Zaraz wracam” (ang. Be Right Back). To przejmująca historia Marthy, która po tragicznej śmierci swojego ukochanego Asha z rozpaczy decyduje się na skorzystanie z nowatorskiej usługi. System, analizując pozostawione przez niego maile, wiadomości i wpisy w mediach społecznościowych, tworzy wirtualnego awatara, z którym kobieta wchodzi w coraz głębsze interakcje.

Jeszcze dekadę temu oglądaliśmy ten odcinek jak niepokojącą, odległą dystopię. Dziś granica między ekranową fikcją a naszą codziennością właściwie przestała istnieć.

Kadr z filmu

24 lipca 2026

Technologiczni miliarderzy nie wymyślili marzenia o nowej arystokracji

Gdy spoglądamy dzisiaj na szefów wielkich korporacji technologicznych, ich architekturę zaimków, obietnice powszechnego dobrobytu i język nieustannego „rozwoju”, łatwo ulec złudzeniu, że mamy do czynienia z fenomenem absolutnie nowym. Historyczka Kim Phillips-Fein w swojej książce „Country of Lords” przypomina nam jednak o prawdzie znacznie bardziej niepokojącej: to nie jest nowa opowieść. To jedynie stary monolog władzy, ubrany w lśniące szaty algorytmów.

Kiedy czytałam ostatnio o tezach zawartych w książce Phillips-Fein, uderzyła mnie ciągłość historyczna, o której tak często zapominamy w pędzie współczesnej transformacji cyfrowej. Autorka wykonuje kapitalną pracę archiwisty ludzkich złudzeń: prowadzi nas chłodnym, precyzyjnym krokiem od osiemnastowiecznych obaw Johna Adamsa przed „zbyt wielką demokracją”, przez dziewiętnastowieczny darwinizm społeczny i tzw. „naukowy rasizm”, aż po współczesne gabinety miliarderów z Doliny Krzemowej.

Wniosek, który płynie z tej lektury, jest nadzwyczaj czytelny, choć rzuca głęboki cień na nasz optymizm: technologiczni magnaci nie stworzyli zupełnie nowej filozofii społecznej. Oni jedynie przejęli prastare marzenie o nowej arystokracji — o klasie „wybranych”, którzy ze względu na swoją rzekomą wyższość (kiedyś uświęconą urodzeniem, później biologiczną ewolucją, a dziś intelektem i sprawnością operowania kapitałem) mają naturalne prawo do decydowania o losie reszty społeczeństwa.

23 lipca 2026

Pawilon spokoju #9 | Zachód w poszukiwaniu utraconej uważności

Współczesny zachodni świat kręci się wokół słowa więcej. Więcej pracy, więcej bodźców, więcej przedmiotów w szafach, więcej subskrypcji, więcej szybkich, bezrefleksyjnych wyborów. Żyjemy w kulturze nadmiaru, która – paradoksalnie – często pozostawia nas z poczuciem głębokiego niedosytu. Próbując gasić ten egzystencjalny niepokój kolejnymi zakupami czy bezwiednym przesuwaniem ekranu telefonu, coraz bardziej oddalamy się od tego, co w życiu naprawdę esencjonalne.

W tym hałaśliwym krajobrazie japońskie pojęcia Mottainai oraz Kakeibo brzmią jak kojący, czysty akord. Choć zrodziły się w zupełnie innej kulturze, niosą ze sobą uniwersalne lekarstwo na bolączki zachodniego człowieka: zaproszenie do powrotu do korzeni uważności.

Mottainai, czyli drugie życie rozbitej filiżanki

W kulturze Zachodu zakorzenił się nawyk, który można nazwać „kulturą jednorazowości”. Gdy coś pęka, niszczy się lub po prostu przestaje być modne, najprostszym odruchem jest wyrzucenie tego do kosza. Kupujemy nowe, bo tak jest szybciej, taniej i wygodniej.

Japońskie słowo Mottainai (もったいない), oznaczające głęboki żal z powodu marnotrawstwa, rzuca temu podejściu radykalne wyzwanie. U jego podstaw leży buddyjskie przekonanie, że przedmioty nie są jedynie martwą materią – są owocem ludzkiej pracy, darów natury i energii, która zasługuje na najwyższy szacunek.

Kiedy przyjrzymy się japońskiej sztuce Kintsugi – naprawianiu pękniętej ceramiki złotą laką – dostrzeżemy kompletną zmianę paradygmatu. Dla zachodniego oka pęknięcie to skaza, powód do wstydu i wyrzucenia przedmiotu. Dla filozofii Mottainai to część historii tej konkretnej filiżanki. Blizna, zamiast być ukrywana, zostaje podkreślona złotem, czyniąc naczynie jeszcze piękniejszym i cenniejszym. To potężna lekcja dla naszej zachodniej kultury, tak bardzo obsesyjnie goniącej za nieskazitelnością i nowością. Mottainai uczy nas, że wartość rodzi się z troski, pamięci i wdzięczności za to, co już posiadamy.

Kakeibo. Taniec pióra z papierem w dobie algorytmów

Jeśli Mottainai uzdrawia naszą relację z przedmiotami, to Kakeibo (家計簿) robi dokładnie to samo z naszą relacją z pieniędzmi. Na Zachodzie finanse stały się niemal całkowicie abstrakcyjne. Płacimy zbliżeniowo telefonem, zegarkiem, bierzemy pożyczki jednym kliknięciem w aplikacji. Pieniądze stały się cyframi na ekranie, które płyną niewidzialnym strumieniem, często przeciekając nam przez palce.

Wymyślone ponad sto lat temu przez japońską dziennikarkę Hani Motoko Kakeibo – czyli tradycyjna sztuka prowadzenia domowego budżetu – proponuje nam coś rewolucyjnego: powrót do papieru i pióra. W świecie zdominowanym przez aplikacje i automatyczne wykresy, ręczne wpisywanie każdego wydatku wydaje się anachronizmem. A jednak to właśnie ten fizyczny akt pisania zmusza nas do zwolnienia tempa.

Kiedy musimy usiąść wieczorem z notesem i fizycznie zapisać kwotę wydaną na kolejną rzecz, która miała poprawić nam nastrój, uruchamia się zupełnie inny proces myślowy. Kakeibo nie pyta tylko: „Ile wydałaś?”. Ono stawia o wiele głębsze pytania: „Czy to było ci potrzebne?”, „Jak się wtedy czułaś?”. W ten sposób finanse przestają być suchą matematyką, a stają się narzędziem samopoznania. Pomagają odróżnić autentyczne potrzeby od chwilowych zachcianek, którymi tak często próbujemy zagłuszyć zmęczenie lub stres.

