Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humanistyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humanistyka. Pokaż wszystkie posty

02 września 2026

Czy można przestać wierzyć, nie odrzucając świata, z którego się wyszło?

Wiadomość o śmierci sir Anthony’ego Kenny’ego – jednego z najwybitniejszych brytyjskich historyków filozofii – wywołała we mnie dłuższą chwilę cichej zadumy. Odszedł człowiek o niezwykle przenikliwym umyśle, wielkiej dyscyplinie intelektualnej i rzadko spotykanej klasie.

Czytając poświęcony mu wspomnieniowy artykuł w „The Guardianie”, powróciłam do pytania, które od dawna uważam za jedno z najbardziej fascynujących i dojrzałych wyzwań ludzkiego ducha: czy można przestać wierzyć, a jednocześnie nie spalić za sobą mostów i nie odrzucić świata, z którego się wyrosło?

sir Anthony Kenny

30 sierpnia 2026

List wysłany w przyszłe stulecie. Dlaczego piszemy dla ludzi, których nigdy nie poznamy?

Dzisiejszy poranek przyniósł mi wiadomość, która natychmiast zatrzymała bieg moich myśli. Laurie Anderson – artystka, która od dekad bada granice dźwięku, słowa i ludzkiej wrażliwości – została trzynastą autorką zaproszoną do niezwykłego projektu Future Library autorstwa Katie Paterson. Napisze tekst, którego nikt ze współcześnie żyjących ludzi nie przeczyta. Jej rękopis powędruje do wyciszonego, pachnącego drewnem „Cichego Pokoju” w bibliotece Deichman Bjørvika w Oslo, dołączając do manuskryptów Margaret Atwood, Han Kang czy Oceana Vuonga. Spocznie tam w całkowitej tajemnicy aż do 2114 roku. Zostanie wydrukowany na papierze z tysiąca świerków, które właśnie teraz, powoli i w milczeniu, rosną w norweskim lesie Nordmarka.

Biblioteka przyszłości w Oslo

pinterest 
Oslo’s ambitious new library was worth the wait


17 sierpnia 2026

Od glinianych tabliczek do promptów. Czy język traci magię, gdy staje się kodem sterującym?

Kiedy tysiące lat temu w dolinie Tygrysu i Eufratu sumeryjski pisarz odciskał w wilgotnej glinie pierwsze znaki pisma klinowego, dokonywał aktu niemal mistycznego. Słowo, które dotąd istniało jedynie jako ulotne drgnienie powietrza, zyskało ciało, ciężar i trwałość. Przez stulecia wierzyliśmy w sprawczą, magiczną wręcz moc języka: zaklęcia, które miały leczyć, poezję potrafiącą wzruszać pokolenia, czy filozoficzne traktaty, które burzyły i wznosiły imperia. Słowo było tajemnicą, mostem między ludzkimi wnętrzami, nośnikiem intymności i zachwytu.

Dziś stoimy na progu zupełnie nowego rozdziału. Język naturalny stał się najpopularniejszym językiem programowania, a my – zamiast czytelnikami czy słuchaczami – staliśmy się autorami poleceń. Wpisując kolejne frazy w okna dialogowe modeli językowych, tworzymy prompty: precyzyjne, zoptymalizowane, celowe. Czy w tym technologicznym zachwycie nad skutecznością maszyn nie gubimy jednak czegoś fundamentalnego? Czy redukując mowę do kodu sterującego, nie odbieramy jej duszy?

Połączenie tekstu glinianych tabliczek z tekstami kodu

05 sierpnia 2026

Dlaczego książki o tożsamości bywają uznawane za zagrożenie?

Współczesny świat ma niezwykłą łatwość w klasyfikowaniu i szufladkowaniu ludzkich doświadczeń. Lubimy jasne etykiety, przejrzyste struktury i ciche oczywistości. Jednak kiedy w dłonie młodego człowieka trafia literatura, która zaczyna stawiać trudne, lecz głęboko ludzkie pytania – o to, kim jestem, dokąd zmierzam i jak kochać bez lęku – w wielu przestrzeniach społecznych pojawia się opór. Wieść o śmierci Benjamina Alire Sáenza, wybitnego poety i prozaika meksykańsko-amerykańskiego pogranicza, skłania do ponownego zadania pytania: dlaczego opowieści o odkrywaniu siebie wciąż wzbudzają tak silny lęk?

Sáenz, pierwszy latynoski laureat PEN/Faulkner Award, zapisał się w sercach czytelników na całym świecie przede wszystkim subtelną, przejmującą powieścią Arystoteles i Dante odkrywają sekrety wszechświata. To historia dwóch dorastających chłopców, którzy próbują odnaleźć własny głos w świecie pełnym milczenia, społecznych oczekiwań i kulturowych pęknięć. Choć książka ta przyniosła autorowi międzynarodowe uznanie i liczne nagrody, trafiała również na listy książek zakazanych lub wycofywanych z bibliotek. Historia literatury zatacza tu po raz kolejny ten sam dobrze znany krąg.

