Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty

25 lipca 2026

Jak jedna decyzja stworzyła fenomen Lenny’ego Rachitsky’ego

W świecie, który nieustannie wymusza na nas pośpiech, optymalizację i pogoń za natychmiastowym efektem, historie sukcesu w sieci bywają do siebie łudząco podobne. Słyszymy o wiralowych treściach, algorytmach hakujących uwagę i strategiach ukierunkowanych na błyskawiczny wzrost.

A jednak na samym szczycie cyfrowego pisarstwa – tam, gdzie czytelnicy płacą roczny abonament za dostarczanie im wiedzy – stoi historia zupełnie inna. Historia Lenny’ego Rachitsky’ego, autora Lenny’s Newsletter, którego publikacje czyta dziś ponad 700 tysięcy osób na całym świecie.

Kiedy przyglądamy się tak imponującym liczbom, łatwo ulec pokusie szukania skomplikowanych lewarów marketingowych. Tymczasem na samym początku tej drogi nie było wielkiego zespołu ani skomplikowanej machiny promocyjnej. Była tylko jedna decyzja.

Cyfrowe duchy i zagłuszanie straty. Refleksje po „Zaraz wracam”

Kiedy zaparzyłam dziś moją ulubioną herbatę i usiadłam z nią na chwilę w ciszy, patrząc na tętniące życiem miasto za oknem, moje myśli powędrowały w stronę jednego z najbardziej poruszających odcinków Czarnego lustra – „Zaraz wracam” (ang. Be Right Back). To przejmująca historia Marthy, która po tragicznej śmierci swojego ukochanego Asha z rozpaczy decyduje się na skorzystanie z nowatorskiej usługi. System, analizując pozostawione przez niego maile, wiadomości i wpisy w mediach społecznościowych, tworzy wirtualnego awatara, z którym kobieta wchodzi w coraz głębsze interakcje.

Jeszcze dekadę temu oglądaliśmy ten odcinek jak niepokojącą, odległą dystopię. Dziś granica między ekranową fikcją a naszą codziennością właściwie przestała istnieć.

Kadr z filmu

21 lipca 2026

Witaj w moim świecie!

Niezmiernie cieszę się, że tu trafiasz. Rozgość się wygodnie – jak w klasycznej, pachnącej starym papierem i rozgrzanej ciepłym światłem słonecznym bibliotece, w której czas na chwilę zwalnia swój bieg.

Ten blog powstał z potrzeby serca, z ciekawości świata oraz z głębokiego przekonania, że bez względu na to, jak szybko pędzi świat i technologia, nasza ludzka wrażliwość, pytania o sens i zachwyt nad kulturą pozostają niezmienne.


Czym jest ta przestrzeń?

To miejsce spotkania tradycji ze współczesnością. Z jednej strony stoi popiersie Sokratesa – mojego starego druha, symbolu nieustannego zadawania pytań i dociekania prawdy. Po przeciwnej stronie umieściłam popiersie mojego dobrego przyjaciela Herodota – zwanego Ojcem historii, patrona opowieści o człowieku i upływającym czasie. Nie obawiaj się jednak zatęchłej biblioteki. Patrzę bowiem na świat — "tu i teraz” — jako humanistka, z pasją obserwując dynamiczne przemiany współczesności.

Znajdziesz tutaj refleksje, do których inspiracją są moje codzienne pasje i poszukiwania:

  • Historia i filozofia życia – wracam do korzeni, ale też do wschodnich i zachodnich nauk o uważności (mindfulness), spokoju i budowaniu wewnętrznej harmonii w codziennym pędzie.

  • Literatura, film i muzyka – kocham dobre książki, które zostają w pamięci na długie tygodnie, kunsztowne kino i dźwięki jazzu oraz muzyki klasycznej.

  • Człowiek w erze nowych technologii – fascynuje mnie styk humanistyki i sztucznej inteligencji. Zastanawiam się, jak zachować to, co w nas najbardziej unikalne, wrażliwe i twórcze, gdy świat wokół automatyzuje niemal wszystko.

Zapraszam do wspólnej podróży!