Most nad przepaścią nadkonsumpcji

Co się stanie, gdy połączymy te dwa pojęcia i spojrzymy na nie z naszej, zachodniej perspektywy? Otrzymamy gotowy manifest świadomego życia.

Mottainai i Kakeibo to nie są sztywne techniki ekologiczne czy rygorystyczne programy oszczędnościowe, które mają nas wpędzić w poczucie winy. To przede wszystkim filozofia czułej uważności skierowanej na naszą codzienność. Obie te idee pokazują, że szacunek do własnych pieniędzy (Kakeibo) i szacunek do zasobów Ziemi oraz ludzkiej pracy (Mottainai) to w gruncie rzeczy ta sama ścieżka.

Wprowadzenie tych wartości do naszego życia nie wymaga rewolucji. Zaczyna się od małych kroków: od wypicia kawy w ulubionej, starej filiżance z pełną obecnością, od momentu zastanowienia przed kliknięciem „Kup teraz”, od wieczornego, wyciszającego spotkania z własnym notesem. To powrót do prostoty, w której zamiast gromadzić to, co zbędne, zaczynamy wreszcie celebrować i chronić to, co naprawdę ważne.

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.

22 lipca 2026

Zamiast Roku Czytelnictwa — cała Dekada Czytania

Ostatnie dni przyniosły wieści z Wielkiej Brytanii, które, choć dotyczą tamtejszego systemu edukacji, zmuszają do refleksji nas wszystkich — nauczycieli, rodziców, bibliotekarzy, a przede wszystkim nas, czytelników. Brytyjska parlamentarna Komisja Edukacji wystosowała stanowczy apel: dość jednorocznych akcji. Czas na Narodową Dekadę Czytania.

Czytając raport brytyjskich parlamentarzystów, nie sposób nie poczuć ukłucia niepokoju. Dane są bezlitosne: drastycznie spada liczba dzieci i młodzieży, dla których czytanie jest źródłem przyjemności. Mówimy o zaledwie niespełna 36% młodych ludzi, którzy deklarują, że lubią czytać, a codzienny kontakt z książką w czasie wolnym to domena zaledwie jednej piątej młodego pokolenia.

Brytyjscy eksperci wskazują na rozwiązanie, które brzmi jak lekarstwo: biblioteka w każdej szkole, automatyczna karta biblioteczna dla każdego noworodka i — co najważniejsze — zmiana filozofii. Zamiast skupiać się wyłącznie na „biegłości” i ocenach, musimy postawić na radość. Na „ciepło wspólnych opowieści i magię przewracania stron”.



A co z naszym podwórkiem?

Ta brytyjska diagnoza brzmi boleśnie znajomo w polskich realiach. Choć kochamy narzekać na nasze statystyki czytelnictwa, problem „braku przyjemności” jest bardziej złożony niż tylko brak czasu. Często nasza szkoła również traktuje lekturę jak zadanie do odrobienia, test do zaliczenia, a nie jak przygodę czy sposób na zrozumienie świata.

W Polsce również mamy świetne biblioteki publiczne, które często stają na głowie, by przyciągnąć młodych ludzi, ale czy wszędzie docieramy z tą samą skutecznością? Czy nasze kanony lektur nie są dla młodzieży zbyt często barierą nie do przejścia?

Brakuje nam tej systemowej „Dekady Czytania”. Potrzebujemy czasu, a nie tylko „roku”, aby trwale zmienić nawyki. Czytanie nie jest bowiem umiejętnością, którą zdobywa się raz na zawsze w podstawówce. To mięsień, który wymaga codziennej gimnastyki, a przede wszystkim — odpowiedniego środowiska.

Czytanie to relacja

W moich refleksjach wracam do myśli, że czytanie to przede wszystkim relacja. Relacja z autorem, z bohaterem, ale też z samym sobą. Jeśli nauczymy dzieci, że książka to przede wszystkim sposób na empatię, na zrozumienie drugiego człowieka i na wyciszenie w przebodźcowanym świecie, wygramy więcej niż najwyższymi wynikami z egzaminów.

Zamiast martwić się tylko o to, ile czytamy, zapytajmy siebie: jak czytamy? Czy pozwalamy sobie na zachwyt? Czy pokazujemy dzieciom, że czytanie to także wspólne bycie ze sobą?

Wsparcie dla bibliotek, mądrzejsze listy lektur i — przede wszystkim — docenienie roli czytania dla przyjemności to wyzwanie, które nie kończy się na jednej uchwale parlamentu. To zadanie dla każdego z nas.

To właśnie te małe, codzienne wybory — wspólne czytanie wieczorem, rozmowa o książce zamiast sprawdzianu, czy po prostu bycie przykładem czytającego dorosłego — mogą stać się początkiem naszej własnej, lokalnej „Dekady Czytania”.

A Wy co o tym sądzicie? Czy czujecie, że szkoła wciąż bardziej „oducza” czytania dla przyjemności niż do niego zachęca? 

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.


21 lipca 2026

Czy uniwersytet to tylko ośrodek kosztów? O cichym znikaniu humanistyki

Zawsze gdy sięgam po poranną kawę i otwieram prasę, szukam w niej tematów, które pozwalają zatrzymać się na chwilę i spojrzeć nieco głębiej na otaczający nas świat. Dziś rano natrafiłam na artykuł w „The Guardian”, który nie daje mi spokoju. Tekst dotyczy sytuacji na brytyjskich uczelniach, ale jestem przekonana, że to refleksja, która dotyka nas wszystkich, niezależnie od szerokości geograficznej.

Dziennik zwraca uwagę na niepokojący i przybierający na sile trend: głębokie cięcia budżetowe na kierunkach humanistycznych, artystycznych i społecznych. Analiza danych wskazuje, że w samym tylko 2024 roku zlikwidowano niemal 4 tysiące stanowisk akademickich. Uniwersytet w Nottingham rozważa całkowite wycofanie kierunków związanych z językami nowożytnymi, a Exeter planuje redukcję około 150 etatów. Co najbardziej poruszające – zmiany te uderzają przede wszystkim w uczelnie przyjmujące studentów z mniej uprzywilejowanych środowisk, zamykając przed nimi drzwi do świata wykształcenia ogólnego i krytycznego myślenia.

Świat przeliczony na arkusze danych

Żyjemy w czasach, w których przyzwyczailiśmy się mierzyć wartość wszystkiego wskaźnikami natychmiastowej rentowności. Tytułowe cost centres – ośrodki kosztów – to pojęcie wyciągnięte wprost z języka korporacyjnego i zaawansowanego zarządzania. I choć sprawna organizacja i stabilność finansowa są uniwersytetom niezaprzeczalnie potrzebne, pojawia się pytanie: gdzie przebiega granica między optymalizacją a utratą tożsamości?