04 sierpnia 2026

Skok na głęboką wodę (z Odyseuszem w tle)

Siedzę dzisiaj przy oknie, z filiżanką gorącej herbaty w dłoniach, patrząc na niespiesznie upływający popołudniowy czas. Moje myśli krążą wokół wiadomości, która niedawno przemknęła przez media społecznościowe i nagłówki prasowe. Wygląda na to, że świat nagle, niemal z dnia na dzień, przypomniał sobie o podróżach pewnego brodatego Greka sprzed blisko 2700 lat.

Impulsem okazała się nowa, hollywoodzka ekranizacja „Odysei”. Efekt? Statystyki ze Stanów Zjednoczonych wręcz zdumiewają. Sprzedaż wydań drukowanych skoczyła od początku roku o 76%, a Biblioteka Publiczna w Nowym Jorku odnotowała w samym lipcu gigantyczny, bo aż 338-procentowy wzrost zapotrzebowania na poemat Homera. Szczególnym wzięciem cieszy się znakomity, uwspółcześniony przekład Emily Wilson – choć sama tłumaczka nie kryje dystansu i dość krytycznie pointuje spłycenia oraz hollywoodzkie uproszczenia zastosowane w filmie (pisałam o tym we wcześniejszym tekście).

Zapewne powinnam się cieszyć. Jako osoba, dla której literatura jest chlebem powszednim i bezpieczną przystanią, powinnam klaskać z zachwytu, że dzieło absolutnie fundamentalne dla kultury zachodniej trafia pod strzechy i na listy bestsellerów. A jednak… zerkam w moją filiżankę i czuję pewien niepokój. Wybaczcie mi ten odrobinę sceptyczny ton, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z bardzo specyficznym zjawiskiem.

01 sierpnia 2026

Sztuka w sieci zachwytów. O trudnym romansie muzeów z influencerami

Czy sztuka potrzebuje dziś nowych opowiadaczy? Spoglądając na to, jak dynamicznie zmienia się przestrzeń komunikacji kultury, trudno odpowiedzieć inaczej niż twierdząco. Francuskie muzea i galerie coraz śmielej otwierają swoje podwoje dla internetowych popularyzatorów sztuki – twórców cyfrowych, którzy z właściwą sobie swobodą, bez zbędnego akademickiego żargonu i nadęcia, potrafią przybliżać dziedzictwo kulturowe młodszym pokoleniom.

25 lipca 2026

„Wartościowa treść” - czas w końcu zdefiniować to pojęcie

Każdy, kto choć raz spróbował opublikować coś w sieci – niezależnie od tego, czy pisze blog, tworzy newsletter czy buduje markę osobistą – musiał zderzyć się z tym powtarzanym jak mantra sloganem: „Musisz po prostu tworzyć wartościową treść”.

Złota zasada internetu. Święty Graal algorytmów. Porada, którą usłyszysz w każdym poradniku marketingowym, na każdym kursie pisania i w niemal każdym wywiadzie z twórcami.

Jest tylko jeden mały problem. Bo co to tak naprawdę oznacza?

Ta porada stała się pojęciową wydmuszką. Wszyscy powtarzają to hasło, ale nikt go nie definiuje. W efekcie twórcy zostają z poczuciem zagubienia i frustracji, pytając samych siebie: „Co to właściwie znaczy? I dlaczego moja treść, w którą włożyłe(a)m tyle serca, według statystyk wartościowa nie jest?”.

Czas z tym skończyć. Rozłóżmy tę „wartość” na czynniki pierwsze – bardziej konkretne niż mogłoby się wydawać.

22 lipca 2026

Zamiast Roku Czytelnictwa — cała Dekada Czytania

Ostatnie dni przyniosły wieści z Wielkiej Brytanii, które, choć dotyczą tamtejszego systemu edukacji, zmuszają do refleksji nas wszystkich — nauczycieli, rodziców, bibliotekarzy, a przede wszystkim nas, czytelników. Brytyjska parlamentarna Komisja Edukacji wystosowała stanowczy apel: dość jednorocznych akcji. Czas na Narodową Dekadę Czytania.

Czytając raport brytyjskich parlamentarzystów, nie sposób nie poczuć ukłucia niepokoju. Dane są bezlitosne: drastycznie spada liczba dzieci i młodzieży, dla których czytanie jest źródłem przyjemności. Mówimy o zaledwie niespełna 36% młodych ludzi, którzy deklarują, że lubią czytać, a codzienny kontakt z książką w czasie wolnym to domena zaledwie jednej piątej młodego pokolenia.

Brytyjscy eksperci wskazują na rozwiązanie, które brzmi jak lekarstwo: biblioteka w każdej szkole, automatyczna karta biblioteczna dla każdego noworodka i — co najważniejsze — zmiana filozofii. Zamiast skupiać się wyłącznie na „biegłości” i ocenach, musimy postawić na radość. Na „ciepło wspólnych opowieści i magię przewracania stron”.



A co z naszym podwórkiem?

