Kiedy w 1854 roku Henry David Thoreau publikował Walden, czyli życie w lesie, zapewne nie przypuszczał, że ponad sto siedemdziesiąt lat później jego słowa staną się cichym manifestem pokolenia żyjącego w cieniu szklanych wieżowców Szanghaju, Shenzhen czy Pekinu. Jak zauważa Literary Hub, w Chinach trwa właśnie niezwykły renesans amerykańskiego transcendentalisty. Młodzi ludzie, wychowani w cieniu morderczej presji egzaminacyjnej (gaokao), bezwzględnego systemu pracy 996 (od 9 rano do 21 wieczorem, przez 6 dni w tygodniu) i wszechobecnej kultury nieustannego osiągania, sięgają po tekst o budowaniu skromnej chaty nad stawem.
Na pierwszy rzut oka to spotkanie może wydawać się egzotyczne. XIX-wieczny myśliciel z Massachusetts i współczesny chiński programista czy korporacyjny analityk. Kiedy jednak odrzucimy dekoracje epoki, okazuje się, że Walden nigdy nie był traktowany wyłącznie jako poradnik leśnego survivalu. Był przede wszystkim bezkompromisowym pytaniem o ekonomię ludzkiego istnienia: ile tak naprawdę potrzebujemy, by żyć sensownie?
Od „leżenia płasko” do cichego buntu
W chińskim kontekście fascynacja Thoreau doskonale rezonuje ze zjawiskiem tang ping (躺平), czyli ideą „leżenia płasko”. To świadoma, cicha rezygnacja z morderczego wyścigu szczurów: odrzucenie przymusu kupowania mieszkania na kredyt, nieustannej pogoni za awansem i konsumpcyjnego statusu. Kiedy młodzi mówią: „nie chcę już biec”, Thoreau podaje im rękę z przeszłości, przypominając:
„Koszt jakiejś rzeczy to ilość tego, co nazwę życiem, jakiej ona wymaga w zamian – natychmiast lub w dłuższej perspektywie”.
To proste zdanie rozbraja współczesną narrację sukcesu z chirurgiczną precyzją. Jeśli godzina pracy kosztuje nas godzinę uważności, spokoju i obecności we własnym życiu, to bilans zysków i strat zaczyna wyglądać zupełnie inaczej, niż sugerują to wykresy PKB czy paski postępu w aplikacjach do zarządzania zadaniami.
Społeczeństwo zmęczenia i pułapka autoeksploatacji
W tym miejscu XIX-wieczna intuicja Thoreau spotyka się ze współczesną diagnozą Byung-Chul Hana. Koreańsko-niemiecki filozof w swoim głośnym eseju Społeczeństwo zmęczenia (Müdigkeitsgesellschaft) zauważa, że współczesny człowiek nie potrzebuje już zewnętrznego nadzorcy ani bata dyscyplinarnego. Przekształciliśmy się w „przedsiębiorców samych siebie” – jednostki, które pod sztandarem wolności, samorozwoju i realizowania potencjału same poddają się najbezwzględniejszej eksploatacji.
Han trafnie wskazuje, że dawne społeczeństwo zakazów i nakazów („powinieneś”) ustąpiło miejsca społeczeństwu osiągnięć („możesz”). A imperatyw „możesz wszystko” okazuje się znacznie bardziej opresyjny – nie zna bowiem naturalnego punktu nasycenia. Zawsze przecież można zrobić coś lepiej, szybciej, optymalniej. Zmęczenie przestaje być biologicznym sygnałem do odpoczynku, a staje się osobistą porażką w zarządzaniu czasem.
Młodzi Chińczycy czytający Thoreau intuicyjnie wyczuwają tę pułapkę. Ich zwrot ku Waldenowi nie jest kaprysem ani naiwną ucieczką w sielankę, lecz aktem filozoficznego oporu przeciwko kulturze, która redukuje człowieka do funkcji wydajnościowej.
AI, wieczna optymalizacja i stare pytania
Gdy dodamy do tej układanki rewolucję sztucznej inteligencji, sprawa staje się jeszcze bardziej paląca. Obietnica automatyzacji i generatywnych asystentów brzmi kusząco: algorytmy mają zdjąć z naszych barków rutynę, byśmy zyskali przestrzeń na to, co twórcze, głębokie i ludzkie.
Rzeczywistość jednak bywa przewrotna. Zamiast uwolnionego czasu często otrzymujemy... podniesioną poprzeczkę oczekiwań. Skoro dzięki AI możemy przygotować raport w kwadrans zamiast w trzy godziny, kultura osiągnięć nie mówi: „odpocznij przez pozostały czas”. Mówi raczej: „w takim razie przygotuj dziesięć raportów dziennie”. Efektywność nie staje się narzędziem wyzwolenia, lecz nową pętlą na szyi.
Narzędzia zmieniają się z zawrotną prędkością, ale fundamentalny dylemat pozostaje nienaruszony:
Czy technologia ma służyć zagęszczaniu naszej produktywności, czy poszerzaniu przestrzeni na życie?
Gdzie kończy się mądre doskonalenie warsztatu, a zaczyna algorytmiczne poganianie samego siebie?
I wreszcie: ile pracy to właściwie „wystarczająco”?
Powrót do miary człowieka
Fenomen popularności Thoreau wśród współczesnych młodych ludzi – nie tylko w Chinach, ale wszędzie tam, gdzie tempo życia zaczyna przekraczać ludzką miarę – niesie w sobie głęboką nadzieję. Pokazuje, że humanistyka i klasyczna myśl filozoficzna nie są martwymi eksponatami w muzealnych gablotach. Bywają najostrzejszymi narzędziami krytycznymi, jakimi dysponujemy.
Być może nie każdy z nas musi – ani nawet chce – budować drewnianą chatę w głuszy i sadzić fasolę. Chodzi raczej o to, by odnaleźć swój własny, wewnętrzny „staw Walden” pośród szumu powiadomień, asystentów AI i niekończących się list zadań. O to, by mieć odwagę czasem po prostu „poleżeć płasko”, popatrzeć w niebo i przypomnieć sobie, że sensem życia nie jest optymalizacja jego przebiegu, lecz samo jego doświadczanie.
dr Małgorzata Parzynowska | Humanistka.pl
Spodobał Ci się ten tekst?
Dołącz do grona uważnych czytelników i otrzymuj comiesięczny list humanistyczny.
Zapisz się na newsletter →
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)