Gdy likwidujemy wydziały filologiczne, historyczne czy filozoficzne, nie redukujemy jedynie „zbędnych wydatków”. Zmniejszamy przestrzeń do rozumienia drugiego człowieka. Języki obce to nie tylko narzędzia komunikacyjne w CV – to klucze do zrozumienia innej kultury, wrażliwości i sposobu myślenia. Literatura i sztuka pozwalają nam ćwiczyć empatię, a nauki społeczne uczą stawiać pytania tam, gdzie inni widzą jedynie proste odpowiedzi.

Kto zapłaci cenę za brak krytycznego myślenia?

Szczególnie przejmujący w opisywanym przez „The Guardian” kryzysie jest jego wymiar społeczny. Tracą przede wszystkim ci, dla których edukacja wyższa miała być trampoliną do rozwoju i szansą na poszerzenie horyzontów. Gdy humanistyka staje się luksusem zarezerwowanym wyłącznie dla najbogatszych elit, całe społeczeństwo ubożeje dyskursywnie.

Otrzymujemy świat świetnie wykształconych specjalistów technicznych i analityków, którym jednak zaczyna brakować wspólnego języka, by rozmawiać o wartościach, etyce czy skomplikowanych wyzwaniach współczesności.

Z perspektywy mojej filiżanki

Siedząc przy biurku i patrząc na ten problem z perspektywy osoby, która od lat obserwuje życie akademickie od środka, nie potrafię traktować tych doniesień wyłącznie jako chłodnych statystyk z Wysp Brytyjskich. To ostrzeżenie! Kiedy wyceniamy uniwersytet wyłącznie przez pryzmat tego, jak szybko jego absolwent zacznie generować przychód, tracimy z oczu coś absolutnie bezcennego – bezinteresowną ciekawość świata i umiejętność głębokiej refleksji.

Może właśnie dzisiaj, nad własną filiżanką herbaty czy kawy, warto zadać sobie pytanie: jakiego świata naprawdę chcemy? Takiego, który zna cenę wszystkiego, ale nie zna wartości niczego?

A jakie jest Wasze zdanie? Czy nauki humanistyczne to w dzisiejszych czasach niepotrzebny zbytek, czy wręcz przeciwnie – nasz najważniejszy pancerz ochronny przed powierzchownością współczesnego świata? 

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.

Witaj w moim świecie!

Niezmiernie cieszę się, że tu trafiasz. Rozgość się wygodnie – jak w klasycznej, pachnącej starym papierem i rozgrzanej ciepłym światłem słonecznym bibliotece, w której czas na chwilę zwalnia swój bieg.

Ten blog powstał z potrzeby serca, z ciekawości świata oraz z głębokiego przekonania, że bez względu na to, jak szybko pędzi świat i technologia, nasza ludzka wrażliwość, pytania o sens i zachwyt nad kulturą pozostają niezmienne.


Czym jest ta przestrzeń?

To miejsce spotkania tradycji ze współczesnością. Z jednej strony stoi popiersie Sokratesa – mojego starego druha, symbolu nieustannego zadawania pytań i dociekania prawdy. Po przeciwnej stronie umieściłam popiersie mojego dobrego przyjaciela Herodota – zwanego Ojcem historii, patrona opowieści o człowieku i upływającym czasie. Nie obawiaj się jednak zatęchłej biblioteki. Patrzę bowiem na świat — "tu i teraz” — jako humanistka, z pasją obserwując dynamiczne przemiany współczesności.

Znajdziesz tutaj refleksje, do których inspiracją są moje codzienne pasje i poszukiwania:

  • Historia i filozofia życia – wracam do korzeni, ale też do wschodnich i zachodnich nauk o uważności (mindfulness), spokoju i budowaniu wewnętrznej harmonii w codziennym pędzie.

  • Literatura, film i muzyka – kocham dobre książki, które zostają w pamięci na długie tygodnie, kunsztowne kino i dźwięki jazzu oraz muzyki klasycznej.

  • Człowiek w erze nowych technologii – fascynuje mnie styk humanistyki i sztucznej inteligencji. Zastanawiam się, jak zachować to, co w nas najbardziej unikalne, wrażliwe i twórcze, gdy świat wokół automatyzuje niemal wszystko.

Zapraszam do wspólnej podróży!

Chciałabym, aby ten blog był dla Ciebie nie tylko lekturą, ale i przystanią – miejscem, gdzie możesz się na chwilę zatrzymać, pomyśleć, zainspirować lub po prostu poczuć, że w swoich refleksjach nie jesteś sam(a).

Rozgość się, czytaj i dziel swoimi przemyśleniami w komentarzach. Witaj w moim świecie!

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam Cię również na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.


O cenie ludzkiej godności. Krótki esej o lęku, historii i prawie do bycia sobą

Dziś wyjątkowo odniosę się do sytuacji społeczno-politycznej w naszym kraju. Są takie dni, kiedy parząca herbata w dłoniach nie przynosi mi oczekiwanego spokoju, a codzienny kubek staje się jedynie tłem dla trudnych, gorzkich refleksji nad stanem naszej współczesności. Przyglądając się otaczającej nas rzeczywistości, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że utknęliśmy w pętli lęku, z której rządzący nie potrafią – lub po prostu nie chcą – się wyrwać.

Gdy po raz kolejny słyszę o zawetowaniu ustawy, która miała przynieść odrobinę bezpieczeństwa i prawnego rozpoznania osobom tworzącym jednopłciowe związki, pojawia się jedno zasadnicze pytanie: czego tak naprawdę boi się władza?


Lęk przed własnym odbiciem

Odpowiedź wydaje mi się prosta, choć niezwykle smutna: boją się własnego elektoratu. Tylko czy ten lęk nie jest w gruncie rzeczy głębokim znieważeniem samych wyborców? Czy politycy po stronie prawicy naprawdę wierzą, że ludzie, którzy na nich głosują, składają się wyłącznie z homofobów, pozbawionych choćby cienia empatii? To wygodne, ale niebezpieczne uproszczenie. Tworząc cyniczne narracje, sami tę niechęć podsycają, wmawiając społeczeństwu, że miłość dwojga ludzi, ich pragnienie wspólnego tworzenia domu i opieki nad sobą w chorobie to nie ludzkie życie, lecz… „ideologia”.

To jedno słowo – wyprane z uczuć, chłodne i wykluczające – stało się orężem w kampanii nienawiści. Niezwykle łatwo przekreślić czyjąś godność, gdy sprowadzi się konkretnego człowieka, jego marzenia i miłość do abstrakcyjnego pojęcia. Rozpętana w ten sposób nagonka jednak zostawia realne rany w sercach tysięcy osób, które każdego dnia muszą udowadniać, że ich uczucie jest prawdziwe.

