Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styl życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styl życia. Pokaż wszystkie posty

18 sierpnia 2026

Dlaczego młodzi Chińczycy czytają Thoreau? Walden w czasach algorytmicznego wyścigu

Kiedy w 1854 roku Henry David Thoreau publikował Walden, czyli życie w lesie, zapewne nie przypuszczał, że ponad sto siedemdziesiąt lat później jego słowa staną się cichym manifestem pokolenia żyjącego w cieniu szklanych wieżowców Szanghaju, Shenzhen czy Pekinu. Jak zauważa Literary Hub, w Chinach trwa właśnie niezwykły renesans amerykańskiego transcendentalisty. Młodzi ludzie, wychowani w cieniu morderczej presji egzaminacyjnej (gaokao), bezwzględnego systemu pracy 996 (od 9 rano do 21 wieczorem, przez 6 dni w tygodniu) i wszechobecnej kultury nieustannego osiągania, sięgają po tekst o budowaniu skromnej chaty nad stawem.

Na pierwszy rzut oka to spotkanie może wydawać się egzotyczne. XIX-wieczny myśliciel z Massachusetts i współczesny chiński programista czy korporacyjny analityk. Kiedy jednak odrzucimy dekoracje epoki, okazuje się, że Walden nigdy nie był traktowany wyłącznie jako poradnik leśnego survivalu. Był przede wszystkim bezkompromisowym pytaniem o ekonomię ludzkiego istnienia: ile tak naprawdę potrzebujemy, by żyć sensownie? 

Chiński bunt przeciwko kulturze osiągnięć

09 sierpnia 2026

Słowo a medytacja. Co naprawdę dzieje się w naszych głowach?

Sama od dawna codziennie praktykuję medytację i z całego serca polecam ją każdemu. Uważność przynosi do naszego codziennego życia mnóstwo spokoju, przestrzeń na oddech i pozwala zatrzymać się w pędzie, by nawiązać głębszy, pełen empatii kontakt ze sobą. Jednak jako osoba z natury dociekliwa, za każdym razem, gdy widzę w nagłówkach prasowych obietnice o „rewolucyjnym przełomie”, czuję potrzebę, by zaprosić nas wszystkich do małej chwili refleksji.

Wpadło mi dzisiaj w ręce omówienie bardzo ciekawego badania opisanego 8 sierpnia w serwisie ScienceDaily. Dotyczyło ono grupy uczestników intensywnego, siedmiodniowego wyjazdu medytacyjnego. W ciągu tego jednego tygodnia spędzili oni około 33 godzin na medytacji oraz innych praktykach nakierowanych na harmonię ciała i umysłu (mind-body).

Młoda kobieta medytuje, łącząc przeszłość z przyszłością.

07 sierpnia 2026

Kto naprawdę decyduje, jakie książki czytamy?

Są takie poranki, kiedy sięgam po nowo zakupioną powieść, stawiam obok filiżankę parującej herbaty i zastanawiam się, jaką drogę musiały przebyć te słowa, zanim trafiły na moją półkę. Zwykle myślimy o tym w bardzo prosty, wręcz romantyczny sposób: autor pisze książkę, wysyła ją do wydawnictwa, wydawca ją drukuje, a my – czytelnicy – wybieramy ją w księgarni, zachęceni okładką lub recenzją.

Okazuje się jednak, że ta droga jest znacznie bardziej wielowarstwowa, a kluczowa postać w tej opowieści bardzo często pozostaje w cieniu.

Niedawno Financial Times zwrócił uwagę na niezwykle ciekawą książkę badaczki Laury B. McGrath – „Middlemen: Literary Agents and the Making of American Fiction”. McGrath przygląda się amerykańskiemu rynkowi literackiemu od lat 50. XX wieku aż po współczesność i stawia odważną, ale popartą skrupulatnymi badaniami tezę: postacią, która w największym stopniu kształtuje nasz gust i decyduje o tym, co trafia na księgarskie półki, jest agent literacki.

Kobieta wybierająca książki w bibliotece — ilustracja roli agentów literackich

06 sierpnia 2026

Tęsknota za czasem, w którym nas nie było

Żyjemy w epoce, w której przeszłość nigdy nie była tak łatwo dostępna i jednocześnie tak skrojona na miarę. Wystarczy kilka kliknięć, by zanurzyć się w cyfrowo wygładzonym ziarnie taśmy VHS, kasetowym szumie sprytnie nałożonym na cyfrowy plik audio czy ciepłych, pastelowych odcieniach fotografii stylizowanych na analogowe odbitki z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Młode pokolenia, które nie mają prawa pamiętać zapachu nagrzanego kineskopu ani mozolnego przewijania taśmy ołówkiem, z zapamiętaniem tworzą własne mikrokosmosy oparte na estetyce retro. Powstało nawet osobne pojęcie opisujące to zjawisko – anemoia, czyli tęsknota za czasem, w którym się nie żyło.

Co sprawia, że w epoce błyskawicznego przesyłu danych, generatywnej sztucznej inteligencji i nieograniczonych możliwości technologicznych uciekamy wzrokiem wstecz?