Chciałabym, aby ten blog był dla Ciebie nie tylko lekturą, ale i przystanią – miejscem, gdzie możesz się na chwilę zatrzymać, pomyśleć, zainspirować lub po prostu poczuć, że w swoich refleksjach nie jesteś sam(a).

Rozgość się, czytaj i dziel swoimi przemyśleniami w komentarzach. Witaj w moim świecie!

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam Cię również na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.


20 lipca 2026

Ślad w cyfrowej wodzie. Dlaczego znikają aplikacje, które naprawdę pomagają?

Zaparzcie sobie ulubioną herbatę lub kawę i usiądźcie ze mną na chwilę. Dzisiaj, patrząc na świat z naszej stałej perspektywy filiżanki, chcę zaprosić Was do refleksji nad zjawiskiem, które bardzo mocno mnie poruszyło, gdy przeglądałam najnowsze doniesienia z pogranicza nauki i technologii.

W naszym pędzącym, pełnym przebodźcowania świecie coraz częściej szukamy ukojenia w technologii. Aplikacje do medytacji, śledzenia nastroju czy wsparcia w kryzysach psychicznych wyrastają w wirtualnych sklepach jak grzyby po deszczu. Intuicja podpowiada nam prosty mechanizm: im lepsze, bardziej sprawdzone naukowo rozwiązanie, tym większą ma szansę, by przetrwać i nieść pomoc. Rzeczywistość okazuje się jednak o wiele bardziej skomplikowana – i, niestety, bezwzględna.

Trafiłam niedawno na niezwykle ważny artykuł naukowy z prestiżowego czasopisma „Nature”, udostępniony we wczesnej wersji, jeszcze przed końcową redakcją. Jego autorzy stawiają diagnozę, która powinna zmusić nas do głębokiego zastanowienia: w cyfrowym zdrowiu psychicznym problemem nie jest wyłącznie brak dowodów. Problemem jest także znikanie rozwiązań, które te dowody już mają.


Anatomia cyfrowego znikania

Badacze przeprowadzili monumentalną pracę – wzięli pod lupę aż 110 różnych badań naukowych, które obejmowały 81 samodzielnych aplikacji wspierających zdrowie psychiczne. Sprawdzili, ile z tych przebadanych, skutecznych narzędzi jest obecnie publicznie dostępnych. 

Wynik? Zaledwie 42 aplikacje. To zaledwie 52% zbadanych programów. Prawie połowa (dokładnie 48%) po prostu rozpłynęła się w cyfrowej próżni, stając się niedostępna dla pacjentów i terapeutów.

Najbardziej poruszający i niepokojący jest jednak inny wniosek z tego raportu. Otóż jakość dowodów naukowych potwierdzających, że dana aplikacja działa i realnie pomaga człowiekowi, nie miała istotnego związku z tym, czy utrzymała się na rynku. Innymi słowy — to, że dany algorytm lub program terapeutyczny przynosił ulgę w cierpieniu i był rzetelnie zaprojektowany przez specjalistów, w żaden sposób nie gwarantowało mu przetrwania w cyfrowym świecie.

Luka między nauką a rynkiem

Autorzy badania bezlitośnie wskazują na ogromną strukturalną lukę, jaka zaryglowała przejście między światem akademickich odkryć a ich trwałym wdrożeniem. Stworzenie działającej aplikacji wspierającej zdrowie psychiczne i udowodnienie jej skuteczności w procesie badawczym to zaledwie początek drogi. Potem zaczyna się brutalna rzeczywistość komercyjna: koszty utrzymania serwerów, aktualizacje systemów operacyjnych, marketing i walka o uwagę użytkownika.

Jako humanistka widzę w tym głęboki zgrzyt współczesności. Technologia, która z założenia miała służyć człowiekowi, demokratyzować dostęp do pomocy psychologicznej i być odpowiedzią na kryzysy współczesnego świata, ostatecznie i tak zostaje podporządkowana bezdusznym prawom wolnego rynku. Wygrywa nie ta aplikacja, która najgłębiej dotyka ludzkiego problemu i niesie realną ulgę, ale ta, która dysponuje większym budżetem reklamowym, bardziej chwytliwym designem czy agresywnym systemem subskrypcyjnym.

