Gdzie podziewa się to, co zniknęło? Zarówno neurobiolodzy badający mózgi maleńkich owadów, jak i fizycy spoglądający w otchłań czarnych dziur dochodzą do podobnego, wręcz poetyckiego wniosku: w naturze powrót do stanu „czystej karty” jest iluzją.
Autorski blog o kulturze, literaturze, filozofii, psychologii i życiu w świecie nowych technologii
Gdzie podziewa się to, co zniknęło? Zarówno neurobiolodzy badający mózgi maleńkich owadów, jak i fizycy spoglądający w otchłań czarnych dziur dochodzą do podobnego, wręcz poetyckiego wniosku: w naturze powrót do stanu „czystej karty” jest iluzją.
Żyjemy w epoce, w której przeszłość nigdy nie była tak łatwo dostępna i jednocześnie tak skrojona na miarę. Wystarczy kilka kliknięć, by zanurzyć się w cyfrowo wygładzonym ziarnie taśmy VHS, kasetowym szumie sprytnie nałożonym na cyfrowy plik audio czy ciepłych, pastelowych odcieniach fotografii stylizowanych na analogowe odbitki z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Młode pokolenia, które nie mają prawa pamiętać zapachu nagrzanego kineskopu ani mozolnego przewijania taśmy ołówkiem, z zapamiętaniem tworzą własne mikrokosmosy oparte na estetyce retro. Powstało nawet osobne pojęcie opisujące to zjawisko – anemoia, czyli tęsknota za czasem, w którym się nie żyło.
Co sprawia, że w epoce błyskawicznego przesyłu danych, generatywnej sztucznej inteligencji i nieograniczonych możliwości technologicznych uciekamy wzrokiem wstecz?
Czy sztuka potrzebuje dziś nowych opowiadaczy? Spoglądając na to, jak dynamicznie zmienia się przestrzeń komunikacji kultury, trudno odpowiedzieć inaczej niż twierdząco. Francuskie muzea i galerie coraz śmielej otwierają swoje podwoje dla internetowych popularyzatorów sztuki – twórców cyfrowych, którzy z właściwą sobie swobodą, bez zbędnego akademickiego żargonu i nadęcia, potrafią przybliżać dziedzictwo kulturowe młodszym pokoleniom.
Kiedy siadam przy biurku z parującą filiżanką w dłoniach, często myślę o tym, jak wielkim luksusem jest sam ten moment – spokój, chwila na refleksję i możliwość przelania na ekran każdej, nawet najbardziej ulotnej czy niepokornej myśli. W świecie, który pędzi i nieustannie nas zagłusza, rzadko zastanawiamy się nad fundamentami, na których stoi nasza codzienność. Wydają się nam one tak naturalne jak powietrze, którym oddychamy.
Niedawne słowa Salmana Rushdiego, wypowiedziane na początku lipca w Londynie, brutalnie jednak ten spokój burzą. Pisarz, który za swoją wierność słowu zapłacił niewyobrażalnie wysoką osobistą cenę, odebrał tam z rąk Królewskiego Towarzystwa Literackiego niezwykle rzadkie i prestiżowe wyróżnienie Companions of Literature (przyznawane maksymalnie trzydziestu żyjącym pisarzom za wybitny wkład w literaturę i porozumienie między kulturami). Choć okazja była świętem literatury, Rushdie wykorzystał ją, by przypomnieć nam o czymś, o czym w głębi duszy wolelibyśmy zapomnieć: wolność słowa nie jest dana raz na zawsze.
Co dla nas szczególnie ważne, te poruszające diagnozy będziemy mieli okazję usłyszeć osobiście – Salman Rushdie będzie bowiem gościem tegorocznej edycji Igrzysk Wolności w Łodzi. To niezwykłe wydarzenie sprawia, że jego londyńskie ostrzeżenie rezonuje w naszym mieście jeszcze mocniej.
