Są takie wieczory, kiedy po obejrzeniu głośnego filmu biograficznego zostajemy z poczuciem zachwytu, ale i pewnego cichego niedosytu. Kino uwielbia pisać ludzkie życiorysy od nowa. Potrzebuje jasnego schematu: wybitny umysł, tragiczne odosobnienie, brak zrozumienia u otoczenia i bolesna alienacja. W ten sposób powstaje pomnik – wyrazisty, elegancki i… całkowicie pozbawiony niuansów.
Jeden z najbardziej poruszających przykładów tego mechanizmu to wizerunek Alana Turinga. W powszechnej świadomości – utrwalonej chociażby przez hollywoodzką Grę tajemnic (The Imitation Game) z wybitną skądinąd rolą Benedicta Cumberbatcha – Turing funkcjonuje jako genialny, ale społecznie wycofany, chłodny matematyk, żyjący wyłącznie w świecie cyfr, pozbawiony poczucia humoru i głęboko samotny.
Co jednak dzieje się w momencie, gdy z archiwum wyłania się zupełnie inny obraz?
Odnaleziony fragment układanki
Ostatnie odkrycie prof. Sarah Dillon z Uniwersytetu w Cambridge przynosi niesamowity przełom w myśleniu o ojcu współczesnej informatyki. Badaczka po raz pierwszy w pełni przepisała i przeanalizowała niepublikowane dotąd, niedokończone, sześciostronicowe opowiadanie Turinga, znane pod tytułem Pryce’s Buoy. Powstało ono na przełomie 1952 i 1953 roku – a więc w najtrudniejszym okresie jego życia, niedługo po skazaniu za homoseksualność i poddaniu go przymusowej terapii hormonalnej.
Tekst ten ma charakter autofikcyjny. Główny bohater, Alec Pryce, to alter ego samego Turinga. Zamiast osamotnionego, zobojętniałego na świat matematyka, z kart tego krótkiego opowiadania wyłania się człowiek o niezwykłej wrażliwości literackiej, wyostrzonym poczuciu humoru, dowcipny, zalotny i w pełni świadomy swojej seksualności oraz społecznych uwarunkowań. Turing czerpie tu z prozy angielskiego pisarza Angusa Wilsona (autor powieści Hemlock and After), łącząc psychologiczną dociekliwość z trafną obserwacją obyczajową.
I nagle okazuje się, że człowiek, któremu popkultura przypisała etykietę „samotnego geniusza zamkniętego w świecie logiki”, szukał ukojenia i zrozumienia własnej tożsamości właśnie w literaturze pięknej – w słowie, w narracji, w subtelnościach międzyludzkich relacji.
Dlaczego popkultura woli samotnych geniuszy?
Dlaczego kino tak chętnie odbiera swoim bohaterom wielowymiarowość? Odpowiedź jest dość prosta: schemat „samotnego geniusza” dobrze się sprzedaje. Łatwiej zbudować dramaturgię wokół kogoś, kto jest niezrozumiany przez świat, niż opowiedzieć o kimś, kto mimo przeciwności losu szuka bliskości, żartuje, pisze opowiadania i ma bogate życie towarzyskie czy literackie.
Przekształcenie żywego człowieka w dwuwymiarowy archetyp niesie jednak za sobą spory koszt. Kiedy wygładzamy czyjąś biografię i zamykamy ją w prostym szablonie:
Tracimy pełnię ich człowieczeństwa – odzieramy bohaterów z dowcipu, autoironii, wrażliwości i drobnych słabości, które czynią ich nam bliskimi.
Pogłębiamy szkodliwy mit o sprzeczności nauk humanistycznych i ścisłych – chętnie dzielimy ludzi na „ścisłowców” i „humanistów”. Przykład Turinga pokazuje, jak sztuczny jest ten podział. Geniusz matematyczny nie wyklucza miłości do literatury i potrzeby tworzenia prozy.
Zmniejszamy wagę ich oporu – pokazywanie Turinga wyłącznie jako zaszczutej, biernej ofiary systemu odbiera mu podmiotowość. W rzeczywistości, pisząc bezczelne, humorystyczne opowiadanie w cieniu opresyjnego prawa, wykazał się niesamowitym hartem ducha i wolą życia.
Co widać z perspektywy filiżanki?
Siedząc przy kawie czy herbacie i przyglądając się historiom, które serwuje nam współczesna kultura, warto zadawać sobie pytanie: ile prawdziwego człowieka zostało w tej opowieści?
Prawdziwy Alan Turing był kimś znacznie ciekawszym niż postać z hollywoodzkiego scenariusza. Był człowiekiem złożonym, sprzecznym, dowcipnym, szukającym sensu zarówno w matematycznych algorytmach jak i w strukturze literackiego opowiadania. Tracąc tę niejednoznaczność, tracimy szansę na poznanie prawdy o tym, jak niezwykła i wszechstronna potrafi być ludzka natura.
Nie bójmy się więc zdejmować naszych bohaterów z cokołów. Dopiero wtedy, gdy schodzą z pomników, stają się nam naprawdę bliscy.
A co Ty sądzisz o takich filmowych uproszczeniach? Czy masz swoje ulubione biografie, które według Ciebie oddały sprawiedliwość swoim bohaterom – albo przeciwnie, całkowicie spłaszczyły ich postacie?
Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)