Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

01 października 2026

Czy twórczość ma wiek emerytalny?

Żyjemy w kulturze, która ubóstwia młodość, prędkość i gwałtowny rozkwit. W świecie literackim, artystycznym i biznesowym nieustannie poluje się na „cudowne dzieciaki”, debiutantów przed trzydziestką, którzy zdążyli już podbić listy bestsellerów albo stworzyć startup o globalnym zasięgu. Sukces mierzy się dynamiką, zasięgiem i efektywnością. W tym bezwzględnym wyścigu z czasem wiek dojrzały bywa traktowany jak cichy stan przedwczesnego wygaszania. Wydaje się nam, że po przekroczeniu pewnej granicy twórca powinien z honorem zamilknąć, ustąpić miejsca młodszym i zająć się zasłużonym odpoczynkiem.

Tę wszechobecną logikę doskonale punktuje brytyjska pisarka Rose Tremain, która w wieku osuszonego przez lata doświadczeń i sukcesów osiemdziesięciu trzech lat oświadcza bez ogródek, że nie zamierza kończyć pisania. Jej postawa nie jest jedynie uporem weteranki pióra, lecz cichym, niezwykle silnym manifestem. Przypomina nam bowiem o czymś, co współczesny kapitalizm uwagi całkowicie zatracił: twórczość to nie jest wyścig na sto metrów ani korporacyjna kariera, z której można (lub trzeba) przejść na emeryturę. To sposób istnienia.

Grafika wykonana przez AI

30 września 2026

Odcisk palca sprzed 15 tysięcy lat. Kiedy przeszłość przestaje być abstrakcją

Historia lubi wielkie liczby, monumentalne daty i narracje o upadku imperiów. Uczymy się o dynastiach, wojnach, traktatach i potężnych budowlach, które miały oszukać czas. Im większa skala historii, tym bardziej staje się ona abstrakcyjna. Tysiące lat i miliony ludzi zlewają się w bezimienną masę, w statystyczne wykresy i rzędy liczb w podręcznikach.

Czasami jednak wystarczy jeden drobny detal – gliniany paciorek, wyszczerbione naczynie czy fragment prehistorycznej ozdoby – aby cała ta gigantyczna machina przeszłości nagle się zatrzymała. Wtedy zamiast bezdusznych epok dostrzegamy intymne spotkanie twarzą w twarz z drugim człowiekiem, którego oddech dzieli od naszego niezmierzona, a zarazem krucha przepaść czasu.

Grafika wykonana przez AI

29 września 2026

Film bez kamery. Co dzieje się z obrazem, kiedy niczego już nie musi przedstawiać?

Przez ponad sto dwadzieścia lat film nosił w sobie fundamentalne znamię prawdy. Nawet najbardziej fantasmagoryczne dzieło science fiction czy senne, surrealistyczne wizje opierały się na niezłomnym fundamencie: obiektyw kamery musiał zarejestrować światło odbite od fizycznego obiektu. Światło to uderzało w kliszę lub matrycę, utrwalając ślad czegoś, co kiedyś naprawdę istniało przed obiektywem. Kino było sztuką odcisku, cieniem rzucanym przez rzeczywistość.

Dziś ten wiekowy, ontologiczny porządek chwieje się w posadach. Chińskie studia generatywnego wideo nie pytają już o to, czy algorytm potrafi wygenerować efektowny klip, ale udowadniają, że sztuczna inteligencja może stworzyć cały, samowystarczalny przemysł obrazów. W tym nowym pejzażu rodzi się pytanie znacznie głębsze niż techniczna ciekawostka: co zostaje z kina, kiedy obraz nie musi być już sfilmowany?

Grafika utworzona przez AI

19 września 2026

Cena zachwytu. Czy da się zapłacić człowiekowi, żeby pokochał czytanie?

