Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język. Pokaż wszystkie posty

17 sierpnia 2026

Od glinianych tabliczek do promptów. Czy język traci magię, gdy staje się kodem sterującym?

Kiedy tysiące lat temu w dolinie Tygrysu i Eufratu sumeryjski pisarz odciskał w wilgotnej glinie pierwsze znaki pisma klinowego, dokonywał aktu niemal mistycznego. Słowo, które dotąd istniało jedynie jako ulotne drgnienie powietrza, zyskało ciało, ciężar i trwałość. Przez stulecia wierzyliśmy w sprawczą, magiczną wręcz moc języka: zaklęcia, które miały leczyć, poezję potrafiącą wzruszać pokolenia, czy filozoficzne traktaty, które burzyły i wznosiły imperia. Słowo było tajemnicą, mostem między ludzkimi wnętrzami, nośnikiem intymności i zachwytu.

Dziś stoimy na progu zupełnie nowego rozdziału. Język naturalny stał się najpopularniejszym językiem programowania, a my – zamiast czytelnikami czy słuchaczami – staliśmy się autorami poleceń. Wpisując kolejne frazy w okna dialogowe modeli językowych, tworzymy prompty: precyzyjne, zoptymalizowane, celowe. Czy w tym technologicznym zachwycie nad skutecznością maszyn nie gubimy jednak czegoś fundamentalnego? Czy redukując mowę do kodu sterującego, nie odbieramy jej duszy?

Połączenie tekstu glinianych tabliczek z tekstami kodu

04 sierpnia 2026

Skok na głęboką wodę (z Odyseuszem w tle)

Siedzę dzisiaj przy oknie, z filiżanką gorącej herbaty w dłoniach, patrząc na niespiesznie upływający popołudniowy czas. Moje myśli krążą wokół wiadomości, która niedawno przemknęła przez media społecznościowe i nagłówki prasowe. Wygląda na to, że świat nagle, niemal z dnia na dzień, przypomniał sobie o podróżach pewnego brodatego Greka sprzed blisko 2700 lat.

Impulsem okazała się nowa, hollywoodzka ekranizacja „Odysei”. Efekt? Statystyki ze Stanów Zjednoczonych wręcz zdumiewają. Sprzedaż wydań drukowanych skoczyła od początku roku o 76%, a Biblioteka Publiczna w Nowym Jorku odnotowała w samym lipcu gigantyczny, bo aż 338-procentowy wzrost zapotrzebowania na poemat Homera. Szczególnym wzięciem cieszy się znakomity, uwspółcześniony przekład Emily Wilson – choć sama tłumaczka nie kryje dystansu i dość krytycznie pointuje spłycenia oraz hollywoodzkie uproszczenia zastosowane w filmie (pisałam o tym we wcześniejszym tekście).

Zapewne powinnam się cieszyć. Jako osoba, dla której literatura jest chlebem powszednim i bezpieczną przystanią, powinnam klaskać z zachwytu, że dzieło absolutnie fundamentalne dla kultury zachodniej trafia pod strzechy i na listy bestsellerów. A jednak… zerkam w moją filiżankę i czuję pewien niepokój. Wybaczcie mi ten odrobinę sceptyczny ton, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z bardzo specyficznym zjawiskiem.

21 lipca 2026

Witaj w moim świecie!

Niezmiernie cieszę się, że tu trafiasz. Rozgość się wygodnie – jak w klasycznej, pachnącej starym papierem i rozgrzanej ciepłym światłem słonecznym bibliotece, w której czas na chwilę zwalnia swój bieg.

Ten blog powstał z potrzeby serca, z ciekawości świata oraz z głębokiego przekonania, że bez względu na to, jak szybko pędzi świat i technologia, nasza ludzka wrażliwość, pytania o sens i zachwyt nad kulturą pozostają niezmienne.


Czym jest ta przestrzeń?