W ten sposób pacjenci tracą narzędzia, którym zaufali i które realnie wspierały ich dobrostan, a świat nauki marnuje potencjał genialnych rozwiązań, które znikają z sieci z powodów czysto technicznych lub finansowych.

Powrót do tego, co niezbywalne

Ta lektura skłoniła mnie do bardzo osobistej refleksji, którą chcę się z Wami podzielić. Żyjemy w świecie płynnym, w dobie cyfrowej rewolucji, w której to, co wczoraj przynosiło nam spokój, dziś może zostać bezpowrotnie usunięte z wirtualnego sklepu przez jedno kliknięcie administratora.

W tym kontekście nasze własne, w pełni „analogowe” i niezależne od technologii sposoby radzenia sobie z codziennością zyskują zupełnie nową wartość. Oczyszczający spacer, powrót do ulubionych lektur, chwila wyciszenia, praktyka uważności czy zanurzenie się w kojących dźwiękach muzyki – to są przestrzenie, których żaden algorytm nam nie odbierze i żadne rynkowe tąpnięcie nie wykasuje z naszego życia.

Może więc, szukając cyfrowego wsparcia, warto pamiętać, że najtrwalsze schronienie nosimy w sobie?

A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Czy korzystacie z aplikacji wspierających Wasz dobrostan psychiczny? Czy zdarzyło Wam się kiedyś, że Wasze ulubione wirtualne narzędzie nagle przestało działać lub zniknęło z sieci? Porozmawiajmy 🍵

18 lipca 2026

Wielogłos w lustrze, czyli o sztuce wybierania samego siebie

Zjawisko nieskończonego odbicia od zawsze miało w sobie coś magnetycznego. Kiedy ustawimy dwa lustra naprzeciw siebie, tworzy się korytarz złożony z niezliczonych, coraz mniejszych obrazów tej samej rzeczywistości. Podobnie dzieje się, gdy skierujemy obiektyw kamery na ekran monitora, który ten obraz wyświetla. Nieskończoność ukryta w prostej codzienności.

Niedawno, patrząc w takie lustrzane przejście, zaczęłam zastanawiać się nad własnym życiem. Nad tym, kim tak naprawdę jestem i czy realizuję wyobrażenie o sobie, które nosiłam w sobie od lat. Przez całe życie szukamy przecież własnej tożsamości – raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Często dopada nas pytanie: Co by było, gdyby? Gdybyśmy w kluczowym momencie skręcili w inną uliczkę, wybrali inny zawód, posłuchali głosu dawnych, młodzieńczych ambicji?

W mojej wyobraźni ten lustrzany wielogłos ożył, a przy stole w moim pokoju usiadły kobiety, którymi mogłam się stać. Każda z nich zrealizowała jakiś wielki, młodzieńczy plan.

Blaski i cienie niespełnionych mitów

Przyjrzyjmy się im przez chwilę, tak jak ja przyglądałam się im przy filiżance porannej kawy.

  • Sukces okupiony samotnością. Jedna z moich wersji została rektorką renomowanej uczelni. Osiągnęła szczyt akademickiej kariery, ale jako kobieta musiała pracować w dwój- lub trójnasób, by ten sukces wywalczyć. Koszt? Rozpad życia osobistego, samotność na szczycie i pytanie, czym w zasadzie jest to upragnione szczęście.

  • Pułapka ideałów. Druga została sędzią w sądzie karnym – tak jak planowała na studiach. Dziś zamiast satysfakcji nosi w sobie nocne koszmary i ciężar obcowania z najciemniejszą stroną ludzkiej natury. Kolejna, psycholożka, chciała zbawiać świat, dopóki nie zderzyła się z granicami własnej sprawczości i tragedią pacjentów, których nie zdołała uratować.

  • Cena pasji. Światowej sławy pianistka, porównywana do samej Marthy Argerich, żyje w wiecznym niedoczasie, zmęczona trasami koncertowymi, z lękiem patrząc na swoje dłonie, w które wkrada się reumatyzm. Nawet wersja w brązowym habicie karmelitanki, która po latach walki z własną naturą została przeoryszą, wyznała po cichu, że po drodze zgubiła gdzieś wiarę.