Usiądź dziś ze mną przy filiżance czegoś ciepłego i pomyśl o ostatnim momencie, w którym książka pochłonęła Cię bez reszty. O tej chwili, gdy świat zewnętrzny cichnie, herbata powoli stygnie, a Ty nie istniejesz dla nikogo poza bohaterami przewracanych stron. W tym doświadczeniu jest coś intymnego i bezinteresownego. Czytamy, bo chcemy zrozumieć drugiego człowieka, bo pragniemy zatrzymać się w biegu, bo szukamy piękna.

​A co, gdyby ktoś zaoferował Ci za tę godzinę… drobną opłatę?

03 września 2026

Tkactwo północnych wiatrów. Olga Tokarczuk z nagrodą Halldóra Laxnessa

Są takie wiadomości ze świata literatury, które sprawiają, że poranna kawa smakuje jakoś głębiej, a myśli same wędrują ku miejscom odległym, surowym i pełnym opowieści. Tą najświeższą, która szczególnie mnie ucieszyła, jest wieść prosto z chłodnej i wietrznej Północy: Olga Tokarczuk została tegoroczną laureatką Międzynarodowej Nagrody Literackiej Halldóra Laxnessa (Halldór Laxness International Literary Prize 2026).

To wyróżnienie niezwykłe, bo nie chodzi w nim wyłącznie o laury czy prestiż, ale o samą istotę literatury – nagroda przyznawana jest co dwa lata za „odnowę sztuki opowiadania”. Czy w dzisiejszym, pofragmentowanym świecie można wyobrazić sobie piękniejsze uzasadnienie?

Olga Tokarczuk, laureatka Nagrody Laxnessa
Olga Tokarczuk, laureatka Nagrody Laxnessa. Źródło: NurPhoto/NurPhoto via Getty Images

30 sierpnia 2026

List wysłany w przyszłe stulecie. Dlaczego piszemy dla ludzi, których nigdy nie poznamy?

Dzisiejszy poranek przyniósł mi wiadomość, która natychmiast zatrzymała bieg moich myśli. Laurie Anderson – artystka, która od dekad bada granice dźwięku, słowa i ludzkiej wrażliwości – została trzynastą autorką zaproszoną do niezwykłego projektu Future Library autorstwa Katie Paterson. Napisze tekst, którego nikt ze współcześnie żyjących ludzi nie przeczyta. Jej rękopis powędruje do wyciszonego, pachnącego drewnem „Cichego Pokoju” w bibliotece Deichman Bjørvika w Oslo, dołączając do manuskryptów Margaret Atwood, Han Kang czy Oceana Vuonga. Spocznie tam w całkowitej tajemnicy aż do 2114 roku. Zostanie wydrukowany na papierze z tysiąca świerków, które właśnie teraz, powoli i w milczeniu, rosną w norweskim lesie Nordmarka.

Biblioteka przyszłości w Oslo

pinterest 
Oslo’s ambitious new library was worth the wait


18 sierpnia 2026

Dlaczego młodzi Chińczycy czytają Thoreau? Walden w czasach algorytmicznego wyścigu

Kiedy w 1854 roku Henry David Thoreau publikował Walden, czyli życie w lesie, zapewne nie przypuszczał, że ponad sto siedemdziesiąt lat później jego słowa staną się cichym manifestem pokolenia żyjącego w cieniu szklanych wieżowców Szanghaju, Shenzhen czy Pekinu. Jak zauważa Literary Hub, w Chinach trwa właśnie niezwykły renesans amerykańskiego transcendentalisty. Młodzi ludzie, wychowani w cieniu morderczej presji egzaminacyjnej (gaokao), bezwzględnego systemu pracy 996 (od 9 rano do 21 wieczorem, przez 6 dni w tygodniu) i wszechobecnej kultury nieustannego osiągania, sięgają po tekst o budowaniu skromnej chaty nad stawem.