01 sierpnia 2026

Sztuka w sieci zachwytów. O trudnym romansie muzeów z influencerami

Czy sztuka potrzebuje dziś nowych opowiadaczy? Spoglądając na to, jak dynamicznie zmienia się przestrzeń komunikacji kultury, trudno odpowiedzieć inaczej niż twierdząco. Francuskie muzea i galerie coraz śmielej otwierają swoje podwoje dla internetowych popularyzatorów sztuki – twórców cyfrowych, którzy z właściwą sobie swobodą, bez zbędnego akademickiego żargonu i nadęcia, potrafią przybliżać dziedzictwo kulturowe młodszym pokoleniom.

31 lipca 2026

Co tracimy, kiedy z niejednoznacznego człowieka robimy pomnik samotnego geniusza?

Są takie wieczory, kiedy po obejrzeniu głośnego filmu biograficznego zostajemy z poczuciem zachwytu, ale i pewnego cichego niedosytu. Kino uwielbia pisać ludzkie życiorysy od nowa. Potrzebuje jasnego schematu: wybitny umysł, tragiczne odosobnienie, brak zrozumienia u otoczenia i bolesna alienacja. W ten sposób powstaje pomnik – wyrazisty, elegancki i… całkowicie pozbawiony niuansów.

Jeden z najbardziej poruszających przykładów tego mechanizmu to wizerunek Alana Turinga. W powszechnej świadomości – utrwalonej chociażby przez hollywoodzką Grę tajemnic (The Imitation Game) z wybitną skądinąd rolą Benedicta Cumberbatcha – Turing funkcjonuje jako genialny, ale społecznie wycofany, chłodny matematyk, żyjący wyłącznie w świecie cyfr, pozbawiony poczucia humoru i głęboko samotny.

Co jednak dzieje się w momencie, gdy z archiwum wyłania się zupełnie inny obraz?

30 lipca 2026

Architektura wyobraźni. Jak literatura piękna przestraja nasz mózg i uczy nas być ludźmi

Często myślimy o czytaniu powieści jako o pięknej, ale nieco pobłażliwej formie ucieczki od rzeczywistości. Chwycenie za dobrą książkę z filiżanką ciepłej herbaty jawi się nam jako drobny luksus – cicha wyspa wytchnienia w pędzącym, przeładowanym bodźcami świecie. Tymczasem najnowsze doniesienia badaczy z Uniwersytetu Oksfordzkiego pokazują coś zachwycającego: sięganie po literaturę piękną to nie tylko ucieczka. To głęboka, biologiczna przebudowa naszego umysłu.

Obraz: medium.com

26 lipca 2026

Pawilon spokoju #10 | Jak japońskie „nagara undou” ratuje nas przed kultem produktywności

Żyjemy w świecie, który nieustannie żąda od nas deklaracji. Jeśli chcesz być zdrowy – wykup karnet na siłownię. Jeśli chcesz spokoju – wyjedź na tygodniowe odosobnienie. Zachodni model dbania o siebie stał się kolejnym zadaniem do odhaczenia na liście, nierzadko generującym frustrację, gdy z braku czasu po raz kolejny rezygnujemy z wielkich planów. A gdyby tak podejść do tematu zupełnie inaczej? Zamiast rewolucji – cicha ewolucja. Odpowiedzią na to wyzwanie może być japońska koncepcja nagara undou, czyli sztuka ćwiczenia „przy okazji”.

23 lipca 2026

Pawilon spokoju #9 | Zachód w poszukiwaniu utraconej uważności

Współczesny zachodni świat kręci się wokół słowa więcej. Więcej pracy, więcej bodźców, więcej przedmiotów w szafach, więcej subskrypcji, więcej szybkich, bezrefleksyjnych wyborów. Żyjemy w kulturze nadmiaru, która – paradoksalnie – często pozostawia nas z poczuciem głębokiego niedosytu. Próbując gasić ten egzystencjalny niepokój kolejnymi zakupami czy bezwiednym przesuwaniem ekranu telefonu, coraz bardziej oddalamy się od tego, co w życiu naprawdę esencjonalne.

W tym hałaśliwym krajobrazie japońskie pojęcia Mottainai oraz Kakeibo brzmią jak kojący, czysty akord. Choć zrodziły się w zupełnie innej kulturze, niosą ze sobą uniwersalne lekarstwo na bolączki zachodniego człowieka: zaproszenie do powrotu do korzeni uważności.

Mottainai, czyli drugie życie rozbitej filiżanki

W kulturze Zachodu zakorzenił się nawyk, który można nazwać „kulturą jednorazowości”. Gdy coś pęka, niszczy się lub po prostu przestaje być modne, najprostszym odruchem jest wyrzucenie tego do kosza. Kupujemy nowe, bo tak jest szybciej, taniej i wygodniej.

Japońskie słowo Mottainai (もったいない), oznaczające głęboki żal z powodu marnotrawstwa, rzuca temu podejściu radykalne wyzwanie. U jego podstaw leży buddyjskie przekonanie, że przedmioty nie są jedynie martwą materią – są owocem ludzkiej pracy, darów natury i energii, która zasługuje na najwyższy szacunek.

