Żyjemy w kulturze, która ubóstwia młodość, prędkość i gwałtowny rozkwit. W świecie literackim, artystycznym i biznesowym nieustannie poluje się na „cudowne dzieciaki”, debiutantów przed trzydziestką, którzy zdążyli już podbić listy bestsellerów albo stworzyć startup o globalnym zasięgu. Sukces mierzy się dynamiką, zasięgiem i efektywnością. W tym bezwzględnym wyścigu z czasem wiek dojrzały bywa traktowany jak cichy stan przedwczesnego wygaszania. Wydaje się nam, że po przekroczeniu pewnej granicy twórca powinien z honorem zamilknąć, ustąpić miejsca młodszym i zająć się zasłużonym odpoczynkiem.
Tę wszechobecną logikę doskonale punktuje brytyjska pisarka Rose Tremain, która w wieku osuszonego przez lata doświadczeń i sukcesów osiemdziesięciu trzech lat oświadcza bez ogródek, że nie zamierza kończyć pisania. Jej postawa nie jest jedynie uporem weteranki pióra, lecz cichym, niezwykle silnym manifestem. Przypomina nam bowiem o czymś, co współczesny kapitalizm uwagi całkowicie zatracił: twórczość to nie jest wyścig na sto metrów ani korporacyjna kariera, z której można (lub trzeba) przejść na emeryturę. To sposób istnienia.
Kultura natychmiastowości i obsesja młodości
Dlaczego tak bardzo uwielbiamy narzucać twórcom terminy ważności? Odpowiedzi należy szukać w mechanizmach współczesnego rynku, które nieustannie domagają się „nowego”. Treści muszą być świeże, algorytmy muszą karmić się kolejnymi premierami, a autorzy – najlepiej ci młodzi, fotogeniczni i łatwi do zaszufladkowania – powinni dostarczać towar z zegarmistrzowską precyzją.
W takim ujęciu sztuka staje się produktem przemysłu rozrywkowego, podlegającym prawom zużycia i wymiany. Jeśli ktoś pisze przez pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, staje się dla rynku niewygodny. Wymyka się prostym kategoriom marketingowym. Społeczeństwo, które ubóstwia świeżość początku, rzadko potrafi docenić głębię schyłku. Zapominamy jednak, że kultura oparta wyłącznie na młodzieńczym zrywie skazuje się na permanentną powierzchowność. Bez perspektywy starości nasza opowieść o człowieku jest po prostu wybrakowana.
Późny styl. Kiedy artysta zrzuca pancerz ambicji
W historii sztuki istnieje specyficzne zjawisko, które krytycy i historycy nazywają „późnym stylem” (pojęcie wspaniale rozwijane m.in. przez Edwarda Saida). Ostatnie dzieła wielkich twórców – pisarzy, malarzy, kompozytorów – rzadko bywają radosnym podsumowaniem czy bezpiecznym domknięciem dorobku. Wręcz przeciwnie. Często cechują je surowość, bezkompromisowość, a czasem wręcz swoista szorstkość i gniew wobec uciekającego czasu.
Z wiekiem artysta zrzuca z ramion ciężar ambicji. Nie musi już nikomu nic udowadniać, nie walczy o uznanie krytyków, nie szuka poklasku u masowej publiczności. Zamiast tego zyskuje luksus pisania wyłącznie dla samej istoty opowieści. Osiemdziesięcioletnia Tremain czy inni twórcy, którzy nie składają piór, nie tworzą już po to, by budować „karierę”. Tworzą, ponieważ milczenie stałoby się dla nich czymś nienaturalnym. Ich późne teksty są wolne od ozdobników – stają się czystą esencją myśli, oczyszczoną ze wszystkiego, co zbędne.
Sztuka jako forma życia, a nie produkt
Warto zadać sobie pytanie: co tracimy jako społeczeństwo, spychając dojrzałych twórców na margines? Tracimy perspektywę czasu długiego. Doświadczenie starości, konfrontacja z ubywaniem sił, pożegnania z bliskimi, refleksja nad własną skończonością – to są obszary ludzkiego doświadczenia, których żaden dwudziestokropek nie jest w stanie autentycznie opisać, choćby miał najwyższy iloraz inteligencji i najlepszy warsztat techniczny.
Współczesna kultura produktywności wmawia nam bezustannie, że wartość człowieka jest równa jego bieżącej użyteczności. Jeśli nie pracujesz nad kolejnym projektem, jeśli nie przyspieszasz, jeśli nie skalujesz swoich działań – zostajesz w tyle. Twórczość traktowana jako sposób istnienia staje się najpiękniejszym sprzeciwem wobec tej dyktatury. Pokazuje, że życie nie jest liniowym wyścigiem ku ostatecznemu sukcesowi, lecz bogatą, wielowarstwową opowieścią, która nabiera najszlachetniejszych barw dopiero wtedy, gdy przestajemy spieszyć się do mety.
Zamiast kariery – własny rytm
Nie każdy z nas musi zapisywać się w podręcznikach historii literatury ani walczyć o status ikony. Lektura przemyśleń dojrzałych autorów przynosi jednak cenną ulgę. Przypomina, że w życiu nie chodzi o to, by bez tchu gonić za kolejnymi kamieniami milowymi.
Czasem wystarczy tworzyć dalej – wolniej, głębiej, własnym rytmem, z dala od wrzawy mediów społecznościowych i presji rynku. Bo prawdziwa twórczość nie ma wieku emerytalnego. Dopóki człowiek patrzy na świat z ciekawością i czułością, jego wewnętrzny głos nie cichnie – staje się po prostu mądrzejszy.
Spodobał Ci się ten tekst?
Dołącz do grona uważnych czytelników i otrzymuj comiesięczny list humanistyczny.
Zapisz się na newsletter →
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)