04 sierpnia 2026

Skok na głęboką wodę (z Odyseuszem w tle)

Siedzę dzisiaj przy oknie, z filiżanką gorącej herbaty w dłoniach, patrząc na niespiesznie upływający popołudniowy czas. Moje myśli krążą wokół wiadomości, która niedawno przemknęła przez media społecznościowe i nagłówki prasowe. Wygląda na to, że świat nagle, niemal z dnia na dzień, przypomniał sobie o podróżach pewnego brodatego Greka sprzed blisko 2700 lat.

Impulsem okazała się nowa, hollywoodzka ekranizacja „Odysei”. Efekt? Statystyki ze Stanów Zjednoczonych wręcz zdumiewają. Sprzedaż wydań drukowanych skoczyła od początku roku o 76%, a Biblioteka Publiczna w Nowym Jorku odnotowała w samym lipcu gigantyczny, bo aż 338-procentowy wzrost zapotrzebowania na poemat Homera. Szczególnym wzięciem cieszy się znakomity, uwspółcześniony przekład Emily Wilson – choć sama tłumaczka nie kryje dystansu i dość krytycznie pointuje spłycenia oraz hollywoodzkie uproszczenia zastosowane w filmie (pisałam o tym we wcześniejszym tekście).

Zapewne powinnam się cieszyć. Jako osoba, dla której literatura jest chlebem powszednim i bezpieczną przystanią, powinnam klaskać z zachwytu, że dzieło absolutnie fundamentalne dla kultury zachodniej trafia pod strzechy i na listy bestsellerów. A jednak… zerkam w moją filiżankę i czuję pewien niepokój. Wybaczcie mi ten odrobinę sceptyczny ton, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z bardzo specyficznym zjawiskiem.

Skok bez kapoka do Rowu Mariańskiego

Zastanawiam się, kim są ci wszyscy ludzie, którzy po wyjściu z klimatyzowanej sali kinowej, pod wpływem efektów specjalnych i podniosłej muzyki, pobiegli prosto do księgarń i bibliotek. Zapewne spora część z nich na co dzień rzadko sięga po cokolwiek dłuższego niż artykuł w sieci czy pospieszny wpis w mediach społecznościowych. I nagle ci czytelniczy nowicjusze postanawiają skoczyć prosto w głębiny – bez przygotowania, bez kapoka, do czytelniczego Rowu Mariańskiego.

Homer to nie jest lekka lektura na leżak. To podróż wymagająca cierpliwości, zatrzymania się, uważności i pewnego wyczulenia na frazę, która nie pędzi w tempie kinowego montażu. Obawiam się, że zderzenie filmowego spektaklu z materią słowa pisanego dla wielu może okazać się bolesne. Czy ten gwałtowny zryw nie skończy się po kilkunastu stronach, gdy książka odłożona na stolik nocny zacznie zbierać kurz, ustępując miejsca kolejnemu chwilowemu trendowi?

Delikatna nadzieja

A jednak – mimo całego mojego sceptycyzmu – nie potrafię całkowicie zamknąć serca na tę falę. W głębi duszy kibicuję tym wszystkim nieustraszonym rozbitkom. Mówiąc pół żartem, pół serio: skoro już rzucili się do tego literackiego Rowu Mariańskiego… oby wypłynęli!

Oby odnaleźli w tej opowieści coś więcej niż tylko rozrywkę. Oby przekład Emily Wilson – żywy, rytmiczny i bliski współczesnej wrażliwości – pomógł im przetrwać sztormy trudniejszej składni. Nawet jeśli z tej ogromnej rzeszy czytelników tylko niewielki ułamek zafascynuje się literaturą na stałe i odkryje magię niespiesznego obcowania ze słowem, to i tak warto było wznieść tę falę.

Zostawiam Was z tą refleksją i pytaniem – czy Wam również zdarzyło się sięgnąć po klasykę pod wpływem filmu? I jak ta zderzeniowa konfrontacja z oryginałem wyglądała z Waszej perspektywy?

Jeśli bliskie Ci jest humanistyczne spojrzenie na współczesność, zapraszam na moją autorską stronę Humanistka.pl oraz do subskrypcji newslettera.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)