Najbardziej wstrząsające było jednak spotkanie z tą wersją, która poddała się najwcześniej – która w akcie rozpaczy postanowiła zakończyć swoją podróż przez życie. Przyszła z przesłaniem, które mną wstrząsnęło: dopóki żyjemy, możemy wszystko zmienić. Największym dramatem jest utrata możliwości dokonywania wyborów i utknięcie w zaklętym kręgu wiecznego, niezmiennego cierpienia.

Pochwała "zwyczajnego" tu i teraz

Kiedy ten niezwykły, wyobrażony sabat moich alter ego dobiegł końca, zrozumiałam coś bardzo ważnego. Żadna z tych dróg – choć na papierze wyglądała spektakularnie – nie gwarantowała szczęścia.

Moje życie może i nie jest bezpośrednią realizacją młodzieńczych fantazji o podboju świata, ale jest ciekawe, daje ogromne pole do popisu dla moich umiejętności i pozwala każdego dnia realnie pomagać innym. Realizuję swoje twórcze ambicje i spotykam wspaniałych ludzi, z którymi mogę godzinami rozmawiać przy filiżance dobrej kawy.

Co najważniejsze – po latach poszukiwań i przejściu przez wiele trudnych momentów nauczyłam się kochać i akceptować siebie dokładnie taką, jaką jestem. Odnalazłam spokój. 

Spojrzeć w lustro z miłością

Czasami musimy symbolicznie spotkać się ze wszystkimi swoimi niespełnionymi ambicjami i żalami, żeby zrozumieć, że najlepsza wersja nas samych to nie ta z pierwszych stron gazet, z rektorskim łańcuchem czy z sal koncertowych. Najlepsza wersja to ta, która potrafi cieszyć się chwilą, kochać, być uważną na drugiego człowieka i z uśmiechem spojrzeć w swoje własne, codzienne odbicie w lustrze. 

A Wy? Gdybyście dziś otworzyli drzwi swoim alternatywnym wersjom z przeszłości, o co byście je zapytali, a za co byście sobie podziękowali?

12 lipca 2026

Co literatura wie o człowieku, czego nie wie psychologia?

Kiedy psychologia próbuje opisać ludzkie wnętrze, przypomina wytrawnego kartografa. Rysuje mapy naszych zachowań, nazywa syndromy, klasyfikuje emocje i zamyka nasze lęki w precyzyjnych definicjach. To fascynująca i potrzebna praca. Jednak każdy, kto choć raz trzymał w ręku mapę, wie, że patrzenie na siatkę południków nie zastąpi spaceru po wilgotnym, szumiącym lesie. I tu właśnie zaczyna się terytorium literatury.

Tam, gdzie nauka stawia kropkę i mówi: „to jest kliniczny przypadek neurozy”, powieść otwiera drzwi i zaprasza nas do środka ludzkiego chaosu. Bo literatura wie o nas coś, czego psychologia – ze względu na swoje naukowe rygory – wiedzieć po prostu nie może.

Poza nawiasem statystyki

Psychologia z natury dąży do uogólnień. Szuka reguł, powtarzalności i norm. Literatura robi coś dokładnie odwrotnego – celebruje wyjątek. Nie interesuje jej „średnia statystyczna”, ale ten jeden, konkretny, niepowtarzalny moment, w którym ludzkie serce pęka z nadmiaru sprzeczności.