Na pierwszy rzut oka to spotkanie może wydawać się egzotyczne. XIX-wieczny myśliciel z Massachusetts i współczesny chiński programista czy korporacyjny analityk. Kiedy jednak odrzucimy dekoracje epoki, okazuje się, że Walden nigdy nie był traktowany wyłącznie jako poradnik leśnego survivalu. Był przede wszystkim bezkompromisowym pytaniem o ekonomię ludzkiego istnienia: ile tak naprawdę potrzebujemy, by żyć sensownie? 

Chiński bunt przeciwko kulturze osiągnięć

14 sierpnia 2026

Duchy przeszłości nie odchodzą. Derrida, Mehretu i pamięć współczesności

Kiedy patrzy się na parującą filiżankę herbaty, łatwo ulec złudzeniu, że chwila obecna jest czymś absolutnie czystym i autonomicznym. Że jesteśmy tu i teraz, odcięci od wczoraj, wolni od jutra. Jednak wystarczy jeden niespieszny łyk i głębszy oddech, by poczuć, jak w powietrzu unoszą się niewidzialne nici powiązań – echo porannych myśli, wspomnienie przeczytanego wczoraj zdania, ślady historii, które ukształtowały przestrzeń wokół nas.

Teraźniejszość nigdy nie przychodzi na świat naga. Zawsze przywdziewa szaty uszyte z przeszłości, a czasem bywa wręcz przez nią nawiedzana.

O tym niezwykłym splocie czasu i pamięci przypomina trwająca w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej wystawa Julie Mehretu „Kairos / Hauntological Variations”. To ekspozycja, która nie tylko zachwyca rozmachem formalnym, ale przede wszystkim prowokuje do fundamentalnego pytania o to, z czego właściwie utkana jest nasza współczesność.

Kobieta stoi w muzeum lub galerii przed obrazem

07 sierpnia 2026

Kto naprawdę decyduje, jakie książki czytamy?

Są takie poranki, kiedy sięgam po nowo zakupioną powieść, stawiam obok filiżankę parującej herbaty i zastanawiam się, jaką drogę musiały przebyć te słowa, zanim trafiły na moją półkę. Zwykle myślimy o tym w bardzo prosty, wręcz romantyczny sposób: autor pisze książkę, wysyła ją do wydawnictwa, wydawca ją drukuje, a my – czytelnicy – wybieramy ją w księgarni, zachęceni okładką lub recenzją.

Okazuje się jednak, że ta droga jest znacznie bardziej wielowarstwowa, a kluczowa postać w tej opowieści bardzo często pozostaje w cieniu.

Niedawno Financial Times zwrócił uwagę na niezwykle ciekawą książkę badaczki Laury B. McGrath – „Middlemen: Literary Agents and the Making of American Fiction”. McGrath przygląda się amerykańskiemu rynkowi literackiemu od lat 50. XX wieku aż po współczesność i stawia odważną, ale popartą skrupulatnymi badaniami tezę: postacią, która w największym stopniu kształtuje nasz gust i decyduje o tym, co trafia na księgarskie półki, jest agent literacki.

Kobieta wybierająca książki w bibliotece — ilustracja roli agentów literackich

06 sierpnia 2026

Tęsknota za czasem, w którym nas nie było

Żyjemy w epoce, w której przeszłość nigdy nie była tak łatwo dostępna i jednocześnie tak skrojona na miarę. Wystarczy kilka kliknięć, by zanurzyć się w cyfrowo wygładzonym ziarnie taśmy VHS, kasetowym szumie sprytnie nałożonym na cyfrowy plik audio czy ciepłych, pastelowych odcieniach fotografii stylizowanych na analogowe odbitki z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Młode pokolenia, które nie mają prawa pamiętać zapachu nagrzanego kineskopu ani mozolnego przewijania taśmy ołówkiem, z zapamiętaniem tworzą własne mikrokosmosy oparte na estetyce retro. Powstało nawet osobne pojęcie opisujące to zjawisko – anemoia, czyli tęsknota za czasem, w którym się nie żyło.

Co sprawia, że w epoce błyskawicznego przesyłu danych, generatywnej sztucznej inteligencji i nieograniczonych możliwości technologicznych uciekamy wzrokiem wstecz?

