05 maja 2026

O kobietach, które nie chcą być feministkami (i o długu, który wszystkie spłacamy)

Zdarzyło Wam się kiedyś usłyszeć z ust znajomej, koleżanki z pracy czy młodej dziewczyny słowa: „Och, ale ja nie jestem feministką”? Przyznam szczerze, że za każdym razem, gdy to słyszę, czuję specyficzny rodzaj wewnętrznego oporu. Może nawet lekki smutek. Zastanawiam się wtedy, jak głęboko zakorzeniła się w nas narracja, która każe nam odcinać się od ruchu, dzięki któremu jesteśmy dzisiaj dokładnie tym, kim chcemy być.

To niezwykły paradoks naszych czasów. Wiele współczesnych kobiet korzysta z pełnej palety wolności, traktując ją jak powietrze – coś naturalnego, darmowego i oczywistego. A przecież ta wolność ma konkretne imiona, twarze i historię pełną potu, łez, a nierzadko i krwi.

Beneficjentki bez wiedzy i wdzięczności

Mówię to z pełnym przekonaniem i bez cienia przesady: jeśli dzisiaj studiujesz, jeśli pracujesz zawodowo, jeśli decydujesz o swoim życiu, a swoją wypłatę odbierasz na własne konto w banku – jesteś beneficjentką feminizmu. Niezależnie od tego, czy to słowo budzi w Tobie sympatię, czy lęk. Niezależnie od tego, czy oficjalnie się od niego odżegnujesz.

Żyjemy w świecie ukształtowanym przez wielowiekową, głęboką dominację mężczyzn. Ta dominacja trwała tak długo, że otaczającą nas rzeczywistość – dawną i obecną – wciąż podświadomie traktujemy bez głębszej refleksji. Przyjmujemy status quo jako stan wyjściowy natury. Zapominamy, że jeszcze nie tak dawno temu świat wyglądał zupełnie inaczej.

„Kobieta jest wiecznie małoletnia” – tak wprost i bez ogródek sankcjonował pozycję połowy ludzkości słynny Kodeks Napoleona. Kobieta była w nim całkowicie podporządkowana najpierw władzy ojca, potem mężowi. Bez prawa do stanowienia o sobie, bez prawa do własnego majątku, bez głosu.

To właśnie sufrażystki i pierwsze feministki, tak potwornie wówczas wyśmiewane, marginalizowane, wytykane palcami i więzione, zerwały te kajdany. To one wydeptały ścieżki do uniwersyteckich sal wykładowych, do urzędów, do banków i do urn wyborczych. To im zawdzięczamy to, że nasz głos – dosłowny i polityczny – ma dziś znaczenie.

Prawa zdobyte nie są dane na zawsze

Dlaczego o tym piszę przy porannej kawie? Ponieważ najbardziej niepokoi mnie lekkość, z jaką zapominamy o przeszłości. A historia uczy nas jednej, brutalnej prawdy: żadne prawo nie jest wyryte w kamieniu na zawsze.

Mechanizmy społeczne i polityczne bywają przewrotne. To, co dziś wydaje się nam nienaruszalnym standardem i prawem człowieka, przy niesprzyjających wiatrach, zmianach kulturowych czy kryzysach może zostać nam odebrane. Historia nie porusza się wyłącznie po linii prostej ku postępowi – potrafi gwałtownie zawrócić. O zdobyte prawa trzeba dbać, trzeba ich pilnować i trzeba mieć świadomość ich kruchości.

Siła ukryta w solidarności

W tym wszystkim kluczem do przetrwania i rozwoju jest solidarność pomiędzy nami – kobietami. Prawdziwe, głębokie siostrzeństwo, które potrafi wznieść się ponad drobne różnice poglądów czy stylów życia. Niestety, odosobnione głosy uciekające od feminizmu pokazują, że nie wszystkie z nas to rozumieją. Czasem zamiast budować wspólny front wsparcia, wybieramy obojętność lub, co gorsza, wzajemne ocenianie.

Zatrzymajmy się na chwilę w tym codziennym biegu. Kiedy następnym razem spojrzysz na swoją kartę bankomatową, na swój dyplom ze studiów czy na umowę o pracę, pomyśl o tych wszystkich kobietach, które były przed nami. Nie bójmy się słowa na „F”. Bądźmy wdzięczne, bądźmy czujne i przede wszystkim – bądźmy dla siebie oparciem.

Pamięć to nasz podstawowy obowiązek wobec przeszłości i jedyna tarcza na przyszłość.

***

Jeśli macie ochotę zapoznać się z historią feminizmu "w pigułece", to zapraszam Was na stronę mojej prezentacji: Feminizm na skróty






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)