„Nie przestajemy czytać. Czytamy bez końca — ale coraz rzadziej coś, co wymaga zatrzymania.”
Ciepły, poranny blask sączy się przez okno, a w moich dłoniach paruje filiżanka świeżo zaparzonej kawy. To mój mały, codzienny rytuał – moment absolutnej ciszy, zanim świat ruszy ze swoim nieustannym pędem. Przeglądając ostatnie doniesienia ze świata kultury, moją uwagę przykuł głośny esej Rose Horowitch opublikowany na łamach „The Atlantic”. Autorka stawia w nim niezwykle surową, wręcz bolesną diagnozę: epoka głębokiego czytania właśnie dobiega końca. Przebiegając wzrokiem po statystykach i komentarzach neuronaukowców, poczułam, jak w mojej głowie kiełkuje natrętna, niepokojąca myśl. Przecież my wcale nie przestaliśmy czytać. Przeciwnie – jako ludzkość konsumujemy dziś prawdopodobnie więcej słów niż jakiekolwiek pokolenie przed nami. Bombardują nas maile, powiadomienia, wiadomości tekstowe, posty na Instagramie i krótkie dyskusje na internetowych forach. Czytamy bez końca, w każdym ułamku sekundy wolnego czasu. Ale jakże rzadko jest to lektura, która wymaga od nas zatrzymania.
Problem, przed którym stoimy, nie polega na analfabetyzmie w tradycyjnym rozumieniu. Doskonale potrafimy dekodować poszczególne wyrazy i składać je w zdania. Tracimy jednak coś znacznie cenniejszego – cierpliwość do dłuższych form, zdolność do syntezy wielowątkowych argumentów oraz przestrzeń na samodzielne, głębokie wnioskowanie. Nasze mózgi, niezwykle plastyczne i podatne na cyfrowe bodźce, błyskawicznie przystosowują się do łowienia szybkich, rozproszonych fragmentów informacji. Kiedy więc stajemy przed tekstem wymagającym dłuższego skupienia, zaczynamy odczuwać podświadome zniecierpliwienie. Chcemy esencji, podsumowania, natychmiastowego efektu. Nasza uwaga stała się towarem deficytowym, bezustannie szarpanym przez algorytmy.
Przepowiednia, która właśnie dojrzała
Czytając te rozważania, trudno nie wrócić pamięcią do przeszłości i wielkich myślicieli XX wieku. Już w 1962 roku Marshall McLuhan – wybitny teoretyk mediów – sformułował śmiałą hipotezę o nadchodzącej epoce postpiśmiennej. Przewidywał, że kultura oparta na linearnym druku ustąpi miejsca nowym, elektronicznym formom komunikacji, które przywrócą ludzkości bardziej bezpośredni, zmysłowy i „plemienny” charakter doświadczania świata. Przez dekady jego wizja mogła wydawać się intrygującą, lecz odległą teorią akademicką. Dzisiaj, gdy patrzymy na ekrany naszych smartfonów zdominowane przez aplikacje serwujące nam kilkunastosekundowe, dynamiczne filmy, widać wyraźnie, że diagnoza McLuhana właśnie dojrzała na naszych oczach.
Smartfon przestał być jedynie narzędziem komunikacji – stał się nowym środowiskiem życia i przedłużeniem naszej percepcji. Przewijanie bez końca krótkich form wideo uczy nasz układ nagrody, że reakcja na bodziec musi być natychmiastowa. Długi esej, wielostronicowy rozdział powieści literackiej czy zniuansowana rozprawa filozoficzna nie oferują takich łatwych endorfin. Wymagają trudu, wejścia w głęboki dialog z autorem, a przede wszystkim – ciszy wokół nas. A tej cyfrowy świat nam odmawia z niezwykłą konsekwencją.
Co ciekawe, w ten krajobraz idealnie wpisuje się również współczesny boom na generatywną sztuczną inteligencję. Narzędzia, które potrafią w ułamku sekundy streścić kilkusetstronicową książkę czy wygenerować gotowe wyciągi z esejów, stają się kolejnym kuszącym skrótem dla zmęczonego umysłu. Oferują nam produkt końcowy, zdejmując z nas cały trud procesu myślowego. Jednak to właśnie w tym żmudnym procesie – w przedzieraniu się przez zawiłości tekstu, w potykaniu się o trudne myśli i samodzielnym układaniu puzzli znaczeń – rodzi się nasze własne, unikalne rozumienie świata. Gdy technologia wykonuje tę pracę za nas, z aktywnych myślicieli niebezpiecznie szybko zamieniamy się w biernych konsumentów gotowych dawek wiedzy.
Ocalić przestrzeń dla umysłu
W tej całej technologicznej gonitwie nie chodzi o to, by całkowicie odrzucić nowoczesność, zamknąć laptop i popaść w radykalny, technologiczny bunt. Warto jednak z pełną świadomością zadać sobie pytanie, co tracimy, gdy pozwalamy zanikać nawykowi głębokiego czytania. Czytanie literatury pięknej czy pogłębionych esejów to nie tylko wyrafinowana rozrywka czy sposób na gromadzenie faktów. To przede wszystkim unikalny trening empatii, uważności i krytycznego myślenia. To rzadka już dziś umiejętność spojrzenia na problem z wielu perspektyw i dostrzeżenia subtelnych odcieni szarości w świecie, który coraz mocniej polaryzuje się na czarno-białe slogany.
Dla mnie samej chwila spędzona z książką w ciszy, z dala od powiadomień, stała się formą codziennej medytacji. To świadomy wybór wolniejszego, bardziej ludzkiego tempa życia. Zamknięcie na moment cyfrowego szumu pozwala wyciszyć przebodźcowany umysł i powrócić do własnych, intymnych, niepodyktowanych przez żaden algorytm refleksji. Może lekarstwem na rodzącą się epokę postpiśmienną jest właśnie powrót do takich małych, osobistych aktów oporu?
Zostawiam Was dzisiaj z tą myślą przy Waszych własnych, ciepłych filiżankach. Kiedy ostatnio przeczytaliście tekst, który wymagał od Was całkowitego zatrzymania się, wyłączenia dźwięków w telefonie i pobycia sam na sam z myślą autora? Może warto podjąć to wyzwanie właśnie dziś?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)