05 sierpnia 2026

Dlaczego książki o tożsamości bywają uznawane za zagrożenie?

Współczesny świat ma niezwykłą łatwość w klasyfikowaniu i szufladkowaniu ludzkich doświadczeń. Lubimy jasne etykiety, przejrzyste struktury i ciche oczywistości. Jednak kiedy w dłonie młodego człowieka trafia literatura, która zaczyna stawiać trudne, lecz głęboko ludzkie pytania – o to, kim jestem, dokąd zmierzam i jak kochać bez lęku – w wielu przestrzeniach społecznych pojawia się opór. Wieść o śmierci Benjamina Alire Sáenza, wybitnego poety i prozaika meksykańsko-amerykańskiego pogranicza, skłania do ponownego zadania pytania: dlaczego opowieści o odkrywaniu siebie wciąż wzbudzają tak silny lęk?

Sáenz, pierwszy latynoski laureat PEN/Faulkner Award, zapisał się w sercach czytelników na całym świecie przede wszystkim subtelną, przejmującą powieścią Arystoteles i Dante odkrywają sekrety wszechświata. To historia dwóch dorastających chłopców, którzy próbują odnaleźć własny głos w świecie pełnym milczenia, społecznych oczekiwań i kulturowych pęknięć. Choć książka ta przyniosła autorowi międzynarodowe uznanie i liczne nagrody, trafiała również na listy książek zakazanych lub wycofywanych z bibliotek. Historia literatury zatacza tu po raz kolejny ten sam dobrze znany krąg.

04 sierpnia 2026

Skok na głęboką wodę (z Odyseuszem w tle)

Siedzę dzisiaj przy oknie, z filiżanką gorącej herbaty w dłoniach, patrząc na niespiesznie upływający popołudniowy czas. Moje myśli krążą wokół wiadomości, która niedawno przemknęła przez media społecznościowe i nagłówki prasowe. Wygląda na to, że świat nagle, niemal z dnia na dzień, przypomniał sobie o podróżach pewnego brodatego Greka sprzed blisko 2700 lat.

Impulsem okazała się nowa, hollywoodzka ekranizacja „Odysei”. Efekt? Statystyki ze Stanów Zjednoczonych wręcz zdumiewają. Sprzedaż wydań drukowanych skoczyła od początku roku o 76%, a Biblioteka Publiczna w Nowym Jorku odnotowała w samym lipcu gigantyczny, bo aż 338-procentowy wzrost zapotrzebowania na poemat Homera. Szczególnym wzięciem cieszy się znakomity, uwspółcześniony przekład Emily Wilson – choć sama tłumaczka nie kryje dystansu i dość krytycznie pointuje spłycenia oraz hollywoodzkie uproszczenia zastosowane w filmie (pisałam o tym we wcześniejszym tekście).

Zapewne powinnam się cieszyć. Jako osoba, dla której literatura jest chlebem powszednim i bezpieczną przystanią, powinnam klaskać z zachwytu, że dzieło absolutnie fundamentalne dla kultury zachodniej trafia pod strzechy i na listy bestsellerów. A jednak… zerkam w moją filiżankę i czuję pewien niepokój. Wybaczcie mi ten odrobinę sceptyczny ton, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z bardzo specyficznym zjawiskiem.

02 sierpnia 2026

Zapach cynamonu, szum Atlantyku i szept przewracanych kart

Są takie miejsca na mapie, w których czas płynie inaczej — gdzie tradycja nie ściga się z nowoczesnością, lecz prowadzi z nią niespieszny, głęboki dialog. Tej wiosny oczy miłośników literatury z całego świata zwróciły się w stronę Maroka. 23 kwietnia Rabat oficjalnie objął tytuł Światowej Stolicy Książki UNESCO na rok 2026.