To miejsce spotkania tradycji ze współczesnością. Z jednej strony stoi popiersie Sokratesa – mojego starego druha, symbolu nieustannego zadawania pytań i dociekania prawdy. Po przeciwnej stronie umieściłam popiersie mojego dobrego przyjaciela Herodota – zwanego Ojcem historii, patrona opowieści o człowieku i upływającym czasie. Nie obawiaj się jednak zatęchłej biblioteki. Patrzę bowiem na świat — "tu i teraz” — jako humanistka, z pasją obserwując dynamiczne przemiany współczesności.

Znajdziesz tutaj refleksje, do których inspiracją są moje codzienne pasje i poszukiwania:

  • Historia i filozofia życia – wracam do korzeni, ale też do wschodnich i zachodnich nauk o uważności (mindfulness), spokoju i budowaniu wewnętrznej harmonii w codziennym pędzie.

  • Literatura, film i muzyka – kocham dobre książki, które zostają w pamięci na długie tygodnie, kunsztowne kino i dźwięki jazzu oraz muzyki klasycznej.

  • Człowiek w erze nowych technologii – fascynuje mnie styk humanistyki i sztucznej inteligencji. Zastanawiam się, jak zachować to, co w nas najbardziej unikalne, wrażliwe i twórcze, gdy świat wokół automatyzuje niemal wszystko.

Zapraszam do wspólnej podróży!

Chciałabym, aby ten blog był dla Ciebie nie tylko lekturą, ale i przystanią – miejscem, gdzie możesz się na chwilę zatrzymać, pomyśleć, zainspirować lub po prostu poczuć, że w swoich refleksjach nie jesteś sam(a).

Rozgość się, czytaj i dziel swoimi przemyśleniami w komentarzach. Witaj w moim świecie!

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam Cię również na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.


17 lipca 2026

Słowa, które milkną w nas. O kruchości wolności według Salmana Rushdiego

Kiedy siadam przy biurku z parującą filiżanką w dłoniach, często myślę o tym, jak wielkim luksusem jest sam ten moment – spokój, chwila na refleksję i możliwość przelania na ekran każdej, nawet najbardziej ulotnej czy niepokornej myśli. W świecie, który pędzi i nieustannie nas zagłusza, rzadko zastanawiamy się nad fundamentami, na których stoi nasza codzienność. Wydają się nam one tak naturalne jak powietrze, którym oddychamy.

Niedawne słowa Salmana Rushdiego, wypowiedziane na początku lipca w Londynie, brutalnie jednak ten spokój burzą. Pisarz, który za swoją wierność słowu zapłacił niewyobrażalnie wysoką osobistą cenę, odebrał tam z rąk Królewskiego Towarzystwa Literackiego niezwykle rzadkie i prestiżowe wyróżnienie Companions of Literature (przyznawane maksymalnie trzydziestu żyjącym pisarzom za wybitny wkład w literaturę i porozumienie między kulturami). Choć okazja była świętem literatury, Rushdie wykorzystał ją, by przypomnieć nam o czymś, o czym w głębi duszy wolelibyśmy zapomnieć: wolność słowa nie jest dana raz na zawsze.

Co dla nas szczególnie ważne, te poruszające diagnozy będziemy mieli okazję usłyszeć osobiście – Salman Rushdie będzie bowiem gościem tegorocznej edycji Igrzysk Wolności w Łodzi. To niezwykłe wydarzenie sprawia, że jego londyńskie ostrzeżenie rezonuje w naszym mieście jeszcze mocniej.

Kiedy zaczyna się cenzura?

Diagnoza Rushdiego uderza swoją prostotą i bezkompromisowością. Pisarz głośno ostrzega przed alarmującą falą zakazów książek dostępnych w szkołach i bibliotekach (zjawiskiem przybierającym na sile choćby w Stanach Zjednoczonych), brutalnymi atakami na dziennikarzy oraz uciszaniem artystów wyrażających sprzeciw wobec autorytarnych tendencji. Jednak najgłębszy lęk budzi nie to, co dzieje się na pierwszych stronach gazet, ale to, co pod wpływem tych nacisków rodzi się w ludzkich sercach i umysłach. Warto zastanowić się nad zdaniem, które dotyka samej esencji naszej wolności:

"Demokracja nie umiera dopiero wtedy, gdy zamyka się gazety. Słabnie wcześniej — gdy ludzie zaczynają bać się mówić"

To zdanie rezonuje we mnie niezwykle mocno. Przyzwyczailiśmy się myśleć o zagrożeniach dla wolności w sposób spektakularny – wyobrażamy sobie autorytarne dekrety, cenzurę państwową czy fizyczne zamykanie redakcji. Tymczasem najgroźniejsza odmiana cenzury rodzi się w ciszy. To autocenzura.