Długi cień patriarchatu

Problem ten sięga jednak znacznie głębiej. To nie tylko kwestia związków partnerów tej samej płci, ale szerszy krajobraz instytucjonalnej opresji, w której przyszło nam żyć. Żyjemy w kraju, w którym zakaz aborcji – egzekwowany z bezwzględną surowością nawet w najbardziej traumatycznych okolicznościach, takich jak gwałt – stał się narzędziem kontroli nad ciałami i życiem kobiet.

To wciąż ten sam wszechobecny patriarchat. Po okresie wielowiekowej dominacji mężczyzn stał się tak wrośnięty w naszą rzeczywistość, że traktujemy go niemal jak naturalny porządek rzeczy. System, w którym połowa społeczeństwa – kobiety – w XXI wieku musi nieustannie walczyć o swoje najbardziej podstawowe prawa: o samostanowienie, o bezpieczeństwo, o szacunek dla własnej autonomii. To bolesny paradoks czasów, które chętnie nazywamy nowoczesnymi, a które w wymiarze czysto ludzkim tak często cofają nas do ciemnych wieków.

Sprawdzian przed historią

Jednak jako historyczka mam nadzieję. Nadzieję na to, że historia naszych czasów nie będzie pisana przez dzisiejszych polityków kalkulujących słupki poparcia, ale przez światłych, mądrych historyków i historyczki. 

Kolejne pokolenia – spoglądając wstecz – z łatwością dostrzegą, w jak barbarzyńskich i nierównościowych czasach przyszło nam żyć. Zobaczą nasze zmagania, ale zobaczą też hart ducha tych, którzy nie bali się upominać o godność drugiego człowieka. Wierzę, że spoglądając na dzisiejsze spory z odpowiedniej perspektywy czasu, osądzą ten okres jednoznacznie: jako czas, w którym strach przed empatią próbował zatrzymać naturalny tok sprawiedliwości.

Mam również nadzieję, że miłość i prawo do wolności znajdą w końcu swoją drogę.

Pawilon spokoju #8 | Zen no chi. Mądrość, która rodzi się w ciszy

Żyjemy w świecie, który cierpi na nadmiar słów. Z każdej strony jesteśmy bombardowani definicjami, poradnikami, algorytmami i gotowymi receptami na to, jak żyć, jak myśleć i kim być. Przelewamy morza atramentu, próbując opisać otaczającą nas rzeczywistość. Czasami jednak, gdy zgiełk staje się zbyt głośny, pojawia się w nas tęsknota za czymś prostszym, głębszym i bardziej autentycznym.

W tradycji zen istnieje piękne pojęcie: Zen no chi (禅の知). Słowo chi oznacza w tym kontekście mądrość, wiedzę lub poznanie. Nie chodzi tu jednak o mądrość, którą można wyczytać z grubych, zakurzonych tomów na uniwersyteckich półkach. To nie są fakty do zapamiętania ani teorie do obronienia. Zen no chi to mądrość czystego, bezpośredniego doświadczenia. Mądrość, która nie potrzebuje słów, by istnieć.

Poza definicjami i wielkie pytanie

Jak smakuje poranna herbata? Moglibyśmy opisać jej temperaturę, nuty smakowe, pochodzenie liści, a nawet chemiczny skład naparu. Ale czy ten opis zastąpi chociaż jeden, uważny łyk? Czy słowa potrafią oddać ciepło ceramiki ogrzewającej dłonie w chłodny poranek?

Dokładnie o tym mówi Zen no chi. Zachodnia kultura przyzwyczaiła nas do tego, że aby coś zrozumieć, musimy to najpierw nazwać, sklasyfikować i ocenić. Budujemy w głowach skomplikowane konstrukty i plany na to, jak powinno wyglądać nasze życie, praca czy relacje.

W tym miejscu warto przywołać postać mistrza Kitaro Nichido, który uczył swoich uczniów rozbijania tych wszystkich myślowych schematów jednym niezwykle prostym pytaniem: „A co jeśli nie tak?”.

To pytanie-klucz. Kiedy zaryzykujemy i zadamy je sobie w momencie życiowego pędu albo natłoku trudnych myśli, nagle cała konstrukcja naszych oczekiwań zaczyna pękać. Mistrz Nichido nie szukał skomplikowanej odpowiedzi – chciał raczej, by to pytanie zatrzymało rozpędzony umysł. „A co jeśli świat nie musi pasować do moich definicji? A co jeśli ta chwila jest idealna dokładnie taka, jaka jest, choć zupełnie inna niż planowałam?”.

Zen proponuje właśnie to: odłóż na bok etykiety. Stań twarzą w twarz z rzeczywistością bez filtra. Ta głęboka, intuicyjna mądrość rodzi się wtedy, gdy nasz umysł na chwilę cichnie. Kiedy zamiast analizować przeszłość albo planować kolejne kroki, po prostu jesteśmy. Właśnie w tej przestrzeni – między jednym wdechem a wydechem – zaczynamy dostrzegać świat w jego najczystszej postaci.

Codzienna praktyka patrzenia

Zen no chi to nie jest stan zarezerwowany wyłącznie dla tych, którzy spędzają długie godziny w surowych klasztorach. To mądrość głęboko praktyczna, którą możemy zaprosić do naszej codzienności, za każdym razem, gdy cicho sformułujemy w duchu pytanie mistrza Nichido.

Objawia się w momentach, które tak łatwo przegapić w biegu:

  • W minucie ciszy, zanim włączymy komputer w pracy.

  • W pełnym empatii spojrzeniu na drugiego człowieka, bez natychmiastowego oceniania jego zachowania.

  • W zachwycie nad światłem, które akurat teraz, w tej konkretnej sekundzie, kładzie się cieniem na ścianie naszego pokoju.

Umysł, który dotyka Zen no chi, staje się wolny od iluzji dualizmu – nie dzieli już świata natarczywie na „dobre” i „złe”, „sukces” i „porażkę”. Zaczyna widzieć głęboki sens w samej obecności. Uczy nas akceptacji i łagodności wobec samych siebie i świata, który nas otacza.

Z perspektywy filiżanki...

Kiedy następnym razem usiądziesz ze swoją ulubioną filiżanką, spróbuj na moment wyłączyć wewnętrzny dialog. Nie myśl o tym, co było wczoraj, ani o tym, co musisz zrobić za godzinę. Poczuj ciężar naczynia, zaobserwuj unoszącą się parę, poczuj smak.

Jeśli w Twojej głowie pojawi się natrętna myśl, że powinnaś teraz robić coś innego, produktywniejszego – uśmiechnij się do niej i powtórz za mistrzem Kitaro Nichido: A co jeśli nie tak?