Zauważyliście, jak rzadko zatrzymujemy się nad tym, czym właściwie jest książka w przestrzeni miejskiej? Często traktujemy ją jako przedmiot bardzo prywatny — coś, co czytamy w domowym zaciszu, z filiżanką ulubionej herbaty pod ręką, schowani przed zgiełkiem codzienności. Tymczasem tegoroczny wybór UNESCO przypomina nam, że literatura może być żywą tkanką miasta, mostem łączącym pokolenia oraz siłą włączającą do wspólnoty tych, których głos bywa zbyt cicho słyszalny.

01 sierpnia 2026

Sztuka w sieci zachwytów. O trudnym romansie muzeów z influencerami

Czy sztuka potrzebuje dziś nowych opowiadaczy? Spoglądając na to, jak dynamicznie zmienia się przestrzeń komunikacji kultury, trudno odpowiedzieć inaczej niż twierdząco. Francuskie muzea i galerie coraz śmielej otwierają swoje podwoje dla internetowych popularyzatorów sztuki – twórców cyfrowych, którzy z właściwą sobie swobodą, bez zbędnego akademickiego żargonu i nadęcia, potrafią przybliżać dziedzictwo kulturowe młodszym pokoleniom.

29 lipca 2026

Gwarancja kunsztu czy odwaga eksperymentu?

Czego właściwie oczekujemy od wybitnej literatury? Czy nagroda ma być stamplem jakości chroniącym klasyczny kunszt i warsztatową doskonałość, czy raczej iskrą, która roznieca nowe formy wyrazu, nawet za cenę narracyjnego ryzyka?

Kiedy siadam w fotelu z parującą filiżanką herbaty i przeglądam najświeższe wiadomości ze świata literatury, myślami często wracam do pytania o sens i funkcję prestiżowych wyróżnień. Ołtarze, na których stawiamy współczesne powieści, bywają kapryśne. Z jednej strony pragniemy harmonii, głębi psychologicznej i doskonałości formalnej – prozy, która otula nas sprawdzonym, dojrzałym rzemiosłem. Z drugiej strony, literatura żyje tylko wtedy, gdy oddycha świeżym powietrzem, gdy burzy zastane schematy i zmusza nas do wyjścia poza strefę komfortu.

Okazją do tych refleksji stała się ogłoszona niedawno długa lista nominacji do Booker Prize 2026. Do tegorocznej edycji zgłoszono aż 163 powieści, z których jury wyselekcjonowało 13 wyróżniających się tytułów. Obok uznanych mistrzów i wcześniejszych laureatów – takich jak Marlon James, Douglas Stuart czy Elizabeth Strout – pojawiły się liczne debiuty i autorskie głosy nominowane po raz pierwszy. Przewodnicząca jury, wybitna historyczka i moja ulubienica, Mary Beard, podkreśliła, że tegoroczny wybór to wyraźne postawienie na literackie ryzyko: surrealizm, dystopię, polityczny absurd i eksperymentowanie z samą tkanką narracyjną.

28 lipca 2026

Kiedy adaptacja klasyki staje się zdradą?

Zanim wlejemy gorącą wodę do ulubionej filiżanki i usiądziemy w fotelu, by zastanowić się nad kolejnym filmowym widowiskiem, warto postawić sobie pytanie: czego właściwie oczekujemy od kina, gdy sięga ono po literackie fundamenty naszej kultury? Czy wierne przełożenie fabuły to gwarancja sukcesu, czy może największą zdradą wobec pierwowzoru jest spłaszczenie jego filozoficznego ciężaru?

Głos Emily Wilson — autorki znakomicie przyjętego pierwszego angielskiego przekładu Odysei dokonanego przez kobietę — wywołał niedawno głośną dyskusję w świecie krytyki filmowej i literackiej. Badaczka bezlitośnie oceniła najnowsze monumentalne widowisko Christophera Nolana. Choć reżyser ten od lat przyzwyczaił nas do kunsztownej żonglerki czasem, oszałamiających efektów wizualnych i narracyjnego rozmachu, zdaniem Wilson jego ekranizacja eposu Homera okazała się wydmuszką: pozbawioną psychologicznej, politycznej i etycznej głębi, która od tysiącleci stanowi o sile oryginału.

