17 lipca 2026

Słowa, które milkną w nas. O kruchości wolności według Salmana Rushdiego

Kiedy siadam przy biurku z parującą filiżanką w dłoniach, często myślę o tym, jak wielkim luksusem jest sam ten moment – spokój, chwila na refleksję i możliwość przelania na ekran każdej, nawet najbardziej ulotnej czy niepokornej myśli. W świecie, który pędzi i nieustannie nas zagłusza, rzadko zastanawiamy się nad fundamentami, na których stoi nasza codzienność. Wydają się nam one tak naturalne jak powietrze, którym oddychamy.

Niedawne słowa Salmana Rushdiego, wypowiedziane na początku lipca w Londynie, brutalnie jednak ten spokój burzą. Pisarz, który za swoją wierność słowu zapłacił niewyobrażalnie wysoką osobistą cenę, odebrał tam z rąk Królewskiego Towarzystwa Literackiego niezwykle rzadkie i prestiżowe wyróżnienie Companions of Literature (przyznawane maksymalnie trzydziestu żyjącym pisarzom za wybitny wkład w literaturę i porozumienie między kulturami). Choć okazja była świętem literatury, Rushdie wykorzystał ją, by przypomnieć nam o czymś, o czym w głębi duszy wolelibyśmy zapomnieć: wolność słowa nie jest dana raz na zawsze.

Co dla nas szczególnie ważne, te poruszające diagnozy będziemy mieli okazję usłyszeć osobiście – Salman Rushdie będzie bowiem gościem tegorocznej edycji Igrzysk Wolności w Łodzi. To niezwykłe wydarzenie sprawia, że jego londyńskie ostrzeżenie rezonuje w naszym mieście jeszcze mocniej.

Kiedy zaczyna się cenzura?

Diagnoza Rushdiego uderza swoją prostotą i bezkompromisowością. Pisarz głośno ostrzega przed alarmującą falą zakazów książek dostępnych w szkołach i bibliotekach (zjawiskiem przybierającym na sile choćby w Stanach Zjednoczonych), brutalnymi atakami na dziennikarzy oraz uciszaniem artystów wyrażających sprzeciw wobec autorytarnych tendencji. Jednak najgłębszy lęk budzi nie to, co dzieje się na pierwszych stronach gazet, ale to, co pod wpływem tych nacisków rodzi się w ludzkich sercach i umysłach. Warto zastanowić się nad zdaniem, które dotyka samej esencji naszej wolności:

"Demokracja nie umiera dopiero wtedy, gdy zamyka się gazety. Słabnie wcześniej — gdy ludzie zaczynają bać się mówić"

To zdanie rezonuje we mnie niezwykle mocno. Przyzwyczailiśmy się myśleć o zagrożeniach dla wolności w sposób spektakularny – wyobrażamy sobie autorytarne dekrety, cenzurę państwową czy fizyczne zamykanie redakcji. Tymczasem najgroźniejsza odmiana cenzury rodzi się w ciszy. To autocenzura.

W tym miejscu trudno nie przywołać profetycznej wizji George’a Orwella z jego kultowej powieści Rok 1984. Orwell pokazał nam świat, w którym totalitarny system nie tylko kontrolował to, co obywatele robią, ale przede wszystkim to, jak myślą. Narzędziem tej kontroli była „nowomowa” – język tak okrojony ze znaczeń, by ostatecznie uniemożliwić sformułowanie jakiejkolwiek buntowniczej myśli. Najbardziej przerażający w Roku 1984 nie był jednak sam Wielki Brat, ale moment, w którym główny bohater, Winston Smith, zaczyna odczuwać paraliżujący strach przed przelaniem swoich myśli na czystą kartkę pamiętnika.

Właśnie to dzieje się w rzeczywistości, przed którą ostrzega Rushdie. Wszystko zaczyna się niewinnie. Od nieodezwania się w towarzystwie, by nie wywołać burzy. Od niewyrażenia własnego, odmiennego zdania z obawy przed ostracyzmem, krytyką czy współczesną kulturą unieważniania (cancel culture). Z czasem ten drobny, wewnętrzny lęk przed niezrozumieniem zaczyna dyktować to, co piszemy, co mówimy, a w konsekwencji – jak myślimy. Kiedy strach przed opinią innych sprawia, że sami nakładamy sobie knebel na usta, orwellowska wizja staje się naszą codziennością. Wolność nie znika z dnia na dzień — ona powoli wykrwawia się z każdym niewypowiedzianym słowem.

Codzienna uważność na wolność

Rushdie przypomina nam, że prawa, które uznajemy za trwałe, trwają tylko tak długo, jak długo ktoś jest gotów ich bronić. To wezwanie do odpowiedzialności, które dotyczy każdego z nas, nie tylko wielkich pisarzy czy działaczy społecznych.

Obrona wolności słowa w naszej codzienności to nic innego jak praktyka uważności na drugiego człowieka. To gotowość do:

  • Wysłuchania głosów, z którymi się nie zgadzamy, bez natychmiastowej chęci ich uciszenia czy skrytykowania.

  • Wspierania twórców, pisarzy i artystów, którzy mają odwagę iść pod prąd, nawet jeśli ich wizja świata różni się od naszej.

  • Odwagi do bycia autentycznym w swoich własnych refleksjach, bez zakładania maski poprawności na rzecz świętego spokoju.

Demokracja i wolność to nie są monumenty wykute w marmurze. To raczej żywe organizmy, które potrzebują stałej opieki. Słabną, gdy zaczynamy brać je za pewnik.

Zostawiam Was dzisiaj z tą myślą przy Waszych filiżankach. Czy zdarzyło Wam się kiedyś zamilknąć z obawy przed tym, jak Wasze słowa zostaną przyjęte? Czy w dzisiejszym świecie dostrzegacie czasami cienie orwellowskiego świata, w którym strach wygrywa z autentycznością? Wybieracie się na Igrzyska Wolności do Łodzi?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)