Ta brytyjska diagnoza brzmi boleśnie znajomo w polskich realiach. Choć kochamy narzekać na nasze statystyki czytelnictwa, problem „braku przyjemności” jest bardziej złożony niż tylko brak czasu. Często nasza szkoła również traktuje lekturę jak zadanie do odrobienia, test do zaliczenia, a nie jak przygodę czy sposób na zrozumienie świata.

W Polsce również mamy świetne biblioteki publiczne, które często stają na głowie, by przyciągnąć młodych ludzi, ale czy wszędzie docieramy z tą samą skutecznością? Czy nasze kanony lektur nie są dla młodzieży zbyt często barierą nie do przejścia?

Brakuje nam tej systemowej „Dekady Czytania”. Potrzebujemy czasu, a nie tylko „roku”, aby trwale zmienić nawyki. Czytanie nie jest bowiem umiejętnością, którą zdobywa się raz na zawsze w podstawówce. To mięsień, który wymaga codziennej gimnastyki, a przede wszystkim — odpowiedniego środowiska.

Czytanie to relacja

W moich refleksjach wracam do myśli, że czytanie to przede wszystkim relacja. Relacja z autorem, z bohaterem, ale też z samym sobą. Jeśli nauczymy dzieci, że książka to przede wszystkim sposób na empatię, na zrozumienie drugiego człowieka i na wyciszenie w przebodźcowanym świecie, wygramy więcej niż najwyższymi wynikami z egzaminów.

Zamiast martwić się tylko o to, ile czytamy, zapytajmy siebie: jak czytamy? Czy pozwalamy sobie na zachwyt? Czy pokazujemy dzieciom, że czytanie to także wspólne bycie ze sobą?

Wsparcie dla bibliotek, mądrzejsze listy lektur i — przede wszystkim — docenienie roli czytania dla przyjemności to wyzwanie, które nie kończy się na jednej uchwale parlamentu. To zadanie dla każdego z nas.

To właśnie te małe, codzienne wybory — wspólne czytanie wieczorem, rozmowa o książce zamiast sprawdzianu, czy po prostu bycie przykładem czytającego dorosłego — mogą stać się początkiem naszej własnej, lokalnej „Dekady Czytania”.

A Wy co o tym sądzicie? Czy czujecie, że szkoła wciąż bardziej „oducza” czytania dla przyjemności niż do niego zachęca? 

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.


21 lipca 2026

Czy uniwersytet to tylko ośrodek kosztów? O cichym znikaniu humanistyki

Zawsze gdy sięgam po poranną kawę i otwieram prasę, szukam w niej tematów, które pozwalają zatrzymać się na chwilę i spojrzeć nieco głębiej na otaczający nas świat. Dziś rano natrafiłam na artykuł w „The Guardian”, który nie daje mi spokoju. Tekst dotyczy sytuacji na brytyjskich uczelniach, ale jestem przekonana, że to refleksja, która dotyka nas wszystkich, niezależnie od szerokości geograficznej.

Dziennik zwraca uwagę na niepokojący i przybierający na sile trend: głębokie cięcia budżetowe na kierunkach humanistycznych, artystycznych i społecznych. Analiza danych wskazuje, że w samym tylko 2024 roku zlikwidowano niemal 4 tysiące stanowisk akademickich. Uniwersytet w Nottingham rozważa całkowite wycofanie kierunków związanych z językami nowożytnymi, a Exeter planuje redukcję około 150 etatów. Co najbardziej poruszające – zmiany te uderzają przede wszystkim w uczelnie przyjmujące studentów z mniej uprzywilejowanych środowisk, zamykając przed nimi drzwi do świata wykształcenia ogólnego i krytycznego myślenia.

Świat przeliczony na arkusze danych

Żyjemy w czasach, w których przyzwyczailiśmy się mierzyć wartość wszystkiego wskaźnikami natychmiastowej rentowności. Tytułowe cost centres – ośrodki kosztów – to pojęcie wyciągnięte wprost z języka korporacyjnego i zaawansowanego zarządzania. I choć sprawna organizacja i stabilność finansowa są uniwersytetom niezaprzeczalnie potrzebne, pojawia się pytanie: gdzie przebiega granica między optymalizacją a utratą tożsamości?

Gdy likwidujemy wydziały filologiczne, historyczne czy filozoficzne, nie redukujemy jedynie „zbędnych wydatków”. Zmniejszamy przestrzeń do rozumienia drugiego człowieka. Języki obce to nie tylko narzędzia komunikacyjne w CV – to klucze do zrozumienia innej kultury, wrażliwości i sposobu myślenia. Literatura i sztuka pozwalają nam ćwiczyć empatię, a nauki społeczne uczą stawiać pytania tam, gdzie inni widzą jedynie proste odpowiedzi.

Kto zapłaci cenę za brak krytycznego myślenia?

Szczególnie przejmujący w opisywanym przez „The Guardian” kryzysie jest jego wymiar społeczny. Tracą przede wszystkim ci, dla których edukacja wyższa miała być trampoliną do rozwoju i szansą na poszerzenie horyzontów. Gdy humanistyka staje się luksusem zarezerwowanym wyłącznie dla najbogatszych elit, całe społeczeństwo ubożeje dyskursywnie.