27 lipca 2026

AI nie musi pisać lepiej od człowieka, by zmienić rynek książki

Kiedy myślimy o sztucznej inteligencji w kontekście literatury, najczęściej wpadamy w pułapkę estetyki. Pytamy, czy algorytm potrafi zachwycić frazą, zbudować wiarygodny portret psychologiczny postaci lub oddać niuanse ludzkiego cierpienia i zachwytu nad światem. Tymczasem prawdziwa rewolucja na rynku wydawniczym wcale nie rozgrywa się na poziomie kunsztu. Odgrywa się na poziomie czystej matematyki, skali i czasu.

Siedząc przy filiżance herbaty i obserwując te cyfrowe przemiany, łatwo ulec złudzeniu, że dopóki maszyna nie stworzy dzieła na miarę Nobla czy nowej Anny Kareniny, tradycyjna literatura pozostanie bezpieczna. Najnowsze dane empiryczne pokazują jednak zupełnie inny mechanizm — sztuczna inteligencja zmienia zasady gry nie dlatego, że przewyższa pisarzy talentem, ale dlatego, że eliminuje najbardziej fundamentalne z ludzkich ograniczeń — czas potrzebny na stworzenie opowieści.

25 lipca 2026

„Wartościowa treść” - czas w końcu zdefiniować to pojęcie

Każdy, kto choć raz spróbował opublikować coś w sieci – niezależnie od tego, czy pisze blog, tworzy newsletter czy buduje markę osobistą – musiał zderzyć się z tym powtarzanym jak mantra sloganem: „Musisz po prostu tworzyć wartościową treść”.

Złota zasada internetu. Święty Graal algorytmów. Porada, którą usłyszysz w każdym poradniku marketingowym, na każdym kursie pisania i w niemal każdym wywiadzie z twórcami.

Jest tylko jeden mały problem. Bo co to tak naprawdę oznacza?

Ta porada stała się pojęciową wydmuszką. Wszyscy powtarzają to hasło, ale nikt go nie definiuje. W efekcie twórcy zostają z poczuciem zagubienia i frustracji, pytając samych siebie: „Co to właściwie znaczy? I dlaczego moja treść, w którą włożyłe(a)m tyle serca, według statystyk wartościowa nie jest?”.

Czas z tym skończyć. Rozłóżmy tę „wartość” na czynniki pierwsze – bardziej konkretne niż mogłoby się wydawać.

23 lipca 2026

Pawilon spokoju #9 | Zachód w poszukiwaniu utraconej uważności

Współczesny zachodni świat kręci się wokół słowa więcej. Więcej pracy, więcej bodźców, więcej przedmiotów w szafach, więcej subskrypcji, więcej szybkich, bezrefleksyjnych wyborów. Żyjemy w kulturze nadmiaru, która – paradoksalnie – często pozostawia nas z poczuciem głębokiego niedosytu. Próbując gasić ten egzystencjalny niepokój kolejnymi zakupami czy bezwiednym przesuwaniem ekranu telefonu, coraz bardziej oddalamy się od tego, co w życiu naprawdę esencjonalne.

W tym hałaśliwym krajobrazie japońskie pojęcia Mottainai oraz Kakeibo brzmią jak kojący, czysty akord. Choć zrodziły się w zupełnie innej kulturze, niosą ze sobą uniwersalne lekarstwo na bolączki zachodniego człowieka: zaproszenie do powrotu do korzeni uważności.

Mottainai, czyli drugie życie rozbitej filiżanki

W kulturze Zachodu zakorzenił się nawyk, który można nazwać „kulturą jednorazowości”. Gdy coś pęka, niszczy się lub po prostu przestaje być modne, najprostszym odruchem jest wyrzucenie tego do kosza. Kupujemy nowe, bo tak jest szybciej, taniej i wygodniej.