Weźmy Lwa Tołstoja. Psychologia mogłaby opisać stan Anny Kareniny jako głęboką depresję poporodową połączoną z kryzysem tożsamości i ostracyzmem społecznym. Ale czy jakikolwiek podręcznik akademicki odda ten paraliżujący chłód stacji kolejowej, zapach dymu z lokomotywy i gęstniejący mrok w jej głowie, który Tołstoj opisał tak, że sami zaczynamy odczuwać brak tchu? Tołstoj wiedział, że człowiek potrafi jednocześnie kochać i nienawidzić, pragnąć ocalenia i dążyć do autodestrukcji. Powieściopisarz genialnie zamknął tę prawdę w prostym, ale jakże głębokim zdaniu:

„Jeżeli ilu ludzi, tyle umysłów, to i ile serc, tyle rodzajów miłości” – Lew Tołstoj, Anna Karenina

Z kolei Fiodor Dostojewski schodził ze światłem świecy w takie zakamarki ludzkiej psychiki, przed którymi oficjalna nauka tamtych czasów (i współczesna) często cofa się z niepewnością. Raskolnikow nie jest po prostu „psychopatą” czy „narcyzem”. Jego zbrodnia i późniejsza udręka to traktat o pęknięciu duszy, o metafizycznym głodzie i sumieniu, które nie działa według schematu bodziec – reakcja. Dostojewski wiedział, że człowiek bywa potworem i świętym w tym samym ułamku sekundy, a całe swoje pisarskie życie podporządkował jednej misji:

„Człowiek jest tajemnicą. Jeśli będziesz ją rozwikływał całe życie, nie mów, że straciłeś czas; ja zajmuję się tą tajemnicą, chcę bowiem być człowiekiem” – Fiodor Dostojewski, Z listów do brata

Język faktów kontra język intuicji

Naukowe ramy potrzebują precyzyjnego, przezroczystego języka. Słowa mają opisywać rzeczywistość, nie ją stwarzać. Literatura natomiast dysponuje magią metafory i polifonią – wielogłosem, który pozwala nam doświadczyć świata z wnętrza cudzej głowy.

Virginia Woolf w Pani Dalloway czy Do latarni morskiej idealnie uchwyciła to, co psychologia próbuje badać pod hasłem „procesów poznawczych” czy „strumienia świadomości”. Woolf jednak nie analizuje myśli Clarissy Dalloway – ona pozwala nam nimi być. Pokazuje, jak zapach świeżego powietrza o poranku miesza się z nagłym wspomnieniem młodości, lękiem przed starością i tykaniem Big Bena. Literatura wie, że nasz czas wewnętrzny to płynna substancja, w której przeszłość i teraźniejszość nieustannie się przenikają, a my sami wymykamy się prostym ocenom:

„Więc niech nikt nie mówi o ludziach, że są tacy czy owacy. Sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Każdy z nas składa się z tak wielu różnych części, z tylu różnych osobowości...” – Virginia Woolf, Do latarni morskiej

Tam, gdzie rozum kapituluje

Są w naszym życiu obszary, w których racjonalne wyjaśnienia zawodzą. Wtedy nauka milknie, a do głosu dochodzi mit, ironia i absurd.

Doskonale rozumiał to Michaił Bułhakow. W Mistrzu i Małgorzacie totalitarna, przesiąknięta materializmem i „naukowym” światopoglądem Moskwa zostaje zderzona z siłami nadprzyrodzonymi. Bułhakow przypomina nam, że człowiek ma w sobie nieusuwalną przestrzeń na tajemnicę, na tęsknotę za sacrum i absolutem. Psychologia może badać mechanizmy obronne w obliczu lęku przed końcem, ale to literatura z właściwym sobie czarnym humorem potrafi obnażyć iluzję naszej całkowitej kontroli nad życiem:

„Tak, człowiek jest śmiertelny, ale to jeszcze pół biedy. Najgorsze, że potrafi umrzeć niespodziewanie, w tym cały sęk! I w ogóle nie może powiedzieć, co będzie robił dzisiejszego wieczoru” – Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata

Z kolei Albert Camus w Obcym dotyka lęku egzystencjalnego w sposób pozbawiony chłodu klinicznej analizy. Meursault nie pasuje do żadnej prostej tabeli z zaburzeniami osobowości. Jego obojętność wobec świata to porażające spotkanie z absurdem istnienia. Camus pokazuje jednak, że nawet w świecie pozbawionym odgórnego sensu, w człowieku drzemie niezwykła, wewnętrzna siła, której psychologia często szuka po omacku:

„W środku zimy zrozumiałem nagle, że bije we mnie niezniszczalne lato” – Albert Camus, Lato

Z perspektywy filiżanki...