Otrzymujemy świat świetnie wykształconych specjalistów technicznych i analityków, którym jednak zaczyna brakować wspólnego języka, by rozmawiać o wartościach, etyce czy skomplikowanych wyzwaniach współczesności.

Z perspektywy mojej filiżanki

Siedząc przy biurku i patrząc na ten problem z perspektywy osoby, która od lat obserwuje życie akademickie od środka, nie potrafię traktować tych doniesień wyłącznie jako chłodnych statystyk z Wysp Brytyjskich. To ostrzeżenie! Kiedy wyceniamy uniwersytet wyłącznie przez pryzmat tego, jak szybko jego absolwent zacznie generować przychód, tracimy z oczu coś absolutnie bezcennego – bezinteresowną ciekawość świata i umiejętność głębokiej refleksji.

Może właśnie dzisiaj, nad własną filiżanką herbaty czy kawy, warto zadać sobie pytanie: jakiego świata naprawdę chcemy? Takiego, który zna cenę wszystkiego, ale nie zna wartości niczego?

A jakie jest Wasze zdanie? Czy nauki humanistyczne to w dzisiejszych czasach niepotrzebny zbytek, czy wręcz przeciwnie – nasz najważniejszy pancerz ochronny przed powierzchownością współczesnego świata? 

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.

Witaj w moim świecie!

Niezmiernie cieszę się, że tu trafiasz. Rozgość się wygodnie – jak w klasycznej, pachnącej starym papierem i rozgrzanej ciepłym światłem słonecznym bibliotece, w której czas na chwilę zwalnia swój bieg.

Ten blog powstał z potrzeby serca, z ciekawości świata oraz z głębokiego przekonania, że bez względu na to, jak szybko pędzi świat i technologia, nasza ludzka wrażliwość, pytania o sens i zachwyt nad kulturą pozostają niezmienne.


Czym jest ta przestrzeń?

To miejsce spotkania tradycji ze współczesnością. Z jednej strony stoi popiersie Sokratesa – mojego starego druha, symbolu nieustannego zadawania pytań i dociekania prawdy. Po przeciwnej stronie umieściłam popiersie mojego dobrego przyjaciela Herodota – zwanego Ojcem historii, patrona opowieści o człowieku i upływającym czasie. Nie obawiaj się jednak zatęchłej biblioteki. Patrzę bowiem na świat — "tu i teraz” — jako humanistka, z pasją obserwując dynamiczne przemiany współczesności.

Znajdziesz tutaj refleksje, do których inspiracją są moje codzienne pasje i poszukiwania:

  • Historia i filozofia życia – wracam do korzeni, ale też do wschodnich i zachodnich nauk o uważności (mindfulness), spokoju i budowaniu wewnętrznej harmonii w codziennym pędzie.

  • Literatura, film i muzyka – kocham dobre książki, które zostają w pamięci na długie tygodnie, kunsztowne kino i dźwięki jazzu oraz muzyki klasycznej.

  • Człowiek w erze nowych technologii – fascynuje mnie styk humanistyki i sztucznej inteligencji. Zastanawiam się, jak zachować to, co w nas najbardziej unikalne, wrażliwe i twórcze, gdy świat wokół automatyzuje niemal wszystko.

Zapraszam do wspólnej podróży!

Chciałabym, aby ten blog był dla Ciebie nie tylko lekturą, ale i przystanią – miejscem, gdzie możesz się na chwilę zatrzymać, pomyśleć, zainspirować lub po prostu poczuć, że w swoich refleksjach nie jesteś sam(a).

Rozgość się, czytaj i dziel swoimi przemyśleniami w komentarzach. Witaj w moim świecie!

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam Cię również na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.


O cenie ludzkiej godności. Krótki esej o lęku, historii i prawie do bycia sobą

Dziś wyjątkowo odniosę się do sytuacji społeczno-politycznej w naszym kraju. Są takie dni, kiedy parząca herbata w dłoniach nie przynosi mi oczekiwanego spokoju, a codzienny kubek staje się jedynie tłem dla trudnych, gorzkich refleksji nad stanem naszej współczesności. Przyglądając się otaczającej nas rzeczywistości, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że utknęliśmy w pętli lęku, z której rządzący nie potrafią – lub po prostu nie chcą – się wyrwać.

Gdy po raz kolejny słyszę o zawetowaniu ustawy, która miała przynieść odrobinę bezpieczeństwa i prawnego rozpoznania osobom tworzącym jednopłciowe związki, pojawia się jedno zasadnicze pytanie: czego tak naprawdę boi się władza?


Lęk przed własnym odbiciem

Odpowiedź wydaje mi się prosta, choć niezwykle smutna: boją się własnego elektoratu. Tylko czy ten lęk nie jest w gruncie rzeczy głębokim znieważeniem samych wyborców? Czy politycy po stronie prawicy naprawdę wierzą, że ludzie, którzy na nich głosują, składają się wyłącznie z homofobów, pozbawionych choćby cienia empatii? To wygodne, ale niebezpieczne uproszczenie. Tworząc cyniczne narracje, sami tę niechęć podsycają, wmawiając społeczeństwu, że miłość dwojga ludzi, ich pragnienie wspólnego tworzenia domu i opieki nad sobą w chorobie to nie ludzkie życie, lecz… „ideologia”.