W tym miejscu trudno nie przywołać profetycznej wizji George’a Orwella z jego kultowej powieści Rok 1984. Orwell pokazał nam świat, w którym totalitarny system nie tylko kontrolował to, co obywatele robią, ale przede wszystkim to, jak myślą. Narzędziem tej kontroli była „nowomowa” – język tak okrojony ze znaczeń, by ostatecznie uniemożliwić sformułowanie jakiejkolwiek buntowniczej myśli. Najbardziej przerażający w Roku 1984 nie był jednak sam Wielki Brat, ale moment, w którym główny bohater, Winston Smith, zaczyna odczuwać paraliżujący strach przed przelaniem swoich myśli na czystą kartkę pamiętnika.

Właśnie to dzieje się w rzeczywistości, przed którą ostrzega Rushdie. Wszystko zaczyna się niewinnie. Od nieodezwania się w towarzystwie, by nie wywołać burzy. Od niewyrażenia własnego, odmiennego zdania z obawy przed ostracyzmem, krytyką czy współczesną kulturą unieważniania (cancel culture). Z czasem ten drobny, wewnętrzny lęk przed niezrozumieniem zaczyna dyktować to, co piszemy, co mówimy, a w konsekwencji – jak myślimy. Kiedy strach przed opinią innych sprawia, że sami nakładamy sobie knebel na usta, orwellowska wizja staje się naszą codziennością. Wolność nie znika z dnia na dzień — ona powoli wykrwawia się z każdym niewypowiedzianym słowem.

Codzienna uważność na wolność

Rushdie przypomina nam, że prawa, które uznajemy za trwałe, trwają tylko tak długo, jak długo ktoś jest gotów ich bronić. To wezwanie do odpowiedzialności, które dotyczy każdego z nas, nie tylko wielkich pisarzy czy działaczy społecznych.

Obrona wolności słowa w naszej codzienności to nic innego jak praktyka uważności na drugiego człowieka. To gotowość do:

  • Wysłuchania głosów, z którymi się nie zgadzamy, bez natychmiastowej chęci ich uciszenia czy skrytykowania.

  • Wspierania twórców, pisarzy i artystów, którzy mają odwagę iść pod prąd, nawet jeśli ich wizja świata różni się od naszej.

  • Odwagi do bycia autentycznym w swoich własnych refleksjach, bez zakładania maski poprawności na rzecz świętego spokoju.

Demokracja i wolność to nie są monumenty wykute w marmurze. To raczej żywe organizmy, które potrzebują stałej opieki. Słabną, gdy zaczynamy brać je za pewnik.

Zostawiam Was dzisiaj z tą myślą przy Waszych filiżankach. Czy zdarzyło Wam się kiedyś zamilknąć z obawy przed tym, jak Wasze słowa zostaną przyjęte? Czy w dzisiejszym świecie dostrzegacie czasami cienie orwellowskiego świata, w którym strach wygrywa z autentycznością? Wybieracie się na Igrzyska Wolności do Łodzi?


14 lipca 2026

Ocalić wielokropek. Sztuka epistolarna w czasach emotikonów i algorytmów

Siedząc przy biurku z parującą filiżanką herbaty, zdarzyło mi się ostatnio przeglądać stare szuflady. Wśród dawno nieużywanych drobiazgów znalazłam kilka listów sprzed lat. Szorstki, pożółkły papier, zapach atramentu i ten nie do podrobienia charakter pisma bliskiej osoby, w którym każda litera niosła w sobie jakiś emocjonalny ślad – pośpiech, zawahanie, a może uśmiech. Dziś, gdy nasza codzienność toczy się w rytmie szybkich powiadomień na Messengerze, lakonicznych komentarzy w mediach społecznościowych i zdań generowanych jednym kliknięciem przez sztuczną inteligencję, trudno nie zadać sobie pytania: czy sztuka epistolarna odeszła w zapomnienie? Czy potrafimy jeszcze pisać listy?