Dlaczego więc wciąż wracamy do powieści zamiast poprzestać na poradnikach psychologicznych i książkach popularnonaukowych?

Być może dlatego, że psychologia daje nam odpowiedzi, a literatura pozwala nam pobyć z pytaniami. Nauka próbuje nas „naprawić”, oswoić nasz lęk i poukładać nas w bezpieczne szufladki. Książki natomiast robią coś o wiele bardziej czułego — mówią nam, że nasz wewnętrzny chaos, nasze sprzeczności, niewytłumaczalne smutki i nagłe zachwyty są czymś całkowicie ludzkim.

Powieść nie leczy – ona towarzyszy. Pozwala nam przejrzeć się w losach Anny Kareniny, Raskolnikowa czy pani Dalloway jak w lustrze i pomyśleć z ulgą: „A więc nie jestem w tym wszystkim sama”.

06 lipca 2026

List do samej siebie z czasów młodości. O prądach, latarniach i własnej drodze

Maj zawsze przynosi ze sobą zapach bzu i ten specyficzny, pełen napięcia klimat egzaminów dojrzałości. Patrząc wstecz, na tę młodą dziewczynę siedzącą nad arkuszami maturalnymi, poczułam potrzebę, by napisać do niej list. List, którego wtedy tak bardzo potrzebowała, a który dziś – z perspektywy czasu – staje się mapą moich najważniejszych życiowych lekcji.

​Gdybym mogła usiąść obok niej i podać jej kubek gorącej czekolady, powiedziałabym jej kilka fundamentalnych słów.

​1. Wybierz kierunek studiów, zanim opuścisz szkolne mury

​Moja droga, nie czekaj na to, co przyniesie los po rozdaniu świadectw. Podejmij decyzję o wyborze studiów już teraz, będąc jeszcze w liceum. To nie jest kwestia pośpiechu, ale świadomego wyboru. Kiedy wiesz, dokąd chcesz iść, ostatnie miesiące w szkole zyskują głęboki sens, a nauka przestaje być tylko obowiązkiem, a staje się pierwszym krokiem na Twoich własnych warunkach.

​2. Ustal kierunek drogi, którą będziesz podążała przez życie

​Matura to nie tylko koniec szkoły, to symboliczny moment, w którym przejmujesz stery. Ustal – choćby w ogólnych zarysach – kierunek drogi, którą chcesz iść. Zadaj sobie pytanie, co jest dla Ciebie naprawdę ważne, jakie wartości chcesz pielęgnować i co budzi w Tobie prawdziwą pasję. Droga może się zmieniać, ale kierunek musi być Twój.

​3. Pomyśl, kogo chcesz mieć za towarzysza podróży

​Droga przez życie bywa piękna, ale i wyboista. Pomyśl zawczasu, kogo chciałabyś widzieć u swojego boku jako towarzysza tej podróży. Szukaj ludzi, którzy nie będą Cię ograniczać ani zmieniać na siłę, ale takich, którzy będą dzielić z Tobą wartości, wspierać w trudnych momentach i z którymi milczenie będzie równie komfortowe jak rozmowa.

​4. Unikaj pochopnych kroków, które sprowadzają na manowce

​Na Twojej ścieżce pojawi się mnóstwo pokus, skrótów i podszeptów, że „tak będzie łatwiej”. Nie podejmuj pochopnych decyzji pod wpływem emocji, presji otoczenia czy chwilowego zmęczenia. Każdy taki nagły zwrot może spowodować, że zejdziesz z własnej drogi i utkniesz w miejscu, które wcale nie jest Twoje. Cierpliwość i uważność to Twoje najlepsze tarcze.

​5. Zawsze miej na horyzoncie swoją latarnię

​To chyba najważniejsze: zawsze miej na horyzoncie latarnię, w kierunku której płyniesz. Twój cel, Twoje wewnętrzne „dlaczego”, Twoje marzenia – to jest Twoje światło. W przeciwnym razie staniesz się jak statek na otwartym morzu, który dryfuje bezwładnie tam, gdzie prądy morskie go zniosą.