To jedno słowo – wyprane z uczuć, chłodne i wykluczające – stało się orężem w kampanii nienawiści. Niezwykle łatwo przekreślić czyjąś godność, gdy sprowadzi się konkretnego człowieka, jego marzenia i miłość do abstrakcyjnego pojęcia. Rozpętana w ten sposób nagonka jednak zostawia realne rany w sercach tysięcy osób, które każdego dnia muszą udowadniać, że ich uczucie jest prawdziwe.

Długi cień patriarchatu

Problem ten sięga jednak znacznie głębiej. To nie tylko kwestia związków partnerów tej samej płci, ale szerszy krajobraz instytucjonalnej opresji, w której przyszło nam żyć. Żyjemy w kraju, w którym zakaz aborcji – egzekwowany z bezwzględną surowością nawet w najbardziej traumatycznych okolicznościach, takich jak gwałt – stał się narzędziem kontroli nad ciałami i życiem kobiet.

To wciąż ten sam wszechobecny patriarchat. Po okresie wielowiekowej dominacji mężczyzn stał się tak wrośnięty w naszą rzeczywistość, że traktujemy go niemal jak naturalny porządek rzeczy. System, w którym połowa społeczeństwa – kobiety – w XXI wieku musi nieustannie walczyć o swoje najbardziej podstawowe prawa: o samostanowienie, o bezpieczeństwo, o szacunek dla własnej autonomii. To bolesny paradoks czasów, które chętnie nazywamy nowoczesnymi, a które w wymiarze czysto ludzkim tak często cofają nas do ciemnych wieków.

Sprawdzian przed historią

Jednak jako historyczka mam nadzieję. Nadzieję na to, że historia naszych czasów nie będzie pisana przez dzisiejszych polityków kalkulujących słupki poparcia, ale przez światłych, mądrych historyków i historyczki. 

Kolejne pokolenia – spoglądając wstecz – z łatwością dostrzegą, w jak barbarzyńskich i nierównościowych czasach przyszło nam żyć. Zobaczą nasze zmagania, ale zobaczą też hart ducha tych, którzy nie bali się upominać o godność drugiego człowieka. Wierzę, że spoglądając na dzisiejsze spory z odpowiedniej perspektywy czasu, osądzą ten okres jednoznacznie: jako czas, w którym strach przed empatią próbował zatrzymać naturalny tok sprawiedliwości.

Mam również nadzieję, że miłość i prawo do wolności znajdą w końcu swoją drogę.

13 lipca 2026

Cyfrowy tłum, czyli samotność w lśniących ekranach

Wirtualna agora i iluzja obecności

Żyjemy w świecie, który jak nigdy dotąd obiecuje nam wszechobecną bliskość. Wystarczy jedno kliknięcie, krótkie przesunięcie palcem po szklanej powierzchni ekranu, by znaleźć się w samym środku tętniącej życiem wirtualnej agory. Media społecznościowe – od Facebooka po LinkedIna – nieustannie nasycają naszą codzienność powiadomieniami, polubieniami i krótkimi komunikatami. Tworzą wokół nas gęsty, niegasnący tłum. Paradoksalnie jednak im głośniejszy staje się ten cyfrowy zgiełk, tym bardziej dotkliwa okazuje się cisza, która po nim następuje. W tym lśniącym labiryncie technologii coraz częściej bowiem gubimy to, co w relacjach najważniejsze – autentyczną obecność.

Zygmunt Bauman w swojej analizie płynnej nowoczesności trafnie zauważył:

„W świecie cyfrowym bliskość nie wymaga już fizycznej obecności, ale przez to staje się niezwykle krucha i powierzchowna”

Liczba wirtualnych interakcji nie przekłada się na ich jakość, a cyfrowe więzi budują jedynie parawan, za którym łatwo ukryć narastające poczucie pustki.

Spłycenie słowa przy filiżance codzienności

Współczesna komunikacja, choć niezwykle szybka i wygodna, przeszła na zupełnie inny poziom – poziom, który aż nazbyt często spłaszcza i zuboża nasze wzajemne więzi. Pisanie krótkich wiadomości na komunikatorach czy przesyłanie zdawkowych emotikonów usuwa z relacji to, co najcenniejsze. Predysponuje nas do powierzchowności. Prawdziwa relacja potrzebuje bowiem czasu, uwagi i bezpośredniości. Potrzebuje rozmowy twarzą w twarz, bez pośpiechu, najlepiej przy filiżance parującej kawy lub herbaty.

To właśnie wtedy, patrząc drugiemu człowiekowi w oczy, słysząc ton jego głosu i obserwując gesty, jesteśmy w stanie naprawdę wymienić się ideami, rozwinąć głębsze myśli i – co najważniejsze – poczuć się wysłuchanymi. Cyfrowy komunikator nie potrafi odtworzyć tego emocjonalnego rezonansu — staje się jedynie filtrem, który z wielowymiarowego ludzkiego doświadczenia zostawia zaledwie tekstowy szkielet. Pozbawia nas głębi, o której pisał niegdyś Antoine de Saint-Exupéry:

„Jedynie sercem widzi się dobrze. To, co najważniejsze, jest niewidoczne dla oczu” – a tym bardziej dla obiektywów aparatów i lśniących wyświetlaczy.

