Cisza. Niedzielne popołudnie, parująca filiżanka herbaty w dłoni, spokój domowego zacisza. Idealny moment, by zatrzymać się, wziąć głęboki oddech i po prostu... być. Ale na stole, tuż obok filiżanki, leży książka, która ten spokój zakłóca samym swoim tytułem. Książka, która jest przeciwieństwem slow life, a jednocześnie – paradoksalnie – może być najdoskonalszą lekcją uważności, jaką możemy odebrać.
Mowa o „Moskwie-Pietuszkach” Wieniedikta Jerofiejewa.
Nieraz, patrząc w głąb mojej filiżanki, zastanawiam się, co kryje się pod powierzchnią codziennych spraw. Podobnie jest z literaturą. To właśnie dlatego postanowiłam otworzyć na blogu nowy cykl: „Pod powierzchnią słów”. Chcę w nim zaglądać głębiej, poza fabułę i pierwsze wrażenie. I nie wyobrażam sobie lepszego początku dla tych rozważań niż poemat Jerofiejewa.
Więcej niż promile, więcej niż groteska
Gdyby ktoś kazał streścić tę książkę jednym zdaniem, pewnie brzmiałoby ono: „Opowieść o pijaku, który jedzie pociągiem z Moskwy do Pietuszek”. I na tym pierwszym, bardzo powierzchownym poziomie, „Moskwa-Pietuszki” to rzeczywiście orgia pijaństwa, groteskowe rozmowy w przedziale, matematyczne wyliczenia dotyczące spożycia alkoholu i tragikomiczne anegdoty z radzieckiej rzeczywistości.
Wielu czytelników zatrzymuje się w tym miejscu, zniechęconych lub przeciwnie – rozbawionych absurdem. Ale gdy zejdziemy pod powierzchnię słów, odkryjemy tam świat zupełnie inny, bolesny i przerażająco piękny.
Wieniczka, główny bohater, to nie jest „zwykły” alkoholik. To człowiek przesiąknięty kulturą, Bibilią i filozofią. To erudyta i nadwrażliwiec, który w świecie pełnym przemocy, kłamstwa, biurokracji i pustki nie potrafi odnaleźć swojego miejsca. Jego pijaństwo nie jest słabością, ale tarczą obronną. To jego sposób na „bycie-w-świecie”, który jest nie do zniesienia na trzeźwo. To tragiczna próba ucieczki przed rzeczywistością, która go dławi.
Pietuszki: Nieuchwytny raj
Najbardziej poruszającym elementem podróży Wieniczki jest cel jego wędrówki: Pietuszki. To miejsce, w którym, jak pisze Jerofiejew, „jaśminy nie więdną i ptactwo nie milknie”, a on sam zostanie przywitany jak dawno oczekiwany gość.
Pietuszki pod powierzchnią słów stają się uniwersalnym symbolem utraconego raju. To archetypowa tęsknota każdego z nas za miejscem idealnego spokoju, bezwarunkowej akceptacji i miłości. To ten punkt na horyzoncie, do którego dążymy, wierząc, że tam wreszcie będziemy „u siebie”. Ale u Jerofiejewa podróż do Pietuszek jest skazana na porażkę. To podróż do nicości, bo raj, którego Wieniczka szuka na zewnątrz, w istocie jest nieosiągalny.
Zatrzymanie się przy filiżance: Refleksja o uważności
I tutaj, przy mojej spokojnej niedzielnej filiżance, pojawia się refleksja nad nami, współczesnym ludźmi. Bo chociaż nie podróżujemy radzieckim pociągiem i nie pijemy „koktajli” Wieniczki, to czy my również nie mamy swoich „pociągów do Pietuszek”?
W co my dzisiaj uciekamy, gdy świat staje się zbyt głośny, zbyt wymagający, zbyt przytłaczający? Praca, ciągły bieg, media społecznościowe, nadmiar bodźców – to nasze współczesne formy pijaństwa, które pozwalają nam nie czuć, nie myśleć o tym, co naprawdę ważne. Budujemy własne miraże idealnego życia (czyli Pietuszek), wierząc, że osiągnięcie kolejnego celu przyniesie nam upragniony spokój.
„Moskwa-Pietuszki” to dla mnie drastyczna, ale potrzebna przestroga. Przestroga o tym, co dzieje się, gdy gubimy uważność. Gdy ucieczka przed bólem istnienia staje się celem samym w sobie, a my – tak jak Wieniczka – tracimy orientację i zamiast do raju, trafiamy w objęcia własnych demonów.
Dlatego właśnie ta książka jest tak cenna w dzisiejszym, pędzącym świecie. Zmusza nas do zatrzymania się i zadania sobie pytania: gdzie my właściwie jedziemy? I czy w tym naszym pociągu nie gubimy samych siebie?
Dobrej niedzieli, pełnej spokoju i prawdziwej uważności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzielcie się swoimi przemyśleniami, uwagami, propozycjami. Proszę jednak, abyście poruszali się w granicach dobrego smaku i kultury osobistej, za co z góry dziękuję :)