Zjawisko nieskończonego odbicia od zawsze miało w sobie coś magnetycznego. Kiedy ustawimy dwa lustra naprzeciw siebie, tworzy się korytarz złożony z niezliczonych, coraz mniejszych obrazów tej samej rzeczywistości. Podobnie dzieje się, gdy skierujemy obiektyw kamery na ekran monitora, który ten obraz wyświetla. Nieskończoność ukryta w prostej codzienności.
Niedawno, patrząc w takie lustrzane przejście, zaczęłam zastanawiać się nad własnym życiem. Nad tym, kim tak naprawdę jestem i czy realizuję wyobrażenie o sobie, które nosiłam w sobie od lat. Przez całe życie szukamy przecież własnej tożsamości – raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Często dopada nas pytanie: Co by było, gdyby? Gdybyśmy w kluczowym momencie skręcili w inną uliczkę, wybrali inny zawód, posłuchali głosu dawnych, młodzieńczych ambicji?
W mojej wyobraźni ten lustrzany wielogłos ożył, a przy stole w moim pokoju usiadły kobiety, którymi mogłam się stać. Każda z nich zrealizowała jakiś wielki, młodzieńczy plan.
Blaski i cienie niespełnionych mitów
Przyjrzyjmy się im przez chwilę, tak jak ja przyglądałam się im przy filiżance porannej kawy.
Sukces okupiony samotnością. Jedna z moich wersji została rektorką renomowanej uczelni. Osiągnęła szczyt akademickiej kariery, ale jako kobieta musiała pracować w dwój- lub trójnasób, by ten sukces wywalczyć. Koszt? Rozpad życia osobistego, samotność na szczycie i pytanie, czym w zasadzie jest to upragnione szczęście.
Pułapka ideałów. Druga została sędzią w sądzie karnym – tak jak planowała na studiach. Dziś zamiast satysfakcji nosi w sobie nocne koszmary i ciężar obcowania z najciemniejszą stroną ludzkiej natury. Kolejna, psycholożka, chciała zbawiać świat, dopóki nie zderzyła się z granicami własnej sprawczości i tragedią pacjentów, których nie zdołała uratować.
Cena pasji. Światowej sławy pianistka, porównywana do samej Marthy Argerich, żyje w wiecznym niedoczasie, zmęczona trasami koncertowymi, z lękiem patrząc na swoje dłonie, w które wkrada się reumatyzm. Nawet wersja w brązowym habicie karmelitanki, która po latach walki z własną naturą została przeoryszą, wyznała po cichu, że po drodze zgubiła gdzieś wiarę.
Najbardziej wstrząsające było jednak spotkanie z tą wersją, która poddała się najwcześniej – która w akcie rozpaczy postanowiła zakończyć swoją podróż przez życie. Przyszła z przesłaniem, które mną wstrząsnęło: dopóki żyjemy, możemy wszystko zmienić. Największym dramatem jest utrata możliwości dokonywania wyborów i utknięcie w zaklętym kręgu wiecznego, niezmiennego cierpienia.
Pochwała "zwyczajnego" tu i teraz
Kiedy ten niezwykły, wyobrażony sabat moich alter ego dobiegł końca, zrozumiałam coś bardzo ważnego. Żadna z tych dróg – choć na papierze wyglądała spektakularnie – nie gwarantowała szczęścia.
Moje życie może i nie jest bezpośrednią realizacją młodzieńczych fantazji o podboju świata, ale jest ciekawe, daje ogromne pole do popisu dla moich umiejętności i pozwala każdego dnia realnie pomagać innym. Realizuję swoje twórcze ambicje i spotykam wspaniałych ludzi, z którymi mogę godzinami rozmawiać przy filiżance dobrej kawy.
Co najważniejsze – po latach poszukiwań i przejściu przez wiele trudnych momentów nauczyłam się kochać i akceptować siebie dokładnie taką, jaką jestem. Odnalazłam spokój.
Spojrzeć w lustro z miłością
Czasami musimy symbolicznie spotkać się ze wszystkimi swoimi niespełnionymi ambicjami i żalami, żeby zrozumieć, że najlepsza wersja nas samych to nie ta z pierwszych stron gazet, z rektorskim łańcuchem czy z sal koncertowych. Najlepsza wersja to ta, która potrafi cieszyć się chwilą, kochać, być uważną na drugiego człowieka i z uśmiechem spojrzeć w swoje własne, codzienne odbicie w lustrze.
A Wy? Gdybyście dziś otworzyli drzwi swoim alternatywnym wersjom z przeszłości, o co byście je zapytali, a za co byście sobie podziękowali?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)