Cyfrowy kokon młodego pokolenia

Najbardziej niepokojący wymiar tego zjawiska dotyka jednak najmłodszego pokolenia. Obserwujemy dziś narodziny pokolenia, które zaczyna odczuwać paraliżujący lęk przed żywym, nieprzewidywalnym kontaktem z drugim człowiekiem. Relacje w świecie realnym bywają trudne, wymagają zaangażowania, a także niosą ze sobą ryzyko odrzucenia czy zranienia. W obliczu tego stresu młodzi ludzie coraz częściej szukają schronienia w świecie algorytmów i sztucznej inteligencji.

AI oferuje im idealnego rozmówcę: zawsze dostępnego, bezgranicznie cierpliwego, bezpiecznego i – przede wszystkim – całkowicie przewidywalnego. Ucieczka w tę wirtualną bezpieczną przystań niesie jednak za sobą katastrofalne skutki. Młodzi ludzie, zamiast uczyć się trudnej sztuki budowania więzi emocjonalnych z rówieśnikami, zamykają się w cyfrowych kokonach, co w przyszłości może skutkować głęboką, systemową izolacją całego pokolenia. Przypominają się tu prorocze słowa Alberta Einsteina:

„Obawiam się dnia, w którym technologia przewyższy ludzkie interakcje. Świat będzie miał wtedy pokolenie idiotów” – lub, patrząc bardziej współcześnie, pokolenie ludzi głęboko nieszczęśliwych i samotnych.

Tragedia w świecie algorytmów

Ta iluzja bliskości potrafi mieć rany głębsze niż mogłoby się wydawać, a jej konsekwencje bywają dramatyczne. Całym światem wstrząsnęła niedawno tragiczna historia czternastoletniego chłopca, który tak mocno zaangażował się emocjonalnie w relację ze swoją wirtualną towarzyszką stworzoną przez sztuczną inteligencję, że całkowicie zatracił granicę między fikcją a rzeczywistością. W wyniku narastających zaburzeń i poczucia pustki w realnym świecie chłopiec podjął ostateczną, tragiczną decyzję o odebraniu sobie życia.

To przerażające i bolesne memento naszych czasów. Pokazuje ono, jak niszczycielska potrafi być samotność w tłumie wirtualnych awatarów, gdy obok młodego człowieka zabraknie żywej, reagującej na czas obecności drugiego człowieka. Sztuczna inteligencja, choćby najbardziej zaawansowana, nie posiada serca ani sumienia – nie przytuli, nie zauważy ukrytego między wierszami wołania o pomoc i nie zastąpi ciepła ludzkiej dłoni. Jak pisał filozof Gabriel Marcel:

„Kochać kogoś, to znaczy powiedzieć mu: Ty nie umrzesz”

Maszyna nigdy nie wypowie tych słów z prawdziwą mocą, bo sama nie wie, czym jest życie i śmierć. Pamiętacie film "Ona"?

Powrót do uważności

Warto więc, w duchu filozofii slow life, zatrzymać się na chwilę i odłożyć na bok lśniące ekrany. Musimy na nowo nauczyć się sztuki uważnego słuchania, bycia w pełni „tu i teraz” dla tych, którzy są obok nas w świecie fizycznym. Technologia powinna pozostać jedynie narzędziem ułatwiającym logistykę życia, a nie substytutem bliskości. Prawdziwe relacje wymagają naszej obecności, uwagi i empatii – wartości, których żaden algorytm nigdy nie zdoła wygenerować.

A jakie jest Wasze zdanie, Drodzy Czytelnicy? Czy zauważacie w swoim otoczeniu niepokojące sygnały alienacji i ucieczki młodych ludzi w świat sztucznej inteligencji kosztem realnych więzi? Jak w dzisiejszym cyfrowym pędzie udaje Wam się dbać o te najcenniejsze spotkania „twarzą w twarz”? 

12 lipca 2026

Co literatura wie o człowieku, czego nie wie psychologia?

Kiedy psychologia próbuje opisać ludzkie wnętrze, przypomina wytrawnego kartografa. Rysuje mapy naszych zachowań, nazywa syndromy, klasyfikuje emocje i zamyka nasze lęki w precyzyjnych definicjach. To fascynująca i potrzebna praca. Jednak każdy, kto choć raz trzymał w ręku mapę, wie, że patrzenie na siatkę południków nie zastąpi spaceru po wilgotnym, szumiącym lesie. I tu właśnie zaczyna się terytorium literatury.

Tam, gdzie nauka stawia kropkę i mówi: „to jest kliniczny przypadek neurozy”, powieść otwiera drzwi i zaprasza nas do środka ludzkiego chaosu. Bo literatura wie o nas coś, czego psychologia – ze względu na swoje naukowe rygory – wiedzieć po prostu nie może.