Pozwól sobie na luksus niewiedzy i po prostu doświadczaj. Może się okazać, że w tej jednej, cichej chwili odnajdziesz mądrość większą niż we wszystkich przeczytanych dotąd książkach. Mądrość, która nie krzyczy, nie poucza, ale cicho przypomina: jesteś tutaj. To wystarczy.

20 lipca 2026

Ślad w cyfrowej wodzie. Dlaczego znikają aplikacje, które naprawdę pomagają?

Zaparzcie sobie ulubioną herbatę lub kawę i usiądźcie ze mną na chwilę. Dzisiaj, patrząc na świat z naszej stałej perspektywy filiżanki, chcę zaprosić Was do refleksji nad zjawiskiem, które bardzo mocno mnie poruszyło, gdy przeglądałam najnowsze doniesienia z pogranicza nauki i technologii.

W naszym pędzącym, pełnym przebodźcowania świecie coraz częściej szukamy ukojenia w technologii. Aplikacje do medytacji, śledzenia nastroju czy wsparcia w kryzysach psychicznych wyrastają w wirtualnych sklepach jak grzyby po deszczu. Intuicja podpowiada nam prosty mechanizm: im lepsze, bardziej sprawdzone naukowo rozwiązanie, tym większą ma szansę, by przetrwać i nieść pomoc. Rzeczywistość okazuje się jednak o wiele bardziej skomplikowana – i, niestety, bezwzględna.

Trafiłam niedawno na niezwykle ważny artykuł naukowy z prestiżowego czasopisma „Nature”, udostępniony we wczesnej wersji, jeszcze przed końcową redakcją. Jego autorzy stawiają diagnozę, która powinna zmusić nas do głębokiego zastanowienia: w cyfrowym zdrowiu psychicznym problemem nie jest wyłącznie brak dowodów. Problemem jest także znikanie rozwiązań, które te dowody już mają.


Anatomia cyfrowego znikania

Badacze przeprowadzili monumentalną pracę – wzięli pod lupę aż 110 różnych badań naukowych, które obejmowały 81 samodzielnych aplikacji wspierających zdrowie psychiczne. Sprawdzili, ile z tych przebadanych, skutecznych narzędzi jest obecnie publicznie dostępnych. 

Wynik? Zaledwie 42 aplikacje. To zaledwie 52% zbadanych programów. Prawie połowa (dokładnie 48%) po prostu rozpłynęła się w cyfrowej próżni, stając się niedostępna dla pacjentów i terapeutów.

Najbardziej poruszający i niepokojący jest jednak inny wniosek z tego raportu. Otóż jakość dowodów naukowych potwierdzających, że dana aplikacja działa i realnie pomaga człowiekowi, nie miała istotnego związku z tym, czy utrzymała się na rynku. Innymi słowy — to, że dany algorytm lub program terapeutyczny przynosił ulgę w cierpieniu i był rzetelnie zaprojektowany przez specjalistów, w żaden sposób nie gwarantowało mu przetrwania w cyfrowym świecie.

Luka między nauką a rynkiem

Autorzy badania bezlitośnie wskazują na ogromną strukturalną lukę, jaka zaryglowała przejście między światem akademickich odkryć a ich trwałym wdrożeniem. Stworzenie działającej aplikacji wspierającej zdrowie psychiczne i udowodnienie jej skuteczności w procesie badawczym to zaledwie początek drogi. Potem zaczyna się brutalna rzeczywistość komercyjna: koszty utrzymania serwerów, aktualizacje systemów operacyjnych, marketing i walka o uwagę użytkownika.

Jako humanistka widzę w tym głęboki zgrzyt współczesności. Technologia, która z założenia miała służyć człowiekowi, demokratyzować dostęp do pomocy psychologicznej i być odpowiedzią na kryzysy współczesnego świata, ostatecznie i tak zostaje podporządkowana bezdusznym prawom wolnego rynku. Wygrywa nie ta aplikacja, która najgłębiej dotyka ludzkiego problemu i niesie realną ulgę, ale ta, która dysponuje większym budżetem reklamowym, bardziej chwytliwym designem czy agresywnym systemem subskrypcyjnym.

W ten sposób pacjenci tracą narzędzia, którym zaufali i które realnie wspierały ich dobrostan, a świat nauki marnuje potencjał genialnych rozwiązań, które znikają z sieci z powodów czysto technicznych lub finansowych.

Powrót do tego, co niezbywalne

Ta lektura skłoniła mnie do bardzo osobistej refleksji, którą chcę się z Wami podzielić. Żyjemy w świecie płynnym, w dobie cyfrowej rewolucji, w której to, co wczoraj przynosiło nam spokój, dziś może zostać bezpowrotnie usunięte z wirtualnego sklepu przez jedno kliknięcie administratora.

W tym kontekście nasze własne, w pełni „analogowe” i niezależne od technologii sposoby radzenia sobie z codziennością zyskują zupełnie nową wartość. Oczyszczający spacer, powrót do ulubionych lektur, chwila wyciszenia, praktyka uważności czy zanurzenie się w kojących dźwiękach muzyki – to są przestrzenie, których żaden algorytm nam nie odbierze i żadne rynkowe tąpnięcie nie wykasuje z naszego życia.

Może więc, szukając cyfrowego wsparcia, warto pamiętać, że najtrwalsze schronienie nosimy w sobie?

A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Czy korzystacie z aplikacji wspierających Wasz dobrostan psychiczny? Czy zdarzyło Wam się kiedyś, że Wasze ulubione wirtualne narzędzie nagle przestało działać lub zniknęło z sieci? Porozmawiajmy 🍵

19 lipca 2026

Tkanina z Bayeux jako średniowieczny reportaż

W świecie, w którym informacja dociera do nas w ułamku sekundy, a ekrany telefonów bezustannie migoczą nagłówkami o dynamicznych zmianach na geopolitycznej mapie świata, łatwo ulec złudzeniu, że „wojna informacyjna” i kreowanie narracji to wynalazki naszych czasów. Nic bardziej mylnego. Aby się o tym przekonać, wystarczy przyjrzeć się niezwykłemu wydarzeniu, które właśnie elektryzuje miłośników sztuki i historii po obu stronach kanału La Manche.

​Po niemal tysiącu lat do Anglii powróciła Tkanina z Bayeux. To monumentalne, siedemdziesięciometrowe dzieło sztuki, pod ścisłą eskortą i w specjalnej klimatyzowanej skrzyni chroniącej delikatne nici przed najmniejszymi drganiami, dotarło do British Museum. Rekordowe zainteresowanie wystawą (bilety wyprzedane na pniu za kwotę 2,5 miliona funtów!) pokazuje, że to nie tylko bezcenny zabytek, ale też opowieść, która wciąż ma magnetyczną siłę.

​Spójrzmy jednak na to dzieło nie tylko jak na zabytek, ale jak na… pierwszy wielki, średniowieczny reportaż wizualny.