​Nie bądź bierna. Świat nie znosi próżni – jeśli sama nie nadasz swojemu życiu kierunku, inni ludzie bez skrupułów wykorzystają Twoją bierność do realizowania własnych celów. Bądź kapitanką swojego okrętu. Płyń odważnie, nawet pod prąd, ale zawsze w stronę światła, które sama wybrałaś.

Mam nadzieję, że zajrzy tu jakaś młoda osoba, która ma przed sobą "całe życie", i zatrzyma się przy choć jednym punkcie mojego listu. To jest prawda uniwersalna, bez względu na to, gdzie ktoś mieszka i jakiej jest płci. A czas płynie szybko, nawet nie wiesz, jak bardzo. 



05 lipca 2026

Lekcje z gabinetu Yaloma. O sile terapii bez tabu

Często siadam przy oknie z kubkiem parującej herbaty i zastanawiam się, jak wiele z naszych codziennych napięć, lęków czy poczucia zagubienia nosimy w sobie zupełnie sami. W świecie, który nieustannie pędzi i wymaga od nas nienagannej fasady, rzadko dajemy sobie przyzwolenie na bezradność. Ostatnio, wracając myślami do poruszającej lektury książek Irvina Yaloma – wybitnego psychiatry i pisarza – uderzyło mnie, jak pięknie i bezkompromisowo odczarowuje on przestrzeń ludzkiej psychiki.

Yalom w swoich książkach nie pisze z pozycji nieomylnego guru. Pokazuje gabinet psychoterapeutyczny jako miejsce najgłębszego, najbardziej autentycznego spotkania dwojga ludzi. I przede wszystkim – pokazuje, jak ogromną, uzdrawiającą moc ma dobrze dobrana psychoterapia.

Spotkanie, które leczy

Czytając Yaloma, uświadamiamy sobie, że terapia to nie „naprawianie zepsutego człowieka”. To raczej bezpieczna przystań, w której ktoś doświadczony i życzliwy trzyma dla nas lustro. Dobry terapeuta pomaga nam rzucić światło na te zakamarki duszy, w które sami boimy się spojrzeć. Pomaga rozplątać mocno zaciśnięte węzły z przeszłości, oswoić lęk przed przemijaniem i – co najważniejsze – na nowo odnaleźć sens w codzienności.

Dobrze dobrany proces terapeutyczny potrafi przynieść ulgę, jakiej nie da żadna, nawet najgłębsza rozmowa z przyjacielem. Daje nam narzędzia, by żyć lżej, wolniej i bardziej świadomie.

Dlaczego wciąż się wahamy?

Mimo że o zdrowiu psychicznym mówi się dziś coraz więcej, w wielu z nas wciąż drzemie cichy, zakorzeniony głęboko głos: „Sama powinnam sobie z tym poradzić”, „Inni mają gorzej”, „Pójście po pomoc to słabość”.

Zastanówmy się nad tym przez chwilę. Gdybyśmy zmagali się z przewlekłym, ostrym bólem serca, zapaleniem płuc czy inną ciężką chorobą somatyczną, czy odmawialibyśmy wizyty u lekarza z powodu wstydu? Czy uznalibyśmy, że dbanie o chore ciało to powód do dyskomfortu przed światem? Oczywiście, że nie. Pobiegliśmy do specjalisty, szukając ratunku i uśmierzenia bólu.

Czym różni się od tego cierpienie duszy? Niczym. Psychika, tak samo jak serce, płuca czy kręgosłup, ma prawo chorować, być przemęczona i potrzebować wsparcia specjalisty. Sięgnięcie po pomoc psychoterapeuty to nie dowód słabości – to najwyższy akt odwagi, dojrzałości i miłości własnej. To wyraz tego, że nasze życie i nasz wewnętrzny spokój są dla nas ważne.

Yalom napisał kiedyś, że „jesteśmy istotami poszukującymi sensu, które muszą przystosować się do życia w świecie, który tego sensu nie ma”. Czasem, aby ten sens odnaleźć lub stworzyć na nowo, potrzebujemy drugiego człowieka.