Kiedy przyjrzymy się japońskiej sztuce Kintsugi – naprawianiu pękniętej ceramiki złotą laką – dostrzeżemy kompletną zmianę paradygmatu. Dla zachodniego oka pęknięcie to skaza, powód do wstydu i wyrzucenia przedmiotu. Dla filozofii Mottainai to część historii tej konkretnej filiżanki. Blizna, zamiast być ukrywana, zostaje podkreślona złotem, czyniąc naczynie jeszcze piękniejszym i cenniejszym. To potężna lekcja dla naszej zachodniej kultury, tak bardzo obsesyjnie goniącej za nieskazitelnością i nowością. Mottainai uczy nas, że wartość rodzi się z troski, pamięci i wdzięczności za to, co już posiadamy.

Kakeibo. Taniec pióra z papierem w dobie algorytmów

Jeśli Mottainai uzdrawia naszą relację z przedmiotami, to Kakeibo (家計簿) robi dokładnie to samo z naszą relacją z pieniędzmi. Na Zachodzie finanse stały się niemal całkowicie abstrakcyjne. Płacimy zbliżeniowo telefonem, zegarkiem, bierzemy pożyczki jednym kliknięciem w aplikacji. Pieniądze stały się cyframi na ekranie, które płyną niewidzialnym strumieniem, często przeciekając nam przez palce.

Wymyślone ponad sto lat temu przez japońską dziennikarkę Hani Motoko Kakeibo – czyli tradycyjna sztuka prowadzenia domowego budżetu – proponuje nam coś rewolucyjnego: powrót do papieru i pióra. W świecie zdominowanym przez aplikacje i automatyczne wykresy, ręczne wpisywanie każdego wydatku wydaje się anachronizmem. A jednak to właśnie ten fizyczny akt pisania zmusza nas do zwolnienia tempa.

Kiedy musimy usiąść wieczorem z notesem i fizycznie zapisać kwotę wydaną na kolejną rzecz, która miała poprawić nam nastrój, uruchamia się zupełnie inny proces myślowy. Kakeibo nie pyta tylko: „Ile wydałaś?”. Ono stawia o wiele głębsze pytania: „Czy to było ci potrzebne?”, „Jak się wtedy czułaś?”. W ten sposób finanse przestają być suchą matematyką, a stają się narzędziem samopoznania. Pomagają odróżnić autentyczne potrzeby od chwilowych zachcianek, którymi tak często próbujemy zagłuszyć zmęczenie lub stres.

Most nad przepaścią nadkonsumpcji

Co się stanie, gdy połączymy te dwa pojęcia i spojrzymy na nie z naszej, zachodniej perspektywy? Otrzymamy gotowy manifest świadomego życia.

Mottainai i Kakeibo to nie są sztywne techniki ekologiczne czy rygorystyczne programy oszczędnościowe, które mają nas wpędzić w poczucie winy. To przede wszystkim filozofia czułej uważności skierowanej na naszą codzienność. Obie te idee pokazują, że szacunek do własnych pieniędzy (Kakeibo) i szacunek do zasobów Ziemi oraz ludzkiej pracy (Mottainai) to w gruncie rzeczy ta sama ścieżka.

Wprowadzenie tych wartości do naszego życia nie wymaga rewolucji. Zaczyna się od małych kroków: od wypicia kawy w ulubionej, starej filiżance z pełną obecnością, od momentu zastanowienia przed kliknięciem „Kup teraz”, od wieczornego, wyciszającego spotkania z własnym notesem. To powrót do prostoty, w której zamiast gromadzić to, co zbędne, zaczynamy wreszcie celebrować i chronić to, co naprawdę ważne.

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.

22 lipca 2026

Zamiast Roku Czytelnictwa — cała Dekada Czytania

Ostatnie dni przyniosły wieści z Wielkiej Brytanii, które, choć dotyczą tamtejszego systemu edukacji, zmuszają do refleksji nas wszystkich — nauczycieli, rodziców, bibliotekarzy, a przede wszystkim nas, czytelników. Brytyjska parlamentarna Komisja Edukacji wystosowała stanowczy apel: dość jednorocznych akcji. Czas na Narodową Dekadę Czytania.

Czytając raport brytyjskich parlamentarzystów, nie sposób nie poczuć ukłucia niepokoju. Dane są bezlitosne: drastycznie spada liczba dzieci i młodzieży, dla których czytanie jest źródłem przyjemności. Mówimy o zaledwie niespełna 36% młodych ludzi, którzy deklarują, że lubią czytać, a codzienny kontakt z książką w czasie wolnym to domena zaledwie jednej piątej młodego pokolenia.

Brytyjscy eksperci wskazują na rozwiązanie, które brzmi jak lekarstwo: biblioteka w każdej szkole, automatyczna karta biblioteczna dla każdego noworodka i — co najważniejsze — zmiana filozofii. Zamiast skupiać się wyłącznie na „biegłości” i ocenach, musimy postawić na radość. Na „ciepło wspólnych opowieści i magię przewracania stron”.



A co z naszym podwórkiem?

Ta brytyjska diagnoza brzmi boleśnie znajomo w polskich realiach. Choć kochamy narzekać na nasze statystyki czytelnictwa, problem „braku przyjemności” jest bardziej złożony niż tylko brak czasu. Często nasza szkoła również traktuje lekturę jak zadanie do odrobienia, test do zaliczenia, a nie jak przygodę czy sposób na zrozumienie świata.