Japońskie słowo Mottainai (もったいない), oznaczające głęboki żal z powodu marnotrawstwa, rzuca temu podejściu radykalne wyzwanie. U jego podstaw leży buddyjskie przekonanie, że przedmioty nie są jedynie martwą materią – są owocem ludzkiej pracy, darów natury i energii, która zasługuje na najwyższy szacunek.

Kiedy przyjrzymy się japońskiej sztuce Kintsugi – naprawianiu pękniętej ceramiki złotą laką – dostrzeżemy kompletną zmianę paradygmatu. Dla zachodniego oka pęknięcie to skaza, powód do wstydu i wyrzucenia przedmiotu. Dla filozofii Mottainai to część historii tej konkretnej filiżanki. Blizna, zamiast być ukrywana, zostaje podkreślona złotem, czyniąc naczynie jeszcze piękniejszym i cenniejszym. To potężna lekcja dla naszej zachodniej kultury, tak bardzo obsesyjnie goniącej za nieskazitelnością i nowością. Mottainai uczy nas, że wartość rodzi się z troski, pamięci i wdzięczności za to, co już posiadamy.

Kakeibo. Taniec pióra z papierem w dobie algorytmów

Jeśli Mottainai uzdrawia naszą relację z przedmiotami, to Kakeibo (家計簿) robi dokładnie to samo z naszą relacją z pieniędzmi. Na Zachodzie finanse stały się niemal całkowicie abstrakcyjne. Płacimy zbliżeniowo telefonem, zegarkiem, bierzemy pożyczki jednym kliknięciem w aplikacji. Pieniądze stały się cyframi na ekranie, które płyną niewidzialnym strumieniem, często przeciekając nam przez palce.

Wymyślone ponad sto lat temu przez japońską dziennikarkę Hani Motoko Kakeibo – czyli tradycyjna sztuka prowadzenia domowego budżetu – proponuje nam coś rewolucyjnego: powrót do papieru i pióra. W świecie zdominowanym przez aplikacje i automatyczne wykresy, ręczne wpisywanie każdego wydatku wydaje się anachronizmem. A jednak to właśnie ten fizyczny akt pisania zmusza nas do zwolnienia tempa.

Kiedy musimy usiąść wieczorem z notesem i fizycznie zapisać kwotę wydaną na kolejną rzecz, która miała poprawić nam nastrój, uruchamia się zupełnie inny proces myślowy. Kakeibo nie pyta tylko: „Ile wydałaś?”. Ono stawia o wiele głębsze pytania: „Czy to było ci potrzebne?”, „Jak się wtedy czułaś?”. W ten sposób finanse przestają być suchą matematyką, a stają się narzędziem samopoznania. Pomagają odróżnić autentyczne potrzeby od chwilowych zachcianek, którymi tak często próbujemy zagłuszyć zmęczenie lub stres.

Most nad przepaścią nadkonsumpcji

Co się stanie, gdy połączymy te dwa pojęcia i spojrzymy na nie z naszej, zachodniej perspektywy? Otrzymamy gotowy manifest świadomego życia.

Mottainai i Kakeibo to nie są sztywne techniki ekologiczne czy rygorystyczne programy oszczędnościowe, które mają nas wpędzić w poczucie winy. To przede wszystkim filozofia czułej uważności skierowanej na naszą codzienność. Obie te idee pokazują, że szacunek do własnych pieniędzy (Kakeibo) i szacunek do zasobów Ziemi oraz ludzkiej pracy (Mottainai) to w gruncie rzeczy ta sama ścieżka.

Wprowadzenie tych wartości do naszego życia nie wymaga rewolucji. Zaczyna się od małych kroków: od wypicia kawy w ulubionej, starej filiżance z pełną obecnością, od momentu zastanowienia przed kliknięciem „Kup teraz”, od wieczornego, wyciszającego spotkania z własnym notesem. To powrót do prostoty, w której zamiast gromadzić to, co zbędne, zaczynamy wreszcie celebrować i chronić to, co naprawdę ważne.

