24 lipca 2026

Technologiczni miliarderzy nie wymyślili marzenia o nowej arystokracji

Gdy spoglądamy dzisiaj na szefów wielkich korporacji technologicznych, ich architekturę zaimków, obietnice powszechnego dobrobytu i język nieustannego „rozwoju”, łatwo ulec złudzeniu, że mamy do czynienia z fenomenem absolutnie nowym. Historyczka Kim Phillips-Fein w swojej książce „Country of Lords” przypomina nam jednak o prawdzie znacznie bardziej niepokojącej: to nie jest nowa opowieść. To jedynie stary monolog władzy, ubrany w lśniące szaty algorytmów.

Kiedy czytałam ostatnio o tezach zawartych w książce Phillips-Fein, uderzyła mnie ciągłość historyczna, o której tak często zapominamy w pędzie współczesnej transformacji cyfrowej. Autorka wykonuje kapitalną pracę archiwisty ludzkich złudzeń: prowadzi nas chłodnym, precyzyjnym krokiem od osiemnastowiecznych obaw Johna Adamsa przed „zbyt wielką demokracją”, przez dziewiętnastowieczny darwinizm społeczny i tzw. „naukowy rasizm”, aż po współczesne gabinety miliarderów z Doliny Krzemowej.

Wniosek, który płynie z tej lektury, jest nadzwyczaj czytelny, choć rzuca głęboki cień na nasz optymizm: technologiczni magnaci nie stworzyli zupełnie nowej filozofii społecznej. Oni jedynie przejęli prastare marzenie o nowej arystokracji — o klasie „wybranych”, którzy ze względu na swoją rzekomą wyższość (kiedyś uświęconą urodzeniem, później biologiczną ewolucją, a dziś intelektem i sprawnością operowania kapitałem) mają naturalne prawo do decydowania o losie reszty społeczeństwa.

Od nieufności Ojców Założycieli po darwinizm społeczny

Warto przyjrzeć się tej ewolucji z bliska. John Adams, jeden z Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych, mimo całego swojego wkładu w budowę republikańskich instytucji, spoglądał na egalitaryzm z głębokim dystansem. Obawiał się, że nieposkromiona wola większości zniszczy stabilność państwa, a jedyną gwarancją ładu pozostają rządy mądrej, majątkowej i wykształconej elity. Ta wątpliwość – czy zwykli ludzie naprawdę potrafią decydować o sobie – stała się fundamentem amerykańskiego nurtu nieufności wobec pełnej demokracji.

W XIX wieku, w epoce gwałtownego rozwoju przemysłowego i gigantycznych fortun Vanderbilta, Rockefellera czy Morgana, potrzebna była nowa narracja legitymizująca nierówności. Podchwycono wówczas tezy darwinizmu społecznego. Bieda przestała być postrzegana jako efekt strukturalnej niesprawiedliwości, a stała się świadectwem „niewystarczającego przystosowania”. Bogactwo z kolei interpretowano jako obiektywny, wręcz biologiczny dowód wartości jednostki.

Nowa liturgia: algorytmy, zasługi i „Innowacja”

Gdy prześledzimy ten łuk historyczny, zauważymy, jak gładko płyną te myśli do dzisiejszego świata technologii. Zmieniło się tylko rekwizytorium. Miejsce korony i eugeniki zajęły skomplikowane algorytmy, metryki wydajności, analiza danych oraz mit merytokracji technicznej.

Dzisiejsza elita cyfrowa nie mówi już: „jestem lepszy, bo urodziłem się w szlacheckim domu” ani „jestem silniejszy ewolucyjnie”. Mówi raczej: „rozumiem złożoność świata lepiej niż wy”, „optymalizuję przyszłość ludzkości”, „rozwiązuję problemy, których wy nawet nie potraficie nazwać”. To głęboko paternalistyczne podejście, w którym wielkie platformy technologiczne stają się nowymi lennami, a użytkownicy – cyfrowymi poddanymi, których uwaga i dane są stale eksploatowane.

Czy demokracja przetrwa skrajne skupienie władzy?

Zasadnicze pytanie, które stawia Phillips-Fein, brzmi niezwykle dobitnie: Czy demokracja może przetrwać w warunkach tak ekstremalnej koncentracji majątku i realnej władzy w rękach nielicznej grupy ludzi?

Jako humanistka głęboko wierzę, że demokracja to coś więcej niż tylko procedura wyborcza. Demokracja to przede wszystkim obietnica równej godności każdego człowieka oraz przekonanie, że wspólnotowe decyzje powinny powstawać w drodze dialogu, a nie dyktatu – niezależnie od tego, czy dyktat ten pochodzi od monarchy, czy od właściciela algorytmu decydującego o tym, co widzimy, myślimy i kupujemy.

Kiedy o losach debaty publicznej, rozwoju sztucznej inteligencji czy dostępie do podstawowych zasobów informacyjnych decyduje kilku wybitnie zamożnych jednostek, tradycyjny trójpodział władzy staje się iluzją. Technokratyczny język „efektywności” wyklucza ze sporu wartości etyczne, wrażliwość społeczną i empatię. Sprowadza człowieka do roli zmiennej w równaniu.

Odzyskać przestrzeń ludzkiej podmiotowości

Dlaczego ta perspektywa jest dla nas tak istotna? Ponieważ dostrzeżenie historycznych korzeni tego zjawiska uwalnia nas od bezradności. Skoro wiemy, że roszczenia cyfrowych oligarchów do absolutnej władzy nie są przeznaczeniem ewolucyjnym ani nieuchronnym skutkiem postępu, lecz jedynie kolejną odsłoną starej ideologii wyższości, możemy odzyskać swój głos.

Technologia nie musi – i nie powinna – służyć budowaniu nowej feudalnej hierarchii. Jej prawdziwym powołaniem, w duchu autentycznego humanizmu, jest emancypacja człowieka, wspieranie relacji, poszerzanie wiedzy i wyrównywanie szans. Żadne algorytmiczne zaklęcia o „zmienianiu świata na lepsze” nie zwalniają nas z obowiązku zadawania podstawowych pytań: dla kogo ten świat staje się lepszy? Kto ponosi koszty, a kto spija śmietankę?

Prawdziwa dojrzałość współczesnego społeczeństwa polega na tym, by nie mylić technologicznego zaawansowania z mądrością moralną. Nie potrzebujemy nowych lordów, choćby nosili najnowocześniejsze czarne golfy i pisali najdoskonalsze kody. Potrzebujemy odnowy obywatelskiej troski i głębokiego przekonania, że żaden człowiek nie jest miernikiem wartości drugiego.

***

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera „Człowiek w erze AI”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)