Poza nawiasem statystyki

Psychologia z natury dąży do uogólnień. Szuka reguł, powtarzalności i norm. Literatura robi coś dokładnie odwrotnego – celebruje wyjątek. Nie interesuje jej „średnia statystyczna”, ale ten jeden, konkretny, niepowtarzalny moment, w którym ludzkie serce pęka z nadmiaru sprzeczności.

Weźmy Lwa Tołstoja. Psychologia mogłaby opisać stan Anny Kareniny jako głęboką depresję poporodową połączoną z kryzysem tożsamości i ostracyzmem społecznym. Ale czy jakikolwiek podręcznik akademicki odda ten paraliżujący chłód stacji kolejowej, zapach dymu z lokomotywy i gęstniejący mrok w jej głowie, który Tołstoj opisał tak, że sami zaczynamy odczuwać brak tchu? Tołstoj wiedział, że człowiek potrafi jednocześnie kochać i nienawidzić, pragnąć ocalenia i dążyć do autodestrukcji. Powieściopisarz genialnie zamknął tę prawdę w prostym, ale jakże głębokim zdaniu:

„Jeżeli ilu ludzi, tyle umysłów, to i ile serc, tyle rodzajów miłości” – Lew Tołstoj, Anna Karenina

Z kolei Fiodor Dostojewski schodził ze światłem świecy w takie zakamarki ludzkiej psychiki, przed którymi oficjalna nauka tamtych czasów (i współczesna) często cofa się z niepewnością. Raskolnikow nie jest po prostu „psychopatą” czy „narcyzem”. Jego zbrodnia i późniejsza udręka to traktat o pęknięciu duszy, o metafizycznym głodzie i sumieniu, które nie działa według schematu bodziec – reakcja. Dostojewski wiedział, że człowiek bywa potworem i świętym w tym samym ułamku sekundy, a całe swoje pisarskie życie podporządkował jednej misji:

„Człowiek jest tajemnicą. Jeśli będziesz ją rozwikływał całe życie, nie mów, że straciłeś czas; ja zajmuję się tą tajemnicą, chcę bowiem być człowiekiem” – Fiodor Dostojewski, Z listów do brata

Język faktów kontra język intuicji

Naukowe ramy potrzebują precyzyjnego, przezroczystego języka. Słowa mają opisywać rzeczywistość, nie ją stwarzać. Literatura natomiast dysponuje magią metafory i polifonią – wielogłosem, który pozwala nam doświadczyć świata z wnętrza cudzej głowy.

Virginia Woolf w Pani Dalloway czy Do latarni morskiej idealnie uchwyciła to, co psychologia próbuje badać pod hasłem „procesów poznawczych” czy „strumienia świadomości”. Woolf jednak nie analizuje myśli Clarissy Dalloway – ona pozwala nam nimi być. Pokazuje, jak zapach świeżego powietrza o poranku miesza się z nagłym wspomnieniem młodości, lękiem przed starością i tykaniem Big Bena. Literatura wie, że nasz czas wewnętrzny to płynna substancja, w której przeszłość i teraźniejszość nieustannie się przenikają, a my sami wymykamy się prostym ocenom:

„Więc niech nikt nie mówi o ludziach, że są tacy czy owacy. Sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Każdy z nas składa się z tak wielu różnych części, z tylu różnych osobowości...” – Virginia Woolf, Do latarni morskiej

Tam, gdzie rozum kapituluje

Są w naszym życiu obszary, w których racjonalne wyjaśnienia zawodzą. Wtedy nauka milknie, a do głosu dochodzi mit, ironia i absurd.

Doskonale rozumiał to Michaił Bułhakow. W Mistrzu i Małgorzacie totalitarna, przesiąknięta materializmem i „naukowym” światopoglądem Moskwa zostaje zderzona z siłami nadprzyrodzonymi. Bułhakow przypomina nam, że człowiek ma w sobie nieusuwalną przestrzeń na tajemnicę, na tęsknotę za sacrum i absolutem. Psychologia może badać mechanizmy obronne w obliczu lęku przed końcem, ale to literatura z właściwym sobie czarnym humorem potrafi obnażyć iluzję naszej całkowitej kontroli nad życiem:

„Tak, człowiek jest śmiertelny, ale to jeszcze pół biedy. Najgorsze, że potrafi umrzeć niespodziewanie, w tym cały sęk! I w ogóle nie może powiedzieć, co będzie robił dzisiejszego wieczoru” – Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata

Z kolei Albert Camus w Obcym dotyka lęku egzystencjalnego w sposób pozbawiony chłodu klinicznej analizy. Meursault nie pasuje do żadnej prostej tabeli z zaburzeniami osobowości. Jego obojętność wobec świata to porażające spotkanie z absurdem istnienia. Camus pokazuje jednak, że nawet w świecie pozbawionym odgórnego sensu, w człowieku drzemie niezwykła, wewnętrzna siła, której psychologia często szuka po omacku:

„W środku zimy zrozumiałem nagle, że bije we mnie niezniszczalne lato” – Albert Camus, Lato

Z perspektywy filiżanki...

Dlaczego więc wciąż wracamy do powieści zamiast poprzestać na poradnikach psychologicznych i książkach popularnonaukowych?

Być może dlatego, że psychologia daje nam odpowiedzi, a literatura pozwala nam pobyć z pytaniami. Nauka próbuje nas „naprawić”, oswoić nasz lęk i poukładać nas w bezpieczne szufladki. Książki natomiast robią coś o wiele bardziej czułego — mówią nam, że nasz wewnętrzny chaos, nasze sprzeczności, niewytłumaczalne smutki i nagłe zachwyty są czymś całkowicie ludzkim.

Powieść nie leczy – ona towarzyszy. Pozwala nam przejrzeć się w losach Anny Kareniny, Raskolnikowa czy pani Dalloway jak w lustrze i pomyśleć z ulgą: „A więc nie jestem w tym wszystkim sama”.

08 lipca 2026

Simone de Beauvoir i sztuka pisania własnego życia

W poprzednim wpisie rozmawialiśmy o tym, jak prywatne archiwa Alberta Camusa odsłaniają przed nami jego drugą, ludzką biografię. Jednak paryskie kawiarnie Café de Flore czy Les Deux Magots w latach 40. i 50. ubiegłego wieku tętniły życiem nie tylko dzięki niemu. Przy sąsiednich stolikach, w kłębach dymu tytoniowego i przy filiżankach czarnej kawy, rodziły się idee, które zmieniły świat. W samym centrum tego intelektualnego cyklonu stała ona – Simone de Beauvoir.

​Często, gdy historia wspomina o Beauvoir, automatycznie wymienia się ją jednym tchem obok Jean-Paul Sartre’a, z którym dzieliła legendarne, wolne od mieszczańskich konwenansów partnerstwo. Czasem wspomina się jej burzliwe dyskusje i późniejszy głęboki konflikt z Camusem. Ale sprowadzanie Simone do roli „partnerki” czy „rozmówczyni” wielkich mężczyzn to kardynalny błąd. Co naprawdę zostaje po kobiecie, która miała odwagę pisać własne życie bez oglądania się na cudze autorytety?

​Architektka własnej wolności

​Gdybyśmy zajrzeli do osobistych zapisków i listów Simone de Beauvoir, nie znaleźlibyśmy tam jedynie echa filozoficznych sporów z Sartre'em czy Camusem. Znaleźlibyśmy tam kobietę, która z niemal rzemieślniczą dyscypliną budowała podwaliny nowoczesnego feminizmu. Jej najważniejsze dzieło, Druga płeć, nie powstało z salonowych plotek, ale z twardej, samotnej pracy badawczej i głębokiej autorefleksji.

​Beauvoir, w przeciwieństwie do wielu współczesnych jej twórców, traktowała swoje życie jako nieustanny eksperyment filozoficzny. Jej autobiograficzne powieści i wielotomowe pamiętniki to coś więcej niż literatura – to zapis radykalnej szczerości wobec samej siebie. Pokazywała, że wolność nie jest abstrakcyjnym pojęciem, o którym debatuje się nad brzegami Sekwany, ale codziennym, często trudnym wyborem.

​„Nie rodzimy się kobietami, stajemy się nimi” – to legendarne zdanie z Drugiej płci nabiera zupełnie innego smaku, gdy czytamy pamiętniki autorki. Widzimy wtedy, ile trudu kosztowało ją to „stawanie się” w świecie, który od kobiet oczekiwał milczenia.


​Listy, które piszą historię na nowo

​Kiedy milkną dawne ideologiczne kłótnie – o komunizm, o moralność w czasie wojny, o granice absurdu – to właśnie prywatna korespondencja Simone de Beauvoir pozwala nam zobaczyć epokę bez retuszu. Jej opublikowane listy (choćby te do amerykańskiego pisarza Nelsona Algrena) pokazują fascynujący kontrast: z jednej strony chłodna, genialna intelektualistka, z drugiej – kobieta pełna pasji, tęsknoty i niezwykłej wrażliwości na detal codzienności.

​To właśnie ta podwójność najbardziej nas przyciąga do jej zapisków. Uczy nas, że można pisać traktaty filozoficzne i jednocześnie z dziecięcą radością pić poranną kawę, obserwując budzący się Paryż. Że wrażliwość nie wyklucza ostrego jak brzytwa intelektu.

​Co zostaje w naszej filiżance?

​Kiedy dziś myślimy o Simone de Beauvoir, warto spojrzeć na nią nie przez pryzmat mężczyzn, z którymi jadała kolacje, ale przez pryzmat jej własnej, nieustępliwej odwagi. Zostawiła po sobie odwagę do zadawania pytań, które wielu wolałoby przemilczeć.

​Zatrzymajmy się na chwilę przy dzisiejszej filiżance. Simone przypomina nam o czymś niezwykle ważnym w naszym codziennym, szybkim życiu: że każda z nas ma prawo do własnego głosu, własnych błędów i pisania swojej biografii dokładnie takimi zgłoskami, jakimi sama chce. Bez konieczności stania w niczyim cieniu.