Wirtualna agora i iluzja obecności
Żyjemy w świecie, który jak nigdy dotąd obiecuje nam wszechobecną bliskość. Wystarczy jedno kliknięcie, krótkie przesunięcie palcem po szklanej powierzchni ekranu, by znaleźć się w samym środku tętniącej życiem wirtualnej agory. Media społecznościowe – od Facebooka po LinkedIna – nieustannie nasycają naszą codzienność powiadomieniami, polubieniami i krótkimi komunikatami. Tworzą wokół nas gęsty, niegasnący tłum. Paradoksalnie jednak im głośniejszy staje się ten cyfrowy zgiełk, tym bardziej dotkliwa okazuje się cisza, która po nim następuje. W tym lśniącym labiryncie technologii coraz częściej bowiem gubimy to, co w relacjach najważniejsze – autentyczną obecność.
Zygmunt Bauman w swojej analizie płynnej nowoczesności trafnie zauważył:
„W świecie cyfrowym bliskość nie wymaga już fizycznej obecności, ale przez to staje się niezwykle krucha i powierzchowna”
Liczba wirtualnych interakcji nie przekłada się na ich jakość, a cyfrowe więzi budują jedynie parawan, za którym łatwo ukryć narastające poczucie pustki.
Spłycenie słowa przy filiżance codzienności
Współczesna komunikacja, choć niezwykle szybka i wygodna, przeszła na zupełnie inny poziom – poziom, który aż nazbyt często spłaszcza i zuboża nasze wzajemne więzi. Pisanie krótkich wiadomości na komunikatorach czy przesyłanie zdawkowych emotikonów usuwa z relacji to, co najcenniejsze. Predysponuje nas do powierzchowności. Prawdziwa relacja potrzebuje bowiem czasu, uwagi i bezpośredniości. Potrzebuje rozmowy twarzą w twarz, bez pośpiechu, najlepiej przy filiżance parującej kawy lub herbaty.
To właśnie wtedy, patrząc drugiemu człowiekowi w oczy, słysząc ton jego głosu i obserwując gesty, jesteśmy w stanie naprawdę wymienić się ideami, rozwinąć głębsze myśli i – co najważniejsze – poczuć się wysłuchanymi. Cyfrowy komunikator nie potrafi odtworzyć tego emocjonalnego rezonansu — staje się jedynie filtrem, który z wielowymiarowego ludzkiego doświadczenia zostawia zaledwie tekstowy szkielet. Pozbawia nas głębi, o której pisał niegdyś Antoine de Saint-Exupéry:
„Jedynie sercem widzi się dobrze. To, co najważniejsze, jest niewidoczne dla oczu” – a tym bardziej dla obiektywów aparatów i lśniących wyświetlaczy.
Cyfrowy kokon młodego pokolenia
Najbardziej niepokojący wymiar tego zjawiska dotyka jednak najmłodszego pokolenia. Obserwujemy dziś narodziny pokolenia, które zaczyna odczuwać paraliżujący lęk przed żywym, nieprzewidywalnym kontaktem z drugim człowiekiem. Relacje w świecie realnym bywają trudne, wymagają zaangażowania, a także niosą ze sobą ryzyko odrzucenia czy zranienia. W obliczu tego stresu młodzi ludzie coraz częściej szukają schronienia w świecie algorytmów i sztucznej inteligencji.
AI oferuje im idealnego rozmówcę: zawsze dostępnego, bezgranicznie cierpliwego, bezpiecznego i – przede wszystkim – całkowicie przewidywalnego. Ucieczka w tę wirtualną bezpieczną przystań niesie jednak za sobą katastrofalne skutki. Młodzi ludzie, zamiast uczyć się trudnej sztuki budowania więzi emocjonalnych z rówieśnikami, zamykają się w cyfrowych kokonach, co w przyszłości może skutkować głęboką, systemową izolacją całego pokolenia. Przypominają się tu prorocze słowa Alberta Einsteina:
„Obawiam się dnia, w którym technologia przewyższy ludzkie interakcje. Świat będzie miał wtedy pokolenie idiotów” – lub, patrząc bardziej współcześnie, pokolenie ludzi głęboko nieszczęśliwych i samotnych.
Tragedia w świecie algorytmów
Ta iluzja bliskości potrafi mieć rany głębsze niż mogłoby się wydawać, a jej konsekwencje bywają dramatyczne. Całym światem wstrząsnęła niedawno tragiczna historia czternastoletniego chłopca, który tak mocno zaangażował się emocjonalnie w relację ze swoją wirtualną towarzyszką stworzoną przez sztuczną inteligencję, że całkowicie zatracił granicę między fikcją a rzeczywistością. W wyniku narastających zaburzeń i poczucia pustki w realnym świecie chłopiec podjął ostateczną, tragiczną decyzję o odebraniu sobie życia.
To przerażające i bolesne memento naszych czasów. Pokazuje ono, jak niszczycielska potrafi być samotność w tłumie wirtualnych awatarów, gdy obok młodego człowieka zabraknie żywej, reagującej na czas obecności drugiego człowieka. Sztuczna inteligencja, choćby najbardziej zaawansowana, nie posiada serca ani sumienia – nie przytuli, nie zauważy ukrytego między wierszami wołania o pomoc i nie zastąpi ciepła ludzkiej dłoni. Jak pisał filozof Gabriel Marcel:
„Kochać kogoś, to znaczy powiedzieć mu: Ty nie umrzesz”
Maszyna nigdy nie wypowie tych słów z prawdziwą mocą, bo sama nie wie, czym jest życie i śmierć. Pamiętacie film "Ona"?
Powrót do uważności
Warto więc, w duchu filozofii slow life, zatrzymać się na chwilę i odłożyć na bok lśniące ekrany. Musimy na nowo nauczyć się sztuki uważnego słuchania, bycia w pełni „tu i teraz” dla tych, którzy są obok nas w świecie fizycznym. Technologia powinna pozostać jedynie narzędziem ułatwiającym logistykę życia, a nie substytutem bliskości. Prawdziwe relacje wymagają naszej obecności, uwagi i empatii – wartości, których żaden algorytm nigdy nie zdoła wygenerować.
A jakie jest Wasze zdanie, Drodzy Czytelnicy? Czy zauważacie w swoim otoczeniu niepokojące sygnały alienacji i ucieczki młodych ludzi w świat sztucznej inteligencji kosztem realnych więzi? Jak w dzisiejszym cyfrowym pędzie udaje Wam się dbać o te najcenniejsze spotkania „twarzą w twarz”?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)