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.

22 lipca 2026

Zamiast Roku Czytelnictwa — cała Dekada Czytania

Ostatnie dni przyniosły wieści z Wielkiej Brytanii, które, choć dotyczą tamtejszego systemu edukacji, zmuszają do refleksji nas wszystkich — nauczycieli, rodziców, bibliotekarzy, a przede wszystkim nas, czytelników. Brytyjska parlamentarna Komisja Edukacji wystosowała stanowczy apel: dość jednorocznych akcji. Czas na Narodową Dekadę Czytania.

Czytając raport brytyjskich parlamentarzystów, nie sposób nie poczuć ukłucia niepokoju. Dane są bezlitosne: drastycznie spada liczba dzieci i młodzieży, dla których czytanie jest źródłem przyjemności. Mówimy o zaledwie niespełna 36% młodych ludzi, którzy deklarują, że lubią czytać, a codzienny kontakt z książką w czasie wolnym to domena zaledwie jednej piątej młodego pokolenia.

Brytyjscy eksperci wskazują na rozwiązanie, które brzmi jak lekarstwo: biblioteka w każdej szkole, automatyczna karta biblioteczna dla każdego noworodka i — co najważniejsze — zmiana filozofii. Zamiast skupiać się wyłącznie na „biegłości” i ocenach, musimy postawić na radość. Na „ciepło wspólnych opowieści i magię przewracania stron”.



A co z naszym podwórkiem?

Ta brytyjska diagnoza brzmi boleśnie znajomo w polskich realiach. Choć kochamy narzekać na nasze statystyki czytelnictwa, problem „braku przyjemności” jest bardziej złożony niż tylko brak czasu. Często nasza szkoła również traktuje lekturę jak zadanie do odrobienia, test do zaliczenia, a nie jak przygodę czy sposób na zrozumienie świata.

W Polsce również mamy świetne biblioteki publiczne, które często stają na głowie, by przyciągnąć młodych ludzi, ale czy wszędzie docieramy z tą samą skutecznością? Czy nasze kanony lektur nie są dla młodzieży zbyt często barierą nie do przejścia?

Brakuje nam tej systemowej „Dekady Czytania”. Potrzebujemy czasu, a nie tylko „roku”, aby trwale zmienić nawyki. Czytanie nie jest bowiem umiejętnością, którą zdobywa się raz na zawsze w podstawówce. To mięsień, który wymaga codziennej gimnastyki, a przede wszystkim — odpowiedniego środowiska.

Czytanie to relacja

W moich refleksjach wracam do myśli, że czytanie to przede wszystkim relacja. Relacja z autorem, z bohaterem, ale też z samym sobą. Jeśli nauczymy dzieci, że książka to przede wszystkim sposób na empatię, na zrozumienie drugiego człowieka i na wyciszenie w przebodźcowanym świecie, wygramy więcej niż najwyższymi wynikami z egzaminów.

Zamiast martwić się tylko o to, ile czytamy, zapytajmy siebie: jak czytamy? Czy pozwalamy sobie na zachwyt? Czy pokazujemy dzieciom, że czytanie to także wspólne bycie ze sobą?

Wsparcie dla bibliotek, mądrzejsze listy lektur i — przede wszystkim — docenienie roli czytania dla przyjemności to wyzwanie, które nie kończy się na jednej uchwale parlamentu. To zadanie dla każdego z nas.

To właśnie te małe, codzienne wybory — wspólne czytanie wieczorem, rozmowa o książce zamiast sprawdzianu, czy po prostu bycie przykładem czytającego dorosłego — mogą stać się początkiem naszej własnej, lokalnej „Dekady Czytania”.

A Wy co o tym sądzicie? Czy czujecie, że szkoła wciąż bardziej „oducza” czytania dla przyjemności niż do niego zachęca? 

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.