Są takie poranki, kiedy sięgam po nowo zakupioną powieść, stawiam obok filiżankę parującej herbaty i zastanawiam się, jaką drogę musiały przebyć te słowa, zanim trafiły na moją półkę. Zwykle myślimy o tym w bardzo prosty, wręcz romantyczny sposób: autor pisze książkę, wysyła ją do wydawnictwa, wydawca ją drukuje, a my – czytelnicy – wybieramy ją w księgarni, zachęceni okładką lub recenzją.
Okazuje się jednak, że ta droga jest znacznie bardziej wielowarstwowa, a kluczowa postać w tej opowieści bardzo często pozostaje w cieniu.
Niedawno Financial Times zwrócił uwagę na niezwykle ciekawą książkę badaczki Laury B. McGrath – „Middlemen: Literary Agents and the Making of American Fiction”. McGrath przygląda się amerykańskiemu rynkowi literackiemu od lat 50. XX wieku aż po współczesność i stawia odważną, ale popartą skrupulatnymi badaniami tezę: postacią, która w największym stopniu kształtuje nasz gust i decyduje o tym, co trafia na księgarskie półki, jest agent literacki.
Cichy architekt naszej biblioteczki
W powszechnym wyobrażeniu agent literacki to ktoś w rodzaju prawnika lub negocjatora – czysto techniczny pośrednik, którego zadaniem jest wywalczyć dla pisarza jak najlepszy kontrakt i przypilnować zaliczki. McGrath pokazuje jednak zupełnie inny obraz. Agent to tak naprawdę ukryty współtwórca rynku i kanonu literatury.
To agent jest pierwszym, najważniejszym filtrem. Przegląda setki tak zwanych „maszynopisów z niezamówionej poczty”, śledzi małe czasopisma literackie w poszukiwaniu świeżych głosów i wybiera debiutantów. Ale jego rola na tym się nie kończy. Czasem podpowiada temat, pomagając uchwycić rosnące nastroje społeczne, a bardzo często głęboko ingeruje w samą strukturę powieści – sugeruje skrócenie rozdziału, zmianę zakończenia czy wyostrzanie portretów psychologicznych bohaterów, zanim tekst w ogóle ujrzy na oczy jakikolwiek wydawca.
Co ciekawe, autorka zauważa urokliwą ironię w samym tytule książki (Middlemen): choć w języku angielskim pojęcie to brzmi męsko, branża agentów literackich w około 80 procentach składa się z kobiet. To one w dużej mierze, cicho i zza kulis, decydują o tym, które opowieści dostaną szansę, by poruszyć nasze serca.
Debiut jako obietnica i pułapka
Książka McGrath przynosi też kilka zaskakujących wniosków dotyczących tego, jak zmieniał się rynek na przestrzeni dekad. Jednym z najciekawszych jest mechanizm rynkowy dotyczący debiutantów. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, dla współczesnego rynku publishingowego „młodość i brak doświadczenia” bywają ogromnym atutem. Debiut niesie ze sobą czystą obietnicę, powiew świeżości i potencjał na bestseller. Czasem łatwiej sprzedać nowość nieznanego autora niż kolejną, poprawną książkę kogoś, kto ma już za sobą średnio sprzedany drugi czy trzeci tytuł.
To daje do myślenia – jak wiele wspaniałych głosów literackich gubi się gdzieś po drodze, bo rynek z taką niecierpliwością czeka na kolejny „wielki debiut”?
Wolność wyboru a sprytnie utkana sieć
Gdy siedzę przy swoim stole, spoglądając na stosik książek czekających na przeczytanie, ta perspektywa budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony czuję wdzięczność – bez wnikliwego oka i intuicji wrażliwych agentów prawdopodobnie nigdy nie usłyszelibyśmy o wielu wybitnych dziełach (to przecież dzięki uporowi agenta Sterlinga Lorda ukazało się słynne W drodze Jacka Kerouaca). Z drugiej strony pojawia się refleksja nad tym, na ile nasze wybory czytelnicze są naprawdę autonomiczne.
Wchodząc do księgarni lub przeglądając zapowiedzi, wybieramy spośród tego, co zostało dla nas uprzednio wyselekcjonowane, oszlifowane i uznane za wartościowe lub rynkowo obiecujące.
Być może prawdziwa sztuka świadomego czytania polega dziś właśnie na tym: by mieć świadomość tych niewidzialnych rąk, które podają nam książki, a jednocześnie nie bać się czasem zboczyć z utartego szlaku i szukać głosów nieoczywistych, cichszych, wydawanych poza głównym nurtem.
A jak to wygląda u Was? Czy wybierając lekturę, kierujecie się głośnymi zapowiedziami i bestsellerami, czy lubicie czasem „zanurkować” w małych, niezależnych wydawnictwach w poszukiwaniu literackich perełek?
Autorka: dr Małgorzata Parzynowska
***
Jeśli zainteresował Cię ten temat, przeczytaj również:
- AI nie musi pisać lepiej od człowieka, by zmienić rynek książki
- Zapach cynamonu, szum Atlantyku i szept przewracanych kart
- Zamiast Roku Czytelnictwa — cała Dekada Czytania

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)