W Polsce również mamy świetne biblioteki publiczne, które często stają na głowie, by przyciągnąć młodych ludzi, ale czy wszędzie docieramy z tą samą skutecznością? Czy nasze kanony lektur nie są dla młodzieży zbyt często barierą nie do przejścia?

Brakuje nam tej systemowej „Dekady Czytania”. Potrzebujemy czasu, a nie tylko „roku”, aby trwale zmienić nawyki. Czytanie nie jest bowiem umiejętnością, którą zdobywa się raz na zawsze w podstawówce. To mięsień, który wymaga codziennej gimnastyki, a przede wszystkim — odpowiedniego środowiska.

Czytanie to relacja

W moich refleksjach wracam do myśli, że czytanie to przede wszystkim relacja. Relacja z autorem, z bohaterem, ale też z samym sobą. Jeśli nauczymy dzieci, że książka to przede wszystkim sposób na empatię, na zrozumienie drugiego człowieka i na wyciszenie w przebodźcowanym świecie, wygramy więcej niż najwyższymi wynikami z egzaminów.

Zamiast martwić się tylko o to, ile czytamy, zapytajmy siebie: jak czytamy? Czy pozwalamy sobie na zachwyt? Czy pokazujemy dzieciom, że czytanie to także wspólne bycie ze sobą?

Wsparcie dla bibliotek, mądrzejsze listy lektur i — przede wszystkim — docenienie roli czytania dla przyjemności to wyzwanie, które nie kończy się na jednej uchwale parlamentu. To zadanie dla każdego z nas.

To właśnie te małe, codzienne wybory — wspólne czytanie wieczorem, rozmowa o książce zamiast sprawdzianu, czy po prostu bycie przykładem czytającego dorosłego — mogą stać się początkiem naszej własnej, lokalnej „Dekady Czytania”.

A Wy co o tym sądzicie? Czy czujecie, że szkoła wciąż bardziej „oducza” czytania dla przyjemności niż do niego zachęca? 

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.


21 lipca 2026

Witaj w moim świecie!

Niezmiernie cieszę się, że tu trafiasz. Rozgość się wygodnie – jak w klasycznej, pachnącej starym papierem i rozgrzanej ciepłym światłem słonecznym bibliotece, w której czas na chwilę zwalnia swój bieg.

Ten blog powstał z potrzeby serca, z ciekawości świata oraz z głębokiego przekonania, że bez względu na to, jak szybko pędzi świat i technologia, nasza ludzka wrażliwość, pytania o sens i zachwyt nad kulturą pozostają niezmienne.


Czym jest ta przestrzeń?

To miejsce spotkania tradycji ze współczesnością. Z jednej strony stoi popiersie Sokratesa – mojego starego druha, symbolu nieustannego zadawania pytań i dociekania prawdy. Po przeciwnej stronie umieściłam popiersie mojego dobrego przyjaciela Herodota – zwanego Ojcem historii, patrona opowieści o człowieku i upływającym czasie. Nie obawiaj się jednak zatęchłej biblioteki. Patrzę bowiem na świat — "tu i teraz” — jako humanistka, z pasją obserwując dynamiczne przemiany współczesności.

Znajdziesz tutaj refleksje, do których inspiracją są moje codzienne pasje i poszukiwania:

  • Historia i filozofia życia – wracam do korzeni, ale też do wschodnich i zachodnich nauk o uważności (mindfulness), spokoju i budowaniu wewnętrznej harmonii w codziennym pędzie.

  • Literatura, film i muzyka – kocham dobre książki, które zostają w pamięci na długie tygodnie, kunsztowne kino i dźwięki jazzu oraz muzyki klasycznej.

  • Człowiek w erze nowych technologii – fascynuje mnie styk humanistyki i sztucznej inteligencji. Zastanawiam się, jak zachować to, co w nas najbardziej unikalne, wrażliwe i twórcze, gdy świat wokół automatyzuje niemal wszystko.

Zapraszam do wspólnej podróży!

Chciałabym, aby ten blog był dla Ciebie nie tylko lekturą, ale i przystanią – miejscem, gdzie możesz się na chwilę zatrzymać, pomyśleć, zainspirować lub po prostu poczuć, że w swoich refleksjach nie jesteś sam(a).

Rozgość się, czytaj i dziel swoimi przemyśleniami w komentarzach. Witaj w moim świecie!

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam Cię również na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.


20 czerwca 2026

Pawilon spokoju #2 | Czego uczy nas japońska ceremonia herbaty?

W codziennym biegu często szukamy wielkich recept na spokój. Kupujemy poradniki, planujemy cyfrowe detoksy, obiecujemy sobie zwolnić… od poniedziałku. A gdyby tak zatrzymać się przy czymś tak prostym i powszednim jak parzenie herbaty?

Japończycy uczynili z tej czynności sztukę, która nie ma nic wspólnego z pośpiesznym zalewaniem torebki wrzątkiem. Chanoyu (bo tak brzmi jedna z nazw ceremonii herbaty, oznaczająca dosłownie „gorącą wodę na herbatę”) to głęboka praktyka uważności, z której możemy czerpać garściami – nawet w zaciszu własnego domu.