Diagnoza Rushdiego uderza swoją prostotą i bezkompromisowością. Pisarz głośno ostrzega przed alarmującą falą zakazów książek dostępnych w szkołach i bibliotekach (zjawiskiem przybierającym na sile choćby w Stanach Zjednoczonych), brutalnymi atakami na dziennikarzy oraz uciszaniem artystów wyrażających sprzeciw wobec autorytarnych tendencji. Jednak najgłębszy lęk budzi nie to, co dzieje się na pierwszych stronach gazet, ale to, co pod wpływem tych nacisków rodzi się w ludzkich sercach i umysłach. Warto zastanowić się nad zdaniem, które dotyka samej esencji naszej wolności:
"Demokracja nie umiera dopiero wtedy, gdy zamyka się gazety. Słabnie wcześniej — gdy ludzie zaczynają bać się mówić"
To zdanie rezonuje we mnie niezwykle mocno. Przyzwyczailiśmy się myśleć o zagrożeniach dla wolności w sposób spektakularny – wyobrażamy sobie autorytarne dekrety, cenzurę państwową czy fizyczne zamykanie redakcji. Tymczasem najgroźniejsza odmiana cenzury rodzi się w ciszy. To autocenzura.
W tym miejscu trudno nie przywołać profetycznej wizji George’a Orwella z jego kultowej powieści Rok 1984. Orwell pokazał nam świat, w którym totalitarny system nie tylko kontrolował to, co obywatele robią, ale przede wszystkim to, jak myślą. Narzędziem tej kontroli była „nowomowa” – język tak okrojony ze znaczeń, by ostatecznie uniemożliwić sformułowanie jakiejkolwiek buntowniczej myśli. Najbardziej przerażający w Roku 1984 nie był jednak sam Wielki Brat, ale moment, w którym główny bohater, Winston Smith, zaczyna odczuwać paraliżujący strach przed przelaniem swoich myśli na czystą kartkę pamiętnika.
Właśnie to dzieje się w rzeczywistości, przed którą ostrzega Rushdie. Wszystko zaczyna się niewinnie. Od nieodezwania się w towarzystwie, by nie wywołać burzy. Od niewyrażenia własnego, odmiennego zdania z obawy przed ostracyzmem, krytyką czy współczesną kulturą unieważniania (cancel culture). Z czasem ten drobny, wewnętrzny lęk przed niezrozumieniem zaczyna dyktować to, co piszemy, co mówimy, a w konsekwencji – jak myślimy. Kiedy strach przed opinią innych sprawia, że sami nakładamy sobie knebel na usta, orwellowska wizja staje się naszą codziennością. Wolność nie znika z dnia na dzień — ona powoli wykrwawia się z każdym niewypowiedzianym słowem.
Rushdie przypomina nam, że prawa, które uznajemy za trwałe, trwają tylko tak długo, jak długo ktoś jest gotów ich bronić. To wezwanie do odpowiedzialności, które dotyczy każdego z nas, nie tylko wielkich pisarzy czy działaczy społecznych.
Obrona wolności słowa w naszej codzienności to nic innego jak praktyka uważności na drugiego człowieka. To gotowość do:
Wysłuchania głosów, z którymi się nie zgadzamy, bez natychmiastowej chęci ich uciszenia czy skrytykowania.
Wspierania twórców, pisarzy i artystów, którzy mają odwagę iść pod prąd, nawet jeśli ich wizja świata różni się od naszej.
Odwagi do bycia autentycznym w swoich własnych refleksjach, bez zakładania maski poprawności na rzecz świętego spokoju.
Demokracja i wolność to nie są monumenty wykute w marmurze. To raczej żywe organizmy, które potrzebują stałej opieki. Słabną, gdy zaczynamy brać je za pewnik.
Zostawiam Was dzisiaj z tą myślą przy Waszych filiżankach. Czy zdarzyło Wam się kiedyś zamilknąć z obawy przed tym, jak Wasze słowa zostaną przyjęte? Czy w dzisiejszym świecie dostrzegacie czasami cienie orwellowskiego świata, w którym strach wygrywa z autentycznością? Wybieracie się na Igrzyska Wolności do Łodzi?
Czy zdarzyło Ci się kiedyś wziąć do ręki stary, pożółkły zeszyt, z którego spomiędzy kartek wypadł zasuszony płatek róży lub bilet do kina sprzed lat? W tym jednym momencie czas na chwilę się zatrzymuje. Dawne emocje, zapachy i myśli, choć wydawały się bezpowrotnie utracone, nagle ożywają. Pamiętniki, dzienniki, dawne sztambuchy – przez wieki były one intymnymi powiernikami ludzkich sekretów, przestrzenią, w której próbowano uchwycić nieuchwytne: ulotność chwili i płynność ludzkiej świadomości.