​Wiadomo, że świat dawnej papeterii, pieczołowicie dobieranych znaczków i odręcznie adresowanych kopert, na które czekało się tygodniami, już nie wróci. Stał się on rezerwatem przeszłości. Ale czy wraz z materialnością listu straciliśmy coś znacznie ważniejszego – samą istotę głębokiego porozumienia?

​Między wolnością a lękiem: Lekcja od mistrzów

​Kiedy myślimy o najwspanialszych kartach z historii epistolografii, przed oczami staje niezwykły, niemal filmowy związek Piotra Czajkowskiego i jego mecenaski, Nadieżdy von Meck. Przez trzynaście lat wymienili ponad tysiąc sto listów. Co najpiękniejsze i najbardziej paradoksalne – na mocy obopólnej umowy nigdy nie spotkali się osobiście. Widywali się jedynie przypadkiem, z daleka, w tłumie, nie wymieniając ani jednego słowa. To właśnie w listach Czajkowski odnalazł absolutną wolność. Pisał do Nadieżdy o swoich najgłębszych lękach, kryzysach twórczych i momentach euforii. List był dla niego przestrzenią bezpieczną, w której nie musiał zakładać salonowych masek.

​Dla innych pisanie listów było jednak doświadczeniem o wiele bardziej dramatycznym, wręcz granicznym. Niemal neurotyczną potrzebę przelewania myśli na papier widać w Listach do Mileny Franza Kafki. Jego relacja z Mileną Jesenską – utalentowaną tłumaczką i dziennikarką – również karmiła się głównie odległością i atramentem. Dla Kafki, człowieka pełnego wewnętrznych rozdarć, list stał się narzędziem anatomii uczuć. Z jednej strony pisał: „Pisanie listów (...) oznacza obnażanie się przed duchami”, lękając się, że słowa pisane zniekształcają prawdę o człowieku. Z drugiej – potrafił pisać do Mileny kilka razy dziennie, a sam moment wyczekiwania na listonosza urastał u niego do rangi egzystencjalnego tchnienia życia. W tych listach Kafka nie tylko relacjonował swoją codzienność czy postępy w chorobie - on tam stwarzał siebie na nowo dla tej jedynej osoby, która potrafiła go zrozumieć.

​Zupełnie inny, choć równie fascynujący odcień epistolarnej bliskości odnajdziemy na naszym rodzimym gruncie. Wydana korespondencja Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza, zebrana w tomie Najlepiej w życiu ma twój kot, to arcydzieło czułości, humoru i głębokiego szacunku dla własnej niezależności. Przez ponad dwie dekady para ta mieszkała w osobnych mieszkaniach w Krakowie i pisała do siebie listy za każdym razem, gdy jedno z nich wyjeżdżało – do uzdrowiska, na ryby czy na stypendium. Ich listy są pełne literackich gier, dowcipnych kolaży i fikcyjnych postaci, ale pod tą lekką formą kryje się absolutny fundament: uważność na drugiego człowieka. Szymborska i Filipowicz udowodnili, że list nie musi być patetycznym wyznaniem, by nieść w sobie potężny ładunek miłości i intelektualnego partnerstwa.

​Wszystkich tych twórców łączyło jedno – ich pisanie wymagało zatrzymania. Aby napisać list, trzeba było usiąść, uporządkować myśli, ubrać chaos emocji w precyzyjne zdania. Co najważniejsze – wymagało to akceptacji ciszy. Czas, który upływał między wysłaniem wiadomości a otrzymaniem odpowiedzi, nie był pustką - był przestrzenią na tęsknotę, przetrawienie słów i dojrzenie myśli.