Cztery filary spokoju

U podstaw drogi herbaty (Chado) leżą cztery zasady sformułowane przez mistrza Sen no Rikyu. To piękne drogowskazy, które warto przenieść z herbacianego pawilonu do naszej codzienności:

  • Wa (Harmonia) – otwartość na otaczający świat, naturę i drugiego człowieka. To brak rywalizacji i bycie w zgodzie z rytmem chwili.

  • Kei (Szacunek) – wypływa z poczucia, że każda osoba i każdy przedmiot biorący udział w spotkaniu są wyjątkowe. Szacunek okazuje się tu zarówno gościom, jak i samej czarce czy bambusowej łyżeczce.

  • Sei (Czystość) – dotyczy nie tylko schludności miejsca, ale przede wszystkim oczyszczenia zmysłów i serca z natłoku myśli oraz negatywnych emocji.

  • Jaku (Spokój) – stan wewnętrznej ciszy i harmonii, który pojawia się naturalnie, gdy w pełni zaangażujemy się w powyższe trzy zasady.

Ichigo ichie – to się już nie powtórzy

Z ceremonią herbaty nierozerwalnie wiąże się też przepiękne japońskie przysłowie: Ichigo ichie (Jedno spotkanie, jedna szansa).

Choćbyśmy spotykali się w tym samym gronie, w tym samym pokoju i pili tę samą matchę każdego dnia – dzisiejsze spotkanie jest niepowtarzalne. Zmienia się pogoda za oknem, światło, nasze nastroje, a nawet smak wody.

Ta świadomość uczy niesamowitej uważności na „tu i teraz”. Skoro ta chwila się nie powtórzy, szkoda marnować ją na rozmyślanie o wczorajszych obowiązkach czy jutrzejszych planach. Liczy się tylko ten konkretny moment, ciepło ceramiki w dłoniach i zapach zielonego proszku.

Piękno w niedoskonałości

Podczas ceremonii używa się naczyń, które często noszą ślady czasu. Szorstka faktura, nieregularny kształt czarki, a nawet widoczne pęknięcia sklejone złotem (Kintsugi) nie są wadami. Wręcz przeciwnie – to świadectwo autentyczności i przemijania, wpisujące się w estetykę Wabi-Sabi. W świecie, który nieustannie wymaga od nas perfekcji, herbata przypomina, że prawdziwe piękno tkwi w prostocie i autentyczności.

Nie musimy od razu aranżować japońskiego pawilonu w salonie. Wystarczy, że dziś wieczorem, przygotowując swój ulubiony napar, wyłączymy telefon. Poczujmy zapach liści, posłuchajmy szumu gotującej się wody i obejmijmy naczynie obiema dłońmi. Pozwólmy sobie na luksus bycia w pełni obecnym.

A jak wyglądają Wasze małe rytuały uważności? Czy w Waszej codzienności jest miejsce na taką niespieszną „czarkę spokoju”?




18 czerwca 2026

Pawilon spokoju #1 | O sztuce niedoskonałości w świecie algorytmów

Siedzę dziś przy biurku z parującą czarką zielonej herbaty, wracając myślami do lektury, która od lat niezmiennie mnie wycisza i uczy uważności. Okakura Kakuzo napisał w swojej kultowej „Księdze herbaty” piękne zdanie, które w dzisiejszych czasach brzmi niemal jak manifest buntu:

„Prawdziwe piękno odkrywa dopiero ten, kto w myślach dopełnia to, co niedokończone”

Gdy odłożyłam książkę i spojrzałam na ekran monitora, zauważyłam uderzający kontrast. Żyjemy w epoce fascynacji sztuczną inteligencją, zwłaszcza tą generatywną. Obserwuję jej działanie na co dzień i dochodzę do wniosku, że robi ona coś dokładnie przeciwnego do myśli japońskiego filozofa – dąży do absolutnego, wręcz bezwzględnego domknięcia.

Kiedy prosisz AI o obraz, dostajesz kadr wypełniony po brzegi, idealnie wygładzony, nasycony szczegółami. Kiedy prosisz o tekst – zwraca Ci zaokrągloną, poprawną i kompletną strukturę. Wszystko jest tam podane wprost, pozbawione luk, bezbłędne i… domknięte do ostatniej kropki. Żadnych niedopowiedzeń. Żadnych tajemnic.

Na pierwszy rzut oka brzmi to jak ogromna zaleta, prawda? Przecież po to tworzymy zaawansowane narzędzia, by ułatwiały nam życie i dawały gotowe, perfekcyjne rozwiązania. A jednak gdy tak przyglądam się tym bezbłędnym, algorytmicznym tworom, czuję, że umyka nam w tym wszystkim coś fundamentalnego. Coś na wskroś ludzkiego.

Japońska lekcja niedoskonałości: Ma i Ensō

W tradycji japońskiej – w kaligrafii, w ceremonii parzenia herbaty, w malarstwie tuszem – najważniejsze bywa to, czego na obrazie… nie ma.

  • Ma (間) – to czysta, pusta przestrzeń, którą widz wypełnia własną wyobraźnią, wrażliwością i emocjami.