W dobie cyfrowego przyspieszenia warto zadać sobie pytanie: czy ta szlachetna sztuka intymnego zapisu zupełnie zanikła? A może jedynie zmieniła szaty, przeprowadzając się do wirtualnej przestrzeni blogosfery?
Historia zapisywania własnej codzienności jest tak stara, jak sama potrzeba zakorzenienia się w czasie. Zanim jednak narodził się nowoczesny pamiętnik, ogromną popularnością – zwłaszcza w XIX wieku – cieszyły się sztambuchy (z niem. Stammbuch). Były to wyjątkowe księgi pamiątkowe, protoplaści dzisiejszych złotych myśli, do których przyjaciele, rodzina czy artyści wpisywali wiersze, sentencje, a także zostawiali odręczne rysunki. Sztambuch miał charakter wspólnotowy, był dowodem więzi i pamięci.
Z czasem ta forma ustąpiła miejsca głębszej, bardziej samotniczej praktyce – pamiętnikowi i dziennikowi. Różnica między nimi, choć subtelna, jest kluczowa: dziennik to zapis bieżący, chwytanie momentu na gorąco, podczas gdy pamiętnik zakłada pewien dystans czasowy i refleksję z perspektywy czasu.
Historia literatury zna genialne przykłady takich zapisków, które z prywatnych notatek stały się arcydziełami humanizmu:
Jak pisała sama Virginia Woolf:
„Nawykiem pisania tylko dla własnego oka jest to, że nie krępuje ono w żaden sposób… Rozluźnia więzy. Sprawia, że człowiek staje się bardziej precyzyjny w chwytaniu tego, co naprawdę myśli”
W XXI wieku tradycyjny papierowy notes z kłódeczką dla wielu stał się reliktem przeszłości. Czy to oznacza, że przestaliśmy chcieć zapisywać swoje myśli? Skądże. Przenieśliśmy się do sieci. Powstanie blogów na przełomie wieków diametralnie zmieniło reguły gry. Zapis, który dotychczas był przeznaczony wyłącznie „dla własnego oka”, zyskał publiczność.
Czy blogi zajęły miejsce pamiętników? I tak, i nie. Z pewnością przejęły one funkcję kroniki codzienności i przestrzeni do refleksji. Współczesna blogosfera oferuje niesamowitą różnorodność – od osobistych zapisków, przez eseistykę, aż po blogi o charakterze „slow life”, które uczą uważności i celebrowania prostych chwil.
Pięknym przykładem w polskiej blogosferze był chociażby kultowy już, nieistniejący w pierwotnej formie blog „Koczowisko” czy eseistyczne, literackie blogi, na których autorzy dzielą się niszowymi przemyśleniami o literaturze i sztuce, budując wokół nich kameralne społeczności czytelników znużonych szybkim tempem mediów społecznościowych.
Jednak przejście od papieru do ekranu zmieniło coś bardzo ważnego: intymność ustąpiła miejsca dialogowi. Pisząc na blogu, nie piszemy już w próżnię – piszemy z myślą o Drugim Człowieku, który siedzi po drugiej stronie ekranu z własną filiżanką kawy czy herbaty.
W tym miejscu chcę się odnieść do idei, która przyświeca mojemu własnemu blogowaniu w przestrzeni „Z perspektywy filiżanki”. Czym jest dla mnie ten blog, jeśli nie nowoczesną formą pamiętnika i sztambucha zarazem?
Kiedy siadam do pisania, moim głównym celem jest uchwycenie myśli w czasie. Czas jest przecież materią niezwykle kapryśną – przecieka nam przez palce, zaciera wspomnienia, zmienia optykę. Zapisanie refleksji nad przeczytaną książką, obejrzanym filmem czy po prostu nad tempem współczesnego świata jest jak zatrzymanie wskazówek zegara. To próba stworzenia trwałego śladu z czegoś tak ulotnego, jak wieczorne rozmyślania.
Można powiedzieć, że blog stał się moją osobistą formą cyfrowego humanizmu. Choć różni się od dawnych pamiętników tym, że zapraszam Was do mojego świata i dzielę się tym, co gra w mojej duszy, to intencja pozostaje ta sama - chęć zatrzymania się. Metaforyczna filiżanka to przecież nic innego jak symbol zwolnienia biegu, chwila oddechu, w której pozwalamy sobie na bycie tu i teraz.
