Wyobraź sobie, że w progu Twojego domu staje znamienity gość. Ktoś, kogo darzysz bezbrzeżnym szacunkiem, czyja obecność wnosi do przestrzeni światło, mądrość i spokój. Może to wielki nauczyciel duchowy, mistrz słowa, albo po prostu najbliższy przyjaciel. Co wtedy robisz?
Prawdopodobnie parzysz najlepszą herbatę w naczyniach, które trzymasz na specjalne okazje. Dbasz o ton swojego głosu, prostujesz plecy. Każdy Twój ruch staje się uważny, przepełniony szacunkiem. Chcesz, aby ten człowiek czuł się w Twojej obecności bezpieczny, ugoszczony i ważny.
A teraz pomyśl o momentach, kiedy drzwi się zamykają i zostajesz w pokoju zupełnie sama. Kiedy nikt nie patrzy. Co dzieje się z herbatą? Czy pijesz ją w pośpiechu, z wyszczerbionego kubka, przeglądając mechanicznie ekran telefonu? Co dzieje się z Twoim ciałem, z Twoimi myślami?
Lekcja mistrza zen
XIX-wieczny japoński mistrz zen, Soyen Shaku, pozostawił po sobie zestaw prostych zasad na dobre życie. Jedna z nich brzmi jak paradoks, ale dotyka samego sedna ludzkiej godności: „Przyjmuj gościa z takim samym nastawieniem, jakie masz, gdy jesteś sam. Kiedy jesteś sam, zachowaj to samo nastawienie, które masz przy przyjmowaniu gości”.
W kulturze japońskiej, tak mocno zakorzenionej w rytuałach drogi herbaty (Chado), spotkanie z drugim człowiekiem jest świętością. Ale mistrz Shaku idzie o krok dalej. Przypomina nam, że przestrzeń samotności nie jest zwolnieniem z uważności. Samotność nie oznacza, że pokój jest pusty.
Znajduje się w nim bowiem ktoś niezwykle ważny. Ty sam(a).
Szacunek, gdy nikt nie patrzy
Żyjemy w kulturze nastawionej na pokaz. Dbamy o to, jak wyglądamy w oczach innych, jak prezentują się nasze profile w mediach społecznościowych, jak oceniają nas w pracy czy na uczelni. Przebieramy się w maski taktowności i elegancji dla świata, a gdy zostajemy sami, zdarza nam się „porzucać” formę.
Jednak prawdziwy szacunek do samego siebie – ten najgłębszy, stanowiący fundament naszego wewnętrznego spokoju – rodzi się właśnie wtedy, gdy nie ma świadków.
Zachowywać się w samotności tak, jakby obok siedział znamienity gość, to nie kwestia sztywnego konwenansu czy nakładania gorsetu na własną swobodę. To akt głębokiej miłości i uznania własnej wartości.
- To decyzja, by przygotować dla siebie posiłek z taką samą troską i estetyką, jak dla ukochanej osoby.
- To ułożenie poduszki do medytacji z szacunkiem, a nie rzucenie jej w kąt.
- To niesiedzenie w przygarbionej pozycji, która krzywdzi nasze ciało, tylko dlatego, że „nikt nie patrzy”.
Szacunek do siebie w samotności przejawia się także w higienie naszych myśli. Kiedy jesteśmy sami, często pozwalamy sobie na wewnętrzny monolog pełen krytycyzmu, na który nigdy nie pozwolilibyśmy sobie wobec gościa. Czy powiedziałabyś komuś, kto siedzi naprzeciwko Ciebie przy stole, te wszystkie szorstkie, raniące słowa, które czasem kierujesz do siebie w duchu? Z pewnością nie.
Samotność jako sanktuarium
Kiedy zaczynamy traktować samych siebie jak szacownych gości we własnym życiu, zmienia się dynamika naszej codzienności. Zwalniamy tempo. Zaczynamy dostrzegać piękno w prostych czynnościach. Nalewanie wody, otwieranie książki, parzenie naparu w ulubionej filiżance – wszystko to staje się małą ceremonią.
Samotność przestaje być wtedy pustką czy czekaniem na to, aż ktoś nas zauważy i wypełni nasz czas. Staje się sanktuarium. Miejscem, w którym spotykają się dwie najważniejsze osoby: ta, którą jesteśmy na co dzień dla świata, i ta, która ukrywa się w ciszy naszego serca.
Warto dziś wieczorem, gdy dom ucichnie, usiąść w fotelu, wyprostować łagodnie plecy i spojrzeć na przestrzeń wokół siebie oczami mistrza Shaku. Zaprosić samą siebie do tego pokoju. Przywitać się ze sobą z taką samą czułością, z jaką wita się kogoś, za kim bardzo się tęskniło.
Bo jesteś jedynym gościem, który zostanie z Tobą na całe życie. Ugość się najlepiej, jak potrafisz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)