Kto trzyma igłę, ten ma władzę

​Tkanina z Bayeux to w rzeczywistości gigantyczny haft wykonany kolorowymi wełnianymi nićmi na lnianym płótnie. Przedstawia wydarzenia, które doprowadziły do bitwy pod Hastings w 1066 roku i sam podbój Anglii przez Wilhelma Zdobywcę.

​Gdy przyjrzymy się jej z bliska, uderza nas komiksowa wręcz struktura. Scena po scenie, klatka po klatce, tkaczki (najprawdopodobniej angielskie zakonnice pracujące pod okiem normandzkich zleceniodawców) uwieczniły dramatyczne losy dwóch pretendentów do angielskiego tronu: Harolda Godwinsona oraz Wilhelma, księcia Normandii.

​W tym miejscu warto jednak zadać kluczowe, reporterskie pytanie: Kto był "sponsorem" tego przedsięwzięcia?

​Wszystko wskazuje na to, że inicjatorem powstania tkaniny był Odo, biskup Bayeux i przyrodni brat Wilhelma Zdobywcy. Odo nie tylko zabezpieczał interesy nowej władzy, ale sam pojawia się na płótnie w glorii chwały, zagrzewając wojowników do walki. Tkanina miała zawisnąć w katedrze w Bayeux – miejscu publicznym, gdzie niepiśmienny lud mógł chłonąć historię obrazkową.

​I tu kryje się geniusz tej propagandy. Tkanina nie powstała, by obiektywnie zrelacjonować fakty. Powstała, by usprawiedliwić najazd.

​Anatomia manipulacji sprzed tysiąca lat

​Jak sprawić, by brutalny podbój obcego kraju wyglądał na sprawiedliwy i popierany przez samego Boga? Normanowie użyli do tego subtelnych narzędzi narracyjnych, które współcześni spece od wizerunku nazwaliby framingiem (ramowaniem):

  • Złamanie przysięgi jako grzech kardynalny: główna oś fabularna tkaniny koncentruje się wokół przysięgi, jaką Harold rzekomo złożył Wilhelmowi na świętych relikwiach, obiecując mu angielską koronę. Gdy Harold sam zasiada na tronie po śmierci Edwarda Wyznawcy, zostaje przedstawiony jako krzywoprzysięzca i uzurpator.
  • Demonizacja przeciwnika: Harold na tkaninie nie jest pokazany jako potwór – Normanowie byli zbyt sprytni na tak tani zabieg. Pokazano go jako tragicznego, ale ewidentnie ukaranego przez los (i Boga) władcę. Jego śmierć – uwieczniona w słynnej scenie ze strzałą wbitą w oko – miała być ostatecznym dowodem na to, że sprawiedliwości stało się zadość.
  • Marginesy pełne podtekstów: niezwykle ciekawe są dolne i górne bordiury tkaniny. Obok fantastycznych zwierząt czy scen z bajek Ezopa, w miarę zbliżania się do bitwy pod Hastings, na dolnym marginesie zaczynają pojawiać się odarte z rynsztunku trupy, sępy i uciekający cywile. To genialny zabieg potęgujący dramaturgię i pokazujący nieuchronność klęski tych, którzy sprzeciwili się woli niebios.

​Spojrzenie z perspektywy humanistki 

​Patrząc na to niezwykłe siedemdziesięciometrowe płótno, trudno nie ulec melancholijnej refleksji nad naturą ludzkiej pamięci. Anglosasi – pokonani, ograbieni z ziemi i poddani surowej asymilacji – nie mieli szansy opowiedzieć swojej wersji wydarzeń. Ich głos został dosłownie i w przenośni przeszyty normandzką igłą.

​Przez kolejne stulecia to właśnie Tkanina z Bayeux kształtowała wyobrażenie o tym, co wydarzyło się w 1066 roku. Stała się dominującym kodem kulturowym, podręcznikową ilustracją i ostateczną prawdą o narodzinach nowej Anglii.

​To dla nas, współczesnych odbiorców, ważna lekcja uważności. Kiedy dziś czytamy doniesienia prasowe, oglądamy relacje w telewizji czy przeglądamy media społecznościowe, pamiętajmy o Tkaninie z Bayeux. Zawsze warto zadać sobie pytanie: Kto trzyma igłę w tej opowieści? Kto decyduje o tym, które postacie znajdą się w centrum, a czyje głosy zostaną zepchnięte na margines historii?

​Bo ostatecznie to nie samo zwycięstwo decyduje o tym, jak zostaniemy zapamiętani – decyduje o tym ten, kto ma przywilej opowiedzenia o nim światu.


18 lipca 2026

Wielogłos w lustrze, czyli o sztuce wybierania samego siebie

Zjawisko nieskończonego odbicia od zawsze miało w sobie coś magnetycznego. Kiedy ustawimy dwa lustra naprzeciw siebie, tworzy się korytarz złożony z niezliczonych, coraz mniejszych obrazów tej samej rzeczywistości. Podobnie dzieje się, gdy skierujemy obiektyw kamery na ekran monitora, który ten obraz wyświetla. Nieskończoność ukryta w prostej codzienności.

Niedawno, patrząc w takie lustrzane przejście, zaczęłam zastanawiać się nad własnym życiem. Nad tym, kim tak naprawdę jestem i czy realizuję wyobrażenie o sobie, które nosiłam w sobie od lat. Przez całe życie szukamy przecież własnej tożsamości – raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Często dopada nas pytanie: Co by było, gdyby? Gdybyśmy w kluczowym momencie skręcili w inną uliczkę, wybrali inny zawód, posłuchali głosu dawnych, młodzieńczych ambicji?

W mojej wyobraźni ten lustrzany wielogłos ożył, a przy stole w moim pokoju usiadły kobiety, którymi mogłam się stać. Każda z nich zrealizowała jakiś wielki, młodzieńczy plan.

Blaski i cienie niespełnionych mitów

Przyjrzyjmy się im przez chwilę, tak jak ja przyglądałam się im przy filiżance porannej kawy.

  • Sukces okupiony samotnością. Jedna z moich wersji została rektorką renomowanej uczelni. Osiągnęła szczyt akademickiej kariery, ale jako kobieta musiała pracować w dwój- lub trójnasób, by ten sukces wywalczyć. Koszt? Rozpad życia osobistego, samotność na szczycie i pytanie, czym w zasadzie jest to upragnione szczęście.

  • Pułapka ideałów. Druga została sędzią w sądzie karnym – tak jak planowała na studiach. Dziś zamiast satysfakcji nosi w sobie nocne koszmary i ciężar obcowania z najciemniejszą stroną ludzkiej natury. Kolejna, psycholożka, chciała zbawiać świat, dopóki nie zderzyła się z granicami własnej sprawczości i tragedią pacjentów, których nie zdołała uratować.