Moim zdaniem, absolutnie nie. Ona po prostu ewoluowała. Zmieniły się narzędzia, ale ludzka potrzeba bycia wysłuchanym, zrozumianym i zapamiętanym pozostała niezmienna. Niezależnie od tego, czy przelewamy myśli na szorstki papier piórem, czy też stukamy w klawiaturę komputera, tworząc kolejny tekst na blogu – robimy dokładnie to samo, co nasi przodkowie wpisujący się do sztambuchów. Próbujemy oswoić przemijanie.
Na koniec warto przywołać piękne słowa wybitnego filozofa i pisarza, Sørena Kierkegaard'a, który zauważył:
„Życie można zrozumieć tylko oglądając się wstecz, ale żyć trzeba idąc naprzód”
Pisanie – czy to do szuflady, czy na blogu – jest właśnie tym cudownym narzędziem, które pozwala nam na chwilę się obejrzeć, zrozumieć i z większym spokojem pójść dalej.
A jak to jest u Was? Czy wolicie intymność tradycyjnego papieru, czy może odnajdujecie przestrzeń na własne refleksje w cyfrowym świecie? Pielęgnujmy te chwile zatrzymania, najlepiej... z perspektywy ulubionej filiżanki.
Maj zawsze przynosi ze sobą zapach bzu i ten specyficzny, pełen napięcia klimat egzaminów dojrzałości. Patrząc wstecz, na tę młodą dziewczynę siedzącą nad arkuszami maturalnymi, poczułam potrzebę, by napisać do niej list. List, którego wtedy tak bardzo potrzebowała, a który dziś – z perspektywy czasu – staje się mapą moich najważniejszych życiowych lekcji.
Gdybym mogła usiąść obok niej i podać jej kubek gorącej czekolady, powiedziałabym jej kilka fundamentalnych słów.
Moja droga, nie czekaj na to, co przyniesie los po rozdaniu świadectw. Podejmij decyzję o wyborze studiów już teraz, będąc jeszcze w liceum. To nie jest kwestia pośpiechu, ale świadomego wyboru. Kiedy wiesz, dokąd chcesz iść, ostatnie miesiące w szkole zyskują głęboki sens, a nauka przestaje być tylko obowiązkiem, a staje się pierwszym krokiem na Twoich własnych warunkach.
Matura to nie tylko koniec szkoły, to symboliczny moment, w którym przejmujesz stery. Ustal – choćby w ogólnych zarysach – kierunek drogi, którą chcesz iść. Zadaj sobie pytanie, co jest dla Ciebie naprawdę ważne, jakie wartości chcesz pielęgnować i co budzi w Tobie prawdziwą pasję. Droga może się zmieniać, ale kierunek musi być Twój.
Droga przez życie bywa piękna, ale i wyboista. Pomyśl zawczasu, kogo chciałabyś widzieć u swojego boku jako towarzysza tej podróży. Szukaj ludzi, którzy nie będą Cię ograniczać ani zmieniać na siłę, ale takich, którzy będą dzielić z Tobą wartości, wspierać w trudnych momentach i z którymi milczenie będzie równie komfortowe jak rozmowa.
Na Twojej ścieżce pojawi się mnóstwo pokus, skrótów i podszeptów, że „tak będzie łatwiej”. Nie podejmuj pochopnych decyzji pod wpływem emocji, presji otoczenia czy chwilowego zmęczenia. Każdy taki nagły zwrot może spowodować, że zejdziesz z własnej drogi i utkniesz w miejscu, które wcale nie jest Twoje. Cierpliwość i uważność to Twoje najlepsze tarcze.
To chyba najważniejsze: zawsze miej na horyzoncie latarnię, w kierunku której płyniesz. Twój cel, Twoje wewnętrzne „dlaczego”, Twoje marzenia – to jest Twoje światło. W przeciwnym razie staniesz się jak statek na otwartym morzu, który dryfuje bezwładnie tam, gdzie prądy morskie go zniosą.
Nie bądź bierna. Świat nie znosi próżni – jeśli sama nie nadasz swojemu życiu kierunku, inni ludzie bez skrupułów wykorzystają Twoją bierność do realizowania własnych celów. Bądź kapitanką swojego okrętu. Płyń odważnie, nawet pod prąd, ale zawsze w stronę światła, które sama wybrałaś.