  • Ensō – święty krąg malowany jednym płynnym ruchem pędzla. Mistrzowie zen celowo pozostawiają go niedomkniętym.

Dlaczego? Ponieważ w tej małej, pustej luce mieści się cała reszta wszechświata, nieskończoność możliwości i przede wszystkim – miejsce dla nas.

Zastanawiam się coraz częściej, czy projektując współczesne technologie, nie popełniamy błędu nadgorliwości. Czy nie chcemy „przedobrzyć”? Może zamiast nieustannie pytać: „jak zrobić to lepiej, pełniej i szybciej”, powinniśmy jako humaniści zacząć zadawać inne pytanie:

„Gdzie w tym wszystkim zostawić miejsce dla użytkownika?”

Przestrzeń, w której rodzą się myśli

Przecież nasze najwspanialsze wewnętrzne poruszenia, najbardziej inspirujące rozmowy, poruszające teksty i ożywcze pomysły nie rodzą się z gotowych odpowiedzi, które podano nam na tacy. One pączkują w ciszy. Rodzą się z pytań, które zostają z nami na dłużej, z niepewności, z tej intrygującej przestrzeni pomiędzy słowami. To niedoskonałość zmusza nas do myślenia, do czucia, do bycia twórcami, a nie tylko konsumentami.

Może więc prawdziwie „humanistyczna” sztuczna inteligencja to wcale nie ta, która myśli za nas, wyręcza nas w refleksji i domyka każdą naszą rozpoczętą myśl? Może ideałem byłaby technologia, która potrafi się w odpowiednim momencie zatrzymać? Taka, która zostawia nam wystarczająco dużo wolnej przestrzeni, niedopowiedzenia i twórczej ciszy, abyśmy mogli i – co najważniejsze – chcieli dokończyć ją sami.

Zostawiam Was dzisiaj z tą myślą i moją stygnącą już herbatą.

Jak to wygląda z Waszej perspektywy? Czy w świecie, który dąży do totalnej, cyfrowej pełni, tęsknicie czasem za luksusem własnego niedopowiedzenia? Co o tym sądzicie?






07 czerwca 2026

Pomiędzy epokami. O twardym lądowaniu w hałaśliwym stuleciu

Są takie dni, kiedy wyjątkowo mocno czuję, że moje wewnętrzne obywatelstwo nie do końca pokrywa się z datą w dowodzie osobistym. Łapię się wtedy na refleksji, że stoję w rozkroku pomiędzy XIX a XXI wiekiem. Z jednej strony z niesłabnącą ciekawością przyglądam się nowoczesności, z drugiej – moje serce bije w rytmie wartości i estetyki, które dzisiejszy, pędzący świat zbyt łatwo odłożył do lamusa jako „staroświeckie”.

Kiedy siedzę przy biurku, otoczona technologią, która przecież ułatwia nam życie i otwiera fascynujące okna na świat, doceniam XXI wiek.

Oczywiście nie mam złudzeń i nie patrzę na przeszłość przez różowe okulary – doskonale zdaję sobie sprawę z niedoskonałości, niesprawiedliwości i mroków poprzednich stuleci. Uważam jednak, że istnieją wartości, które bezwzględnie warto z nich ocalić i przenieść we współczesność, a najwyższe miejsce na tej liście zajmuje dla mnie szeroko pojęta kultura osobista.

Wystarczy bowiem, że wyjdę na ulicę, by poczuć głęboki, wewnętrzny zgrzyt. Współczesność potwornie hałasuje. I nie mam tu na myśli wyłącznie dźwięków miasta, ale całą naszą codzienną audiosferę. Otacza nas głośna, natarczywa „muzyka”, która bez pytania wdziera się w przestrzeń publiczną, nie zostawiając miejsca na ciszę, na własne myśli, na usłyszenie samego siebie. Ten wszechobecny zgiełk wydaje się zagłuszać coś o wiele ważniejszego – naszą wrażliwość.

W parze z tym hałasem idzie niestety brutalizacja języka. Z trudem znoszę chamstwo i lekkość, z jaką wulgaryzmy weszły do codziennego słownika. Boli mnie, gdy błyskotliwy, subtelny dowcip zostaje zastąpiony przez niewybredne, grubo ciosane żarty, które zamiast łączyć – podszyte są złośliwością. Język zawsze był dla mnie barierą ochronną ludzkiej delikatności. Kiedy staje się prymitywny, rani bardziej niż cokolwiek innego.

Najbardziej jednak doskwiera mi deficyt empatii. W świecie, który promuje wieczny pośpiech i egocentryzm, brakuje nam czasu na zwykłą, ludzką uważność. Przechodzimy obok czyjegoś zmartwienia, obok drugiego człowieka, jakbyśmy nosili pancerze obojętności.

Dla wielu osób taka postawa może być przejawem niedopasowania. Ja wolę myśleć o tym jako o świadomej ochronie własnego mikrokosmosu. Wybór ciszy zamiast zgiełku, szacunku zamiast krzyku i empatii zamiast obojętności to nie ucieczka od rzeczywistości. To próba ocalenia w sobie człowieka przez duże „C”.

