Dziś wyjątkowo odniosę się do sytuacji społeczno-politycznej w naszym kraju. Są takie dni, kiedy parząca herbata w dłoniach nie przynosi mi oczekiwanego spokoju, a codzienny kubek staje się jedynie tłem dla trudnych, gorzkich refleksji nad stanem naszej współczesności. Przyglądając się otaczającej nas rzeczywistości, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że utknęliśmy w pętli lęku, z której rządzący nie potrafią – lub po prostu nie chcą – się wyrwać.
Gdy po raz kolejny słyszę o zawetowaniu ustawy, która miała przynieść odrobinę bezpieczeństwa i prawnego rozpoznania osobom tworzącym jednopłciowe związki, pojawia się jedno zasadnicze pytanie: czego tak naprawdę boi się władza?
Lęk przed własnym odbiciem
Odpowiedź wydaje mi się prosta, choć niezwykle smutna: boją się własnego elektoratu. Tylko czy ten lęk nie jest w gruncie rzeczy głębokim znieważeniem samych wyborców? Czy politycy po stronie prawicy naprawdę wierzą, że ludzie, którzy na nich głosują, składają się wyłącznie z homofobów, pozbawionych choćby cienia empatii? To wygodne, ale niebezpieczne uproszczenie. Tworząc cyniczne narracje, sami tę niechęć podsycają, wmawiając społeczeństwu, że miłość dwojga ludzi, ich pragnienie wspólnego tworzenia domu i opieki nad sobą w chorobie to nie ludzkie życie, lecz… „ideologia”.
To jedno słowo – wyprane z uczuć, chłodne i wykluczające – stało się orężem w kampanii nienawiści. Niezwykle łatwo przekreślić czyjąś godność, gdy sprowadzi się konkretnego człowieka, jego marzenia i miłość do abstrakcyjnego pojęcia. Rozpętana w ten sposób nagonka jednak zostawia realne rany w sercach tysięcy osób, które każdego dnia muszą udowadniać, że ich uczucie jest prawdziwe.
Długi cień patriarchatu
Problem ten sięga jednak znacznie głębiej. To nie tylko kwestia związków partnerów tej samej płci, ale szerszy krajobraz instytucjonalnej opresji, w której przyszło nam żyć. Żyjemy w kraju, w którym zakaz aborcji – egzekwowany z bezwzględną surowością nawet w najbardziej traumatycznych okolicznościach, takich jak gwałt – stał się narzędziem kontroli nad ciałami i życiem kobiet.
To wciąż ten sam wszechobecny patriarchat. Po okresie wielowiekowej dominacji mężczyzn stał się tak wrośnięty w naszą rzeczywistość, że traktujemy go niemal jak naturalny porządek rzeczy. System, w którym połowa społeczeństwa – kobiety – w XXI wieku musi nieustannie walczyć o swoje najbardziej podstawowe prawa: o samostanowienie, o bezpieczeństwo, o szacunek dla własnej autonomii. To bolesny paradoks czasów, które chętnie nazywamy nowoczesnymi, a które w wymiarze czysto ludzkim tak często cofają nas do ciemnych wieków.
Sprawdzian przed historią
Jednak jako historyczka mam nadzieję. Nadzieję na to, że historia naszych czasów nie będzie pisana przez dzisiejszych polityków kalkulujących słupki poparcia, ale przez światłych, mądrych historyków i historyczki.
Kolejne pokolenia – spoglądając wstecz – z łatwością dostrzegą, w jak barbarzyńskich i nierównościowych czasach przyszło nam żyć. Zobaczą nasze zmagania, ale zobaczą też hart ducha tych, którzy nie bali się upominać o godność drugiego człowieka. Wierzę, że spoglądając na dzisiejsze spory z odpowiedniej perspektywy czasu, osądzą ten okres jednoznacznie: jako czas, w którym strach przed empatią próbował zatrzymać naturalny tok sprawiedliwości.
Mam również nadzieję, że miłość i prawo do wolności znajdą w końcu swoją drogę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)