Mam nadzieję, że zajrzy tu jakaś młoda osoba, która ma przed sobą "całe życie", i zatrzyma się przy choć jednym punkcie mojego listu. To jest prawda uniwersalna, bez względu na to, gdzie ktoś mieszka i jakiej jest płci. A czas płynie szybko, nawet nie wiesz, jak bardzo.
Są takie dni, kiedy wyjątkowo mocno czuję, że moje wewnętrzne obywatelstwo nie do końca pokrywa się z datą w dowodzie osobistym. Łapię się wtedy na refleksji, że stoję w rozkroku pomiędzy XIX a XXI wiekiem. Z jednej strony z niesłabnącą ciekawością przyglądam się nowoczesności, z drugiej – moje serce bije w rytmie wartości i estetyki, które dzisiejszy, pędzący świat zbyt łatwo odłożył do lamusa jako „staroświeckie”.
Kiedy siedzę przy biurku, otoczona technologią, która przecież ułatwia nam życie i otwiera fascynujące okna na świat, doceniam XXI wiek.
Oczywiście nie mam złudzeń i nie patrzę na przeszłość przez różowe okulary – doskonale zdaję sobie sprawę z niedoskonałości, niesprawiedliwości i mroków poprzednich stuleci. Uważam jednak, że istnieją wartości, które bezwzględnie warto z nich ocalić i przenieść we współczesność, a najwyższe miejsce na tej liście zajmuje dla mnie szeroko pojęta kultura osobista.
Wystarczy bowiem, że wyjdę na ulicę, by poczuć głęboki, wewnętrzny zgrzyt. Współczesność potwornie hałasuje. I nie mam tu na myśli wyłącznie dźwięków miasta, ale całą naszą codzienną audiosferę. Otacza nas głośna, natarczywa „muzyka”, która bez pytania wdziera się w przestrzeń publiczną, nie zostawiając miejsca na ciszę, na własne myśli, na usłyszenie samego siebie. Ten wszechobecny zgiełk wydaje się zagłuszać coś o wiele ważniejszego – naszą wrażliwość.
W parze z tym hałasem idzie niestety brutalizacja języka. Z trudem znoszę chamstwo i lekkość, z jaką wulgaryzmy weszły do codziennego słownika. Boli mnie, gdy błyskotliwy, subtelny dowcip zostaje zastąpiony przez niewybredne, grubo ciosane żarty, które zamiast łączyć – podszyte są złośliwością. Język zawsze był dla mnie barierą ochronną ludzkiej delikatności. Kiedy staje się prymitywny, rani bardziej niż cokolwiek innego.
Najbardziej jednak doskwiera mi deficyt empatii. W świecie, który promuje wieczny pośpiech i egocentryzm, brakuje nam czasu na zwykłą, ludzką uważność. Przechodzimy obok czyjegoś zmartwienia, obok drugiego człowieka, jakbyśmy nosili pancerze obojętności.
Dla wielu osób taka postawa może być przejawem niedopasowania. Ja wolę myśleć o tym jako o świadomej ochronie własnego mikrokosmosu. Wybór ciszy zamiast zgiełku, szacunku zamiast krzyku i empatii zamiast obojętności to nie ucieczka od rzeczywistości. To próba ocalenia w sobie człowieka przez duże „C”.
Wierzę, że można czerpać z nowoczesności, nie tracąc przy tym wewnętrznej elegancji i kultury. Ten XIX-wieczny pierwiastek uważności, szacunku do słowa i drugiego człowieka wnosi do mojego życia spokój, którego w przebodźcowanym XXI wieku tak bardzo wszyscy potrzebujemy. Może właśnie ta nasza „staroświecka” wrażliwość jest dziś najbardziej rewolucyjną siłą?
Zostawiam Was dziś z tą refleksją i tradycyjnym pytaniem, które zadaję sobie nad brzegiem mojej filiżanki – jak Wy odnajdujecie się w tym głośnym świecie? Czy Wam również zdarza się tęsknić za ciszą i subtelnością, które powoli stają się towarem luksusowym? Czy to jest cena, którą musimy zapłacić za nowoczesne technologie i udogodnienia?