Wierzę, że można czerpać z nowoczesności, nie tracąc przy tym wewnętrznej elegancji i kultury. Ten XIX-wieczny pierwiastek uważności, szacunku do słowa i drugiego człowieka wnosi do mojego życia spokój, którego w przebodźcowanym XXI wieku tak bardzo wszyscy potrzebujemy. Może właśnie ta nasza „staroświecka” wrażliwość jest dziś najbardziej rewolucyjną siłą?

Zostawiam Was dziś z tą refleksją i tradycyjnym pytaniem, które zadaję sobie nad brzegiem mojej filiżanki – jak Wy odnajdujecie się w tym głośnym świecie? Czy Wam również zdarza się tęsknić za ciszą i subtelnością, które powoli stają się towarem luksusowym? Czy to jest cena, którą musimy zapłacić za nowoczesne technologie i udogodnienia? 




05 czerwca 2026

Koszt bycia sobą. Maria Komornicka, Piotr Odmieniec Włast i współczesne klatki

Są takie życiorysy, które nie pozwalają o sobie zapomnieć. Siedzą w głowie jak niezałatwione rachunki ludzkości, jak lustro, w którym odbija się nasza współczesna hipokryzja. Kiedy myślę o poszukiwaniu własnej tożsamości, przed oczami staje mi zawsze jedna z najbardziej dramatycznych i fascynujących postaci polskiej literatury – Maria Komornicka. A raczej: Piotr Odmieniec Włast.

Bo to historia o człowieku, który musiał spłonąć, by narodzić się na własnych warunkach. I o świecie, który za tę wolność wystawił mu rachunek niszczący całe życie.

Narodziny Piotra, czyli ucieczka z cudzego scenariusza

Wyobraźmy sobie rok 1907. Młoda, genialna poetka, uznana krytyczka literacka i ikona Młodej Polski ląduje z matką w poznańskim hotelu Bazar. Każe przynieść męskie ubrania, pali w kominku swoje dotychczasowe suknie i ogłasza światu, że Maria umarła. Narodził się Piotr Odmieniec Włast. 

To nie był kaprys artysty. To był radykalny, ostateczny akt rozpaczy i głębokiej prawdy o sobie. Komornicka przez lata dusiła się w roli, którą narzuciło jej społeczeństwo – roli młodopolskiej muzy, kobiety, której pasje i intelekt traktowano jako anomalie lub uroczy dodatek do męskiego świata. Wybierając męską tożsamość i imię Piotr, nie tylko zerwała z dawną tożsamością płciową, ale przede wszystkim – zażądał prawa do samostanowienia. Do życia bez gorsetu oczekiwań.

Reakcja otoczenia? Brak akceptacji to mało powiedziane. Uznano ją za obłąkaną. Najbliżsi, zamiast spróbować zrozumieć, zafundowali jej wieloletni koszmar: zamknięcie w zakładach psychiatrycznych, izolację i samotność.

Życie na marginesie własnych pasji

Najbardziej bolesnym elementem tej historii jest powolne, systematyczne odbieranie człowiekowi możliwości realizacji tego, co kochał najbardziej – tworzenia. W izolacji, pozbawiony kontaktu z elitą intelektualną, traktowany jak medyczny przypadek, została skazana na artystyczną i społeczną śmierć za życia.

Jej pasja, pisanie, stała się szeptem w pustym pokoju. Człowiek o wybitnym intelekcie spędził dekady w ciszy, spychany na margines, z łatką „wariata”. Ile wspaniałych dzieł straciliśmy przez to, że ówczesny świat wolał zamknąć odmienność za murami azylu niż pozwolić jej po prostu być?

„Odmieniec” to nie ten, który błądzi. To ten, który miał odwagę zepsuć nienaganny, społeczny obrazek, by ocalić swoje wewnętrzne życie.

Case study współczesności – czy naprawdę jesteśmy bardziej otwarci?

Łatwo jest patrzeć na początek XX wieku z poczuciem wyższości. Myślimy sobie: „Dzisiaj to co innego. Mamy przecież psychologię, tolerancję, wolność słowa”. Ale czy na pewno?

Gdybyśmy potraktowali historię Piotra Odmieńca Własta jako case study i przenieśli ją do 2026 roku, mogłoby się okazać, że zmieniliśmy tylko dekoracje, a mechanizmy wykluczenia pozostały przerażająco podobne.

  • Iluzoryczna akceptacja – dzisiejszy świat uwielbia hasła o „byciu sobą”, dopóki to bycie sobą mieści się w estetycznych algorytmach mediów społecznościowych. Prawdziwa, surowa odmienność – ta, która nie dba o poklask, która burzy nasz komfort i zmusza do zmiany języka – wciąż budzi lęk, agresję lub chęć „wyleczenia”.

  • Współczesne klatki – jak wielu ludzi wokół nas żyje dziś bez możliwości realizacji swoich pasji, bo muszą zarobić na czynsz w świecie, który wycenia człowieka wyłącznie przez pryzmat jego produktywności? Jak wielu z nas ukrywa swoje prawdziwe „ja”, swoje neuroatypowości, wrażliwość czy tożsamość z obawy, że cena za bilet do krainy autentyczności będzie zbyt wysoka?