Zostawiam Was dziś z tą refleksją. Czy literatura Yaloma też jest Wam bliska? A jeśli nie znacie jego książek, to gorąco polecam ich lekturę. 



07 czerwca 2026

Pomiędzy epokami. O twardym lądowaniu w hałaśliwym stuleciu

Są takie dni, kiedy wyjątkowo mocno czuję, że moje wewnętrzne obywatelstwo nie do końca pokrywa się z datą w dowodzie osobistym. Łapię się wtedy na refleksji, że stoję w rozkroku pomiędzy XIX a XXI wiekiem. Z jednej strony z niesłabnącą ciekawością przyglądam się nowoczesności, z drugiej – moje serce bije w rytmie wartości i estetyki, które dzisiejszy, pędzący świat zbyt łatwo odłożył do lamusa jako „staroświeckie”.

Kiedy siedzę przy biurku, otoczona technologią, która przecież ułatwia nam życie i otwiera fascynujące okna na świat, doceniam XXI wiek.

Oczywiście nie mam złudzeń i nie patrzę na przeszłość przez różowe okulary – doskonale zdaję sobie sprawę z niedoskonałości, niesprawiedliwości i mroków poprzednich stuleci. Uważam jednak, że istnieją wartości, które bezwzględnie warto z nich ocalić i przenieść we współczesność, a najwyższe miejsce na tej liście zajmuje dla mnie szeroko pojęta kultura osobista.

Wystarczy bowiem, że wyjdę na ulicę, by poczuć głęboki, wewnętrzny zgrzyt. Współczesność potwornie hałasuje. I nie mam tu na myśli wyłącznie dźwięków miasta, ale całą naszą codzienną audiosferę. Otacza nas głośna, natarczywa „muzyka”, która bez pytania wdziera się w przestrzeń publiczną, nie zostawiając miejsca na ciszę, na własne myśli, na usłyszenie samego siebie. Ten wszechobecny zgiełk wydaje się zagłuszać coś o wiele ważniejszego – naszą wrażliwość.

W parze z tym hałasem idzie niestety brutalizacja języka. Z trudem znoszę chamstwo i lekkość, z jaką wulgaryzmy weszły do codziennego słownika. Boli mnie, gdy błyskotliwy, subtelny dowcip zostaje zastąpiony przez niewybredne, grubo ciosane żarty, które zamiast łączyć – podszyte są złośliwością. Język zawsze był dla mnie barierą ochronną ludzkiej delikatności. Kiedy staje się prymitywny, rani bardziej niż cokolwiek innego.

Najbardziej jednak doskwiera mi deficyt empatii. W świecie, który promuje wieczny pośpiech i egocentryzm, brakuje nam czasu na zwykłą, ludzką uważność. Przechodzimy obok czyjegoś zmartwienia, obok drugiego człowieka, jakbyśmy nosili pancerze obojętności.

Dla wielu osób taka postawa może być przejawem niedopasowania. Ja wolę myśleć o tym jako o świadomej ochronie własnego mikrokosmosu. Wybór ciszy zamiast zgiełku, szacunku zamiast krzyku i empatii zamiast obojętności to nie ucieczka od rzeczywistości. To próba ocalenia w sobie człowieka przez duże „C”.

Wierzę, że można czerpać z nowoczesności, nie tracąc przy tym wewnętrznej elegancji i kultury. Ten XIX-wieczny pierwiastek uważności, szacunku do słowa i drugiego człowieka wnosi do mojego życia spokój, którego w przebodźcowanym XXI wieku tak bardzo wszyscy potrzebujemy. Może właśnie ta nasza „staroświecka” wrażliwość jest dziś najbardziej rewolucyjną siłą?

Zostawiam Was dziś z tą refleksją i tradycyjnym pytaniem, które zadaję sobie nad brzegiem mojej filiżanki – jak Wy odnajdujecie się w tym głośnym świecie? Czy Wam również zdarza się tęsknić za ciszą i subtelnością, które powoli stają się towarem luksusowym? Czy to jest cena, którą musimy zapłacić za nowoczesne technologie i udogodnienia?