Za oknem popołudniowe światło powoli łagodnieje, a w mojej dłoni paruje ulubiona herbata. To ten moment dnia, w którym najbardziej lubię otaczać się dźwiękami, które nigdzie się nie spieszą. Włączam ulubiony album lub playlistę – i pozwalam, by przestrzeń wypełnił jazz.
Ostatnio przyłapałam się na tym, jak niezwykłą moc mają jazzowe interpretacje utworów, które z definicji znamy już na pamięć. Czy zdarzyło Wam się kiedyś usłyszeć piosenkę tak odmienioną, że po plecach przeszły Wam ciarki? To właśnie potęga jazzu i niezwykłych kobiet, które potrafią wziąć na warsztat absolutnie każdy motyw muzyczny i tchnąć w niego zupełnie nowe, głębokie życie.
Jazzowy cover w wykonaniu kobiety rzadko jest zwykłym odtworzeniem melodii. To raczej intymny dialog z tekstem, rozbieranie go na części pierwsze i składanie na nowo – z dojrzałością, czułością, a czasem z odrobiną buntu.
Gdybym miała zabrać Was dziś w podróż po moich osobistych, muzycznych zachwytach, na naszej drodze spotkałybyśmy te niezwykłe artystki.
Fundamenty, czyli tam, gdzie mieszka dusza
Nie sposób mówić o jazzowej interpretacji bez ukłonu w stronę historii. Ella Fitzgerald potrafiła wziąć jakikolwiek utwór z Great American Songbook i zamienić go w popis technicznej perfekcji, która jednak nigdy nie traciła dziewczęcego uroku. Obok niej zawsze w moim sercu brzmi Billie Holiday – jej wykonania, przepełnione melancholią i bolesną szczerością, sprawiają, że każde słowo waży tonę.
I wreszcie Nina Simone. Kiedy Nina śpiewała cudzą kompozycję – jak choćby słynne Feeling Good – redefiniowała ją tak mocno, że pierwotna wersja natychmiast zacierała się w pamięci. W jej głosie były potęga, duma i prawda, przed którą nie dało się uciec.
Nowoczesna elegancja i zmysłowość
Kiedy myślę o wieczorze idealnym, bardzo często towarzyszy mi Diana Krall. Jej głęboki, niski głos w połączeniu z genialną, oszczędną grą na pianinie ma w sobie magnetyzm. Słuchając jej interpretacji klasyków i nie tylko, łatwo przenieść się myślami do kameralnego, nowojorskiego klubu z połowy ubiegłego wieku.
Z kolei Melody Gardot przynosi ze sobą zupełnie inną, tajemniczą aurę. W jej śpiewie czuć paryski szyk, nostalgię i niezwykłą delikatność, która potrafi otulić w chłodniejsze dni.
Ciepło, które przynosi ukojenie
Są też takie głosy, które działają jak ciepły koc. Należy do nich bez wątpienia Stacey Kent. Jej interpretacje, szczególnie te flirtujące z brazylijską bossa novą, są pełne lekkości, słońca i subtelnego wdzięku. Słuchając jej, ma się wrażenie, że świat na chwilę zwalnia.
Podobnie działa na mnie Norah Jones. Choć jej twórczość płynnie zaciera granice między jazzem, popem a folkiem, to jej intymny i bliski mikrofonu śpiew sprawia, że każda wykonywana przez nią ballada brzmi jak szeptana prosto do ucha tajemnica.
W jazzie najpiękniejsze jest to, że nie pyta on o metrykę utworu, ale o emocje, jakie można z niego wydobyć. Te siedem artystek to dla mnie dowód na to, że muzyka ma nieskończenie wiele warstw – wystarczy tylko odpowiednia wrażliwość, by je odsłonić.
A jak to wygląda z Waszej perspektywy? Czy macie swoje ukochane jazzowe wykonania znanych utworów, do których wracacie w niespieszne wieczory? Przytulna przestrzeń w komentarzach jest dziś całkowicie Wasza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)