07 czerwca 2026

Pomiędzy epokami. O twardym lądowaniu w hałaśliwym stuleciu

Są takie dni, kiedy wyjątkowo mocno czuję, że moje wewnętrzne obywatelstwo nie do końca pokrywa się z datą w dowodzie osobistym. Łapię się wtedy na refleksji, że stoję w rozkroku pomiędzy XIX a XXI wiekiem. Z jednej strony z niesłabnącą ciekawością przyglądam się nowoczesności, z drugiej – moje serce bije w rytmie wartości i estetyki, które dzisiejszy, pędzący świat zbyt łatwo odłożył do lamusa jako „staroświeckie”.

Kiedy siedzę przy biurku, otoczona technologią, która przecież ułatwia nam życie i otwiera fascynujące okna na świat, doceniam XXI wiek.

Oczywiście nie mam złudzeń i nie patrzę na przeszłość przez różowe okulary – doskonale zdaję sobie sprawę z niedoskonałości, niesprawiedliwości i mroków poprzednich stuleci. Uważam jednak, że istnieją wartości, które bezwzględnie warto z nich ocalić i przenieść we współczesność, a najwyższe miejsce na tej liście zajmuje dla mnie szeroko pojęta kultura osobista.

Wystarczy bowiem, że wyjdę na ulicę, by poczuć głęboki, wewnętrzny zgrzyt. Współczesność potwornie hałasuje. I nie mam tu na myśli wyłącznie dźwięków miasta, ale całą naszą codzienną audiosferę. Otacza nas głośna, natarczywa „muzyka”, która bez pytania wdziera się w przestrzeń publiczną, nie zostawiając miejsca na ciszę, na własne myśli, na usłyszenie samego siebie. Ten wszechobecny zgiełk wydaje się zagłuszać coś o wiele ważniejszego – naszą wrażliwość.

W parze z tym hałasem idzie niestety brutalizacja języka. Z trudem znoszę chamstwo i lekkość, z jaką wulgaryzmy weszły do codziennego słownika. Boli mnie, gdy błyskotliwy, subtelny dowcip zostaje zastąpiony przez niewybredne, grubo ciosane żarty, które zamiast łączyć – podszyte są złośliwością. Język zawsze był dla mnie barierą ochronną ludzkiej delikatności. Kiedy staje się prymitywny, rani bardziej niż cokolwiek innego.

Najbardziej jednak doskwiera mi deficyt empatii. W świecie, który promuje wieczny pośpiech i egocentryzm, brakuje nam czasu na zwykłą, ludzką uważność. Przechodzimy obok czyjegoś zmartwienia, obok drugiego człowieka, jakbyśmy nosili pancerze obojętności.

Dla wielu osób taka postawa może być przejawem niedopasowania. Ja wolę myśleć o tym jako o świadomej ochronie własnego mikrokosmosu. Wybór ciszy zamiast zgiełku, szacunku zamiast krzyku i empatii zamiast obojętności to nie ucieczka od rzeczywistości. To próba ocalenia w sobie człowieka przez duże „C”.

Wierzę, że można czerpać z nowoczesności, nie tracąc przy tym wewnętrznej elegancji i kultury. Ten XIX-wieczny pierwiastek uważności, szacunku do słowa i drugiego człowieka wnosi do mojego życia spokój, którego w przebodźcowanym XXI wieku tak bardzo wszyscy potrzebujemy. Może właśnie ta nasza „staroświecka” wrażliwość jest dziś najbardziej rewolucyjną siłą?

Zostawiam Was dziś z tą refleksją i tradycyjnym pytaniem, które zadaję sobie nad brzegiem mojej filiżanki – jak Wy odnajdujecie się w tym głośnym świecie? Czy Wam również zdarza się tęsknić za ciszą i subtelnością, które powoli stają się towarem luksusowym? Czy to jest cena, którą musimy zapłacić za nowoczesne technologie i udogodnienia? 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)