  • Samotność w tłumie – Piotr Włast pisał w izolacji. Dziś, w dobie pozornego usieciowienia, ludzie szukający własnej ścieżki i niepasujący do szablonów cierpią na równie głęboką samotność. Cyfrowy ostracyzm potrafi być tak samo niszczący jak dawne mury sanatoriów w Kurlandii.

Z perspektywy filiżanki...

Siedząc nad parującym naparem, myślę o tym, że historia Marii vel Piotra to tak naprawdę lekcja uważności na drugiego człowieka. To przestroga przed tym, jak łatwo – w imię własnego spokoju i społecznego ładu – potrafimy unieszczęśliwić kogoś, kto po prostu nie potrafi kłamać we własnym imieniu.

Piotr Odmieniec Włast zapłacił najwyższą cenę za to, by nie być projektem swoich czasów. Obyśmy my, bogatsi o jego bolesną lekcję, potrafili tworzyć świat, w którym nikt nie musi palić swoich sukien ani garniturów, by poczuć, że w końcu oddycha własnymi płucami.



Maria Komornicka przed transformacją w Piotra Odmieńca Własta. Źródło: Culture.pl


24 maja 2026

Magia ukryta w codzienności. Jak odnaleźć i docenić drobne przyjemności?

Czy zdarzyło Ci się kiedyś złapać na tym, że czekasz na „coś wielkiego”? Na urlop, który odbędzie się za kilka miesięcy, na piątkowy wieczór, na awans, na weekend? Często żyjemy w trybie zawieszenia, przesuwając suwak z napisem „szczęście” na bliżej nieokreśloną przyszłość. A tymczasem życie składa się przecież z pojedynczych, zwykłych dni.

​Prawda jest taka, że to nie wielkie wydarzenia budują nasze codzienne poczucie szczęścia, ale małe, niepozorne momenty. Drobne przyjemności – tzw. glimmers (błyski) – są wokół nas przez cały czas. Trzeba tylko nauczyć się je zauważać.

​Jak to zrobić i w pełni czerpać z nich radość? Zapraszam Cię na krótką podróż po sztuce uważności.

​Gdzie szukać małych radości?

​Drobne przyjemności nie wymagają wielkich nakładów finansowych ani skomplikowanej logistyki. Są proste, łatwo dostępne i... darmowe. Oto kilka przykładów, które mogą umilić Twój dzień:

  • ​Poranny rytuał: pierwszy łyk gorącej kawy lub herbaty w absolutnej ciszy, zanim świat na dobre się obudzi.
  • ​Dotyk natury: ciepłe promienie słońca na twarzy podczas spaceru, zapach powietrza po deszczu czy widok świeżych kwiatów w wazonie.
  • ​Czysty komfort: chwila, w której wieczorem wsuwasz się pod świeżą, pachnącą pościel po długim dniu.
  • ​Dźwięki, które koją: ulubiona piosenka lecąca w radiu, gdy stoisz w korku, albo szum drzew za oknem.
  • ​Zwykła-niezwykła życzliwość: uśmiech nieznajomego na ulicy lub krótka, miła wymiana zdań ze sprzedawcą.

​Jak nauczyć się je zauważać? (Trening uważności)

​Nasze mózgi mają naturalną tendencję do skupiania się na negatywach – to mechanizm obronny, który ma nas chronić przed zagrożeniami. Na szczęście uważność (mindfulness) można wytrenować jak mięsień!

​1. Włącz zmysły

​Kiedy robisz coś przyjemnego, zaangażuj wszystkie zmysły. Jeśli pijesz rano napar, nie przeglądaj w tym samym czasie telefonu. Poczuj ciepło kubka w dłoniach, przyjrzyj się unoszącej się parze, poczuj głęboki aromat i delektuj się smakiem. Bądź tam całą sobą.

​2. Praktykuj „mikro-wdzięczność”

​Pod koniec dnia, zamiast myśleć o tym, czego nie udało Ci się zrobić, wymień (w myślach lub w notesie) trzy małe, dobre rzeczy, które Cię spotkały. Może to być smaczny obiad, ładne światło o zachodzie słońca albo chwila przytulenia z bliską osobą.

​3. Zwolnij krok

​Dosłownie. Kiedy idziesz do pracy lub na zakupy, zwolnij tempo chodzenia o 10%. Podnieś głowę, rozejrzyj się dookoła. Zaskakujące, jak wiele pięknych detali – jak choćby ciekawa architektura czy kwitnący krzew – umyka nam, gdy biegniemy przed siebie.

​„Życie jest piękne, gdy umiesz dostrzec to, co niewidoczne dla oczu spieszących się ludzi”

​Dlaczego warto?

​Docenianie drobiazgów zmienia naszą chemię mózgu. Obniża poziom stresu, uczy nas bycia „tu i teraz” i sprawia, że stajemy się bardziej odporne na codzienne życiowe burze. Kiedy nauczysz się czerpać radość z małych rzeczy, nagle okaże się, że Twój dzień był pełen dobrych momentów – nawet jeśli pogoda była brzydka, a w pracy panował chaos.

​A Ty? Jaka była Twoja dzisiejsza drobna przyjemność?