​Współczesny szum. Instant-komunikacja i widmo AI

​Jakże diametralnie różni się od tego nasz współczesny krajobraz cyfrowy. Komunikatory internetowe zredukowały odległość do zera, ale przy okazji drastycznie skróciły nasze myśli. Zamiast akapitów przesyłamy sobie równoważniki zdań. Emocje, zamiast w metaforach, zamykamy w uniwersalnych żółtych ikonkach. Co gorsza, funkcja „wyświetlono” wymusza na nas natychmiastową reakcję. Zniknęła gdzieś kultura namysłu – odpowiadamy pod wpływem impulsu, często powierzchownie. Kafka pisał o „duchach” błąkających się między nadawcą a odbiorcą listu papierowego. Ciekawe, co powiedziałby o demonach algorytmów błyskawicznych powiadomień.

​Na horyzoncie pojawiło się coś jeszcze – sztuczna inteligencja. Narzędzia AI potrafią dziś napisać idealne życzenia urodzinowe, poprawny list motywacyjny, a nawet sprawnie sformułowane podziękowanie. Algorytm dobierze perfekcyjne słowa, ale... pozbawi je ludzkiej skazy. Nie zostawi w nich śladu drżenia ręki, skreślenia, które tak wiele mówi o naszych wahaniach, ani tego osobistego, czasem chropowatego stylu, który czyni nas wyjątkowymi. Jeśli pozwolimy maszynom pisać za nas to, co osobiste, ostatecznie zredukujemy drugiego człowieka do roli odbiorcy pustego kodu.

​Czy e-mail może być namiastką dawnego listu?

​Czy jesteśmy więc skazani na kulturowy regres? Nie sądzę. Choć szelest papieru odchodzi do lamusa, wierzę, że duch sztuki epistolarnej może przetrwać w naszych skrzynkach mailowych. E-mail, choć cyfrowy i natychmiastowy, posiada strukturę, która pozwala mu stać się godną namiastką dawnego listu. Wszystko zależy od naszych intencji.

​Korespondencja mailowa wciąż daje nam to, czego odmawia nam czat: czystą, białą kartę na ekranie i brak migającego kursora drugiej osoby, która patrzy, jak piszemy. Pozwala na:

  • ​Tytułowanie i formę - tradycyjne „Drogi...” czy „Najdroższa...”, od którego zaczynamy maila, od razu zmienia temperaturę rozmowy i stroi nas na inny ton.
  • ​Architekturę myśli - w mailu możemy zbudować dłuższą wypowiedź, podzielić ją na akapity, opowiedzieć historię mijającego dnia, podzielić się refleksją nad przeczytaną książką czy obejrzanym filmem.
  • ​Czas na odpowiedź - dobrze napisany, długi e-mail od przyjaciela nie domaga się odpowiedzi w pięć sekund. Możemy zamknąć laptop, pomyśleć o nim podczas wieczornego spaceru i odpisać dopiero następnego dnia.

​Znamy przecież wspaniałe współczesne przykłady – jak choćby wydana w formie książkowej korespondencja mailowa między noblistą J.M. Coetzee a Paulem Austerem („Tutaj i teraz. Listy 2008–2011”). Pokazuje ona, że ekrany komputerów nie muszą być barierą dla intelektualnej i emocjonalnej bliskości. Obaj pisarze za pomocą maili wymieniali głębokie eseje o sporcie, sztuce, starości i przyjaźni, zachowując cały ceremoniał dawnej epistolografii.

​Ocalić to, co intymne

​Umiejętność pisania listów nie zanikła – ona po prostu szuka dla siebie nowego domu. Przestała być koniecznością techniczną, a stała się wyborem serca. W świecie, który nieustannie krzyczy i domaga się natychmiastowości, wysłanie do kogoś długiego, przemyślanego maila jest aktem niemal rewolucyjnym. To podarowanie komuś swojego najcenniejszego zasobu: czasu i wyłącznej uwagi.

​Może więc warto czasem zamknąć aplikację z zieloną słuchawką, zaparzyć ulubioną kawę lub herbatę i napisać do kogoś list? Nawet jeśli zamiast tradycyjnego znaczka klikniemy po prostu przycisk „wyślij”. Prawdziwa bliskość i tak bez trudu odnajdzie drogę między wierszami.