  • Cena pasji. Światowej sławy pianistka, porównywana do samej Marthy Argerich, żyje w wiecznym niedoczasie, zmęczona trasami koncertowymi, z lękiem patrząc na swoje dłonie, w które wkrada się reumatyzm. Nawet wersja w brązowym habicie karmelitanki, która po latach walki z własną naturą została przeoryszą, wyznała po cichu, że po drodze zgubiła gdzieś wiarę.

Najbardziej wstrząsające było jednak spotkanie z tą wersją, która poddała się najwcześniej – która w akcie rozpaczy postanowiła zakończyć swoją podróż przez życie. Przyszła z przesłaniem, które mną wstrząsnęło: dopóki żyjemy, możemy wszystko zmienić. Największym dramatem jest utrata możliwości dokonywania wyborów i utknięcie w zaklętym kręgu wiecznego, niezmiennego cierpienia.

Pochwała "zwyczajnego" tu i teraz

Kiedy ten niezwykły, wyobrażony sabat moich alter ego dobiegł końca, zrozumiałam coś bardzo ważnego. Żadna z tych dróg – choć na papierze wyglądała spektakularnie – nie gwarantowała szczęścia.

Moje życie może i nie jest bezpośrednią realizacją młodzieńczych fantazji o podboju świata, ale jest ciekawe, daje ogromne pole do popisu dla moich umiejętności i pozwala każdego dnia realnie pomagać innym. Realizuję swoje twórcze ambicje i spotykam wspaniałych ludzi, z którymi mogę godzinami rozmawiać przy filiżance dobrej kawy.

Co najważniejsze – po latach poszukiwań i przejściu przez wiele trudnych momentów nauczyłam się kochać i akceptować siebie dokładnie taką, jaką jestem. Odnalazłam spokój. 

Spojrzeć w lustro z miłością

Czasami musimy symbolicznie spotkać się ze wszystkimi swoimi niespełnionymi ambicjami i żalami, żeby zrozumieć, że najlepsza wersja nas samych to nie ta z pierwszych stron gazet, z rektorskim łańcuchem czy z sal koncertowych. Najlepsza wersja to ta, która potrafi cieszyć się chwilą, kochać, być uważną na drugiego człowieka i z uśmiechem spojrzeć w swoje własne, codzienne odbicie w lustrze. 

A Wy? Gdybyście dziś otworzyli drzwi swoim alternatywnym wersjom z przeszłości, o co byście je zapytali, a za co byście sobie podziękowali?

17 lipca 2026

Słowa, które milkną w nas. O kruchości wolności według Salmana Rushdiego

Kiedy siadam przy biurku z parującą filiżanką w dłoniach, często myślę o tym, jak wielkim luksusem jest sam ten moment – spokój, chwila na refleksję i możliwość przelania na ekran każdej, nawet najbardziej ulotnej czy niepokornej myśli. W świecie, który pędzi i nieustannie nas zagłusza, rzadko zastanawiamy się nad fundamentami, na których stoi nasza codzienność. Wydają się nam one tak naturalne jak powietrze, którym oddychamy.

Niedawne słowa Salmana Rushdiego, wypowiedziane na początku lipca w Londynie, brutalnie jednak ten spokój burzą. Pisarz, który za swoją wierność słowu zapłacił niewyobrażalnie wysoką osobistą cenę, odebrał tam z rąk Królewskiego Towarzystwa Literackiego niezwykle rzadkie i prestiżowe wyróżnienie Companions of Literature (przyznawane maksymalnie trzydziestu żyjącym pisarzom za wybitny wkład w literaturę i porozumienie między kulturami). Choć okazja była świętem literatury, Rushdie wykorzystał ją, by przypomnieć nam o czymś, o czym w głębi duszy wolelibyśmy zapomnieć: wolność słowa nie jest dana raz na zawsze.

Co dla nas szczególnie ważne, te poruszające diagnozy będziemy mieli okazję usłyszeć osobiście – Salman Rushdie będzie bowiem gościem tegorocznej edycji Igrzysk Wolności w Łodzi. To niezwykłe wydarzenie sprawia, że jego londyńskie ostrzeżenie rezonuje w naszym mieście jeszcze mocniej.

Kiedy zaczyna się cenzura?

Diagnoza Rushdiego uderza swoją prostotą i bezkompromisowością. Pisarz głośno ostrzega przed alarmującą falą zakazów książek dostępnych w szkołach i bibliotekach (zjawiskiem przybierającym na sile choćby w Stanach Zjednoczonych), brutalnymi atakami na dziennikarzy oraz uciszaniem artystów wyrażających sprzeciw wobec autorytarnych tendencji. Jednak najgłębszy lęk budzi nie to, co dzieje się na pierwszych stronach gazet, ale to, co pod wpływem tych nacisków rodzi się w ludzkich sercach i umysłach. Warto zastanowić się nad zdaniem, które dotyka samej esencji naszej wolności:

"Demokracja nie umiera dopiero wtedy, gdy zamyka się gazety. Słabnie wcześniej — gdy ludzie zaczynają bać się mówić"

To zdanie rezonuje we mnie niezwykle mocno. Przyzwyczailiśmy się myśleć o zagrożeniach dla wolności w sposób spektakularny – wyobrażamy sobie autorytarne dekrety, cenzurę państwową czy fizyczne zamykanie redakcji. Tymczasem najgroźniejsza odmiana cenzury rodzi się w ciszy. To autocenzura.

W tym miejscu trudno nie przywołać profetycznej wizji George’a Orwella z jego kultowej powieści Rok 1984. Orwell pokazał nam świat, w którym totalitarny system nie tylko kontrolował to, co obywatele robią, ale przede wszystkim to, jak myślą. Narzędziem tej kontroli była „nowomowa” – język tak okrojony ze znaczeń, by ostatecznie uniemożliwić sformułowanie jakiejkolwiek buntowniczej myśli. Najbardziej przerażający w Roku 1984 nie był jednak sam Wielki Brat, ale moment, w którym główny bohater, Winston Smith, zaczyna odczuwać paraliżujący strach przed przelaniem swoich myśli na czystą kartkę pamiętnika.

Właśnie to dzieje się w rzeczywistości, przed którą ostrzega Rushdie. Wszystko zaczyna się niewinnie. Od nieodezwania się w towarzystwie, by nie wywołać burzy. Od niewyrażenia własnego, odmiennego zdania z obawy przed ostracyzmem, krytyką czy współczesną kulturą unieważniania (cancel culture). Z czasem ten drobny, wewnętrzny lęk przed niezrozumieniem zaczyna dyktować to, co piszemy, co mówimy, a w konsekwencji – jak myślimy. Kiedy strach przed opinią innych sprawia, że sami nakładamy sobie knebel na usta, orwellowska wizja staje się naszą codziennością. Wolność nie znika z dnia na dzień — ona powoli wykrwawia się z każdym niewypowiedzianym słowem.

Codzienna uważność na wolność

Rushdie przypomina nam, że prawa, które uznajemy za trwałe, trwają tylko tak długo, jak długo ktoś jest gotów ich bronić. To wezwanie do odpowiedzialności, które dotyczy każdego z nas, nie tylko wielkich pisarzy czy działaczy społecznych.

Obrona wolności słowa w naszej codzienności to nic innego jak praktyka uważności na drugiego człowieka. To gotowość do:

  • Wysłuchania głosów, z którymi się nie zgadzamy, bez natychmiastowej chęci ich uciszenia czy skrytykowania.

  • Wspierania twórców, pisarzy i artystów, którzy mają odwagę iść pod prąd, nawet jeśli ich wizja świata różni się od naszej.

  • Odwagi do bycia autentycznym w swoich własnych refleksjach, bez zakładania maski poprawności na rzecz świętego spokoju.

Demokracja i wolność to nie są monumenty wykute w marmurze. To raczej żywe organizmy, które potrzebują stałej opieki. Słabną, gdy zaczynamy brać je za pewnik.

Zostawiam Was dzisiaj z tą myślą przy Waszych filiżankach. Czy zdarzyło Wam się kiedyś zamilknąć z obawy przed tym, jak Wasze słowa zostaną przyjęte? Czy w dzisiejszym świecie dostrzegacie czasami cienie orwellowskiego świata, w którym strach wygrywa z autentycznością? Wybieracie się na Igrzyska Wolności do Łodzi?


16 lipca 2026

Najważniejszy gość, którego czasem nie dostrzegamy

Wyobraź sobie, że w progu Twojego domu staje znamienity gość. Ktoś, kogo darzysz bezbrzeżnym szacunkiem, czyja obecność wnosi do przestrzeni światło, mądrość i spokój. Może to wielki nauczyciel duchowy, mistrz słowa, albo po prostu najbliższy przyjaciel. Co wtedy robisz?

​Prawdopodobnie parzysz najlepszą herbatę w naczyniach, które trzymasz na specjalne okazje. Dbasz o ton swojego głosu, prostujesz plecy. Każdy Twój ruch staje się uważny, przepełniony szacunkiem. Chcesz, aby ten człowiek czuł się w Twojej obecności bezpieczny, ugoszczony i ważny.

​A teraz pomyśl o momentach, kiedy drzwi się zamykają i zostajesz w pokoju zupełnie sama. Kiedy nikt nie patrzy. Co dzieje się z herbatą? Czy pijesz ją w pośpiechu, z wyszczerbionego kubka, przeglądając mechanicznie ekran telefonu? Co dzieje się z Twoim ciałem, z Twoimi myślami?

​Lekcja mistrza zen

​XIX-wieczny japoński mistrz zen, Soyen Shaku, pozostawił po sobie zestaw prostych zasad na dobre życie. Jedna z nich brzmi jak paradoks, ale dotyka samego sedna ludzkiej godności: „Przyjmuj gościa z takim samym nastawieniem, jakie masz, gdy jesteś sam. Kiedy jesteś sam, zachowaj to samo nastawienie, które masz przy przyjmowaniu gości”.

​W kulturze japońskiej, tak mocno zakorzenionej w rytuałach drogi herbaty (Chado), spotkanie z drugim człowiekiem jest świętością. Ale mistrz Shaku idzie o krok dalej. Przypomina nam, że przestrzeń samotności nie jest zwolnieniem z uważności. Samotność nie oznacza, że pokój jest pusty.

​Znajduje się w nim bowiem ktoś niezwykle ważny. Ty sam(a).

​Szacunek, gdy nikt nie patrzy

​Żyjemy w kulturze nastawionej na pokaz. Dbamy o to, jak wyglądamy w oczach innych, jak prezentują się nasze profile w mediach społecznościowych, jak oceniają nas w pracy czy na uczelni. Przebieramy się w maski taktowności i elegancji dla świata, a gdy zostajemy sami, zdarza nam się „porzucać” formę.

​Jednak prawdziwy szacunek do samego siebie – ten najgłębszy, stanowiący fundament naszego wewnętrznego spokoju – rodzi się właśnie wtedy, gdy nie ma świadków.

​Zachowywać się w samotności tak, jakby obok siedział znamienity gość, to nie kwestia sztywnego konwenansu czy nakładania gorsetu na własną swobodę. To akt głębokiej miłości i uznania własnej wartości.

  • ​To decyzja, by przygotować dla siebie posiłek z taką samą troską i estetyką, jak dla ukochanej osoby.
  • ​To ułożenie poduszki do medytacji z szacunkiem, a nie rzucenie jej w kąt.
  • ​To niesiedzenie w przygarbionej pozycji, która krzywdzi nasze ciało, tylko dlatego, że „nikt nie patrzy”.

​Szacunek do siebie w samotności przejawia się także w higienie naszych myśli. Kiedy jesteśmy sami, często pozwalamy sobie na wewnętrzny monolog pełen krytycyzmu, na który nigdy nie pozwolilibyśmy sobie wobec gościa. Czy powiedziałabyś komuś, kto siedzi naprzeciwko Ciebie przy stole, te wszystkie szorstkie, raniące słowa, które czasem kierujesz do siebie w duchu? Z pewnością nie.

​Samotność jako sanktuarium

​Kiedy zaczynamy traktować samych siebie jak szacownych gości we własnym życiu, zmienia się dynamika naszej codzienności. Zwalniamy tempo. Zaczynamy dostrzegać piękno w prostych czynnościach. Nalewanie wody, otwieranie książki, parzenie naparu w ulubionej filiżance – wszystko to staje się małą ceremonią.

​Samotność przestaje być wtedy pustką czy czekaniem na to, aż ktoś nas zauważy i wypełni nasz czas. Staje się sanktuarium. Miejscem, w którym spotykają się dwie najważniejsze osoby: ta, którą jesteśmy na co dzień dla świata, i ta, która ukrywa się w ciszy naszego serca.

​Warto dziś wieczorem, gdy dom ucichnie, usiąść w fotelu, wyprostować łagodnie plecy i spojrzeć na przestrzeń wokół siebie oczami mistrza Shaku. Zaprosić samą siebie do tego pokoju. Przywitać się ze sobą z taką samą czułością, z jaką wita się kogoś, za kim bardzo się tęskniło.

​Bo jesteś jedynym gościem, który zostanie z Tobą na całe życie. Ugość się